Mały update po latach.Będą tutaj wszystkie zapiski które można znaleźć przy zabitych kontrolerach w NS.Z racji że jest tego sporo będzie na bieżąco uzupełniane.
Dziennik nr.1
Spoiler
29 czerwca 198.. (rok zatarty)
Dzisiaj nas przywieźli. Zgodnie z pogłoskami, będą nas trzymać pod ziemią… Łajdaki! Już lepszy byłby wyższy wymiar kary… Chociaż nikt nas pytał - wszystko było z góry ukartowane. I “niespodziewanie odnalezione” nowe okoliczności sprawy, i nowy artykuł w kodeksię wykroczeń politycznych. A już kiedy ten łysy zaczął serdeczne przemówienie o “dobrowolnej pomocy nauce”… Swołocze!! Nikomu nie zostawili wyboru - rozstrzelanie albo tutaj, nie wiadomo gdzie… Dobra, zobaczymy, co tu za nauka.
12 lipca
Wygląda na to, że nie miałem racji!! Nie tylko dali jeść, ale i każdy dostał własny pokój! Co prawda, obserwują nas przez całą dobę… Ale za to spełniają każdą prośbę. Kiedy poprosiłem, od razu mi przynieśli ołówek i papier, a Nikolskiemu - pozwolili posłuchać nagrań jakiejś jego ulubionej grupy rockowej! To ci idiota, he-he.. Żeby nie te nagrania, nie zgarnęli by go za spekulację… Swoją drogą ciekawe, dlaczego jego - spekulanta, zabrali z nami, politycznymi?
1 sierpnia
Po prawie dwóch miesiącach wszystko zaczyna się wyjaśniać. Jesteśmy skazani… Te dranie prowadzą tu doświadczenia, gorsze, niż hitlerowcy w obozach koncentracyjnych. JAK TO MOŻLIWE W NASZYM KRAJU!!? Dziś przywieźli Nikolskiego po “eksperymentach”… Przenosili go obok mojego pokoju, i on podniósł głowę, popatrzył na mnie… BOŻE!!! To nie były oczy człowieka! Co oni z nim zrobili? On patrzył nie na mnie, nie, POPRZEZ mnie, WEWNĄTRZ mnie!!! Z ust ciekła mu krew … Piętno na podłodze przed kamerą…
2 sierpnia
Nie spałem prawie całą noc… Krzyki zza ściany, zupełnie nieludzkie… Poprosiłem ochronę, żeby mi się dali napić. Nieprawdopodobne, ale przynieśli mi wódki w plastykowej szklance, jak w samolocie. Ochroniarz prosił, żeby nikomu nie mówić… On sam wyglądał kiepsko. Cześć twojej pamięci, Nikolski. Niech twoja dusza odpoczywa, póki ciało jeszcze krzyczy w sąsiednim pokoju…
24 sierpnia
No i koniec. Teraz moja kolej. Dziś mi wyjaśniono istotę mojego eksperymentu. Jakiś “generator” będzie mnie napromieniowywać do tej pory, póki oni nie zauważą zmiany. Kiedy zapytałem co się stanie, jeśli umrę zanim nastąpi zmiana odpowiedzieli, że będzie to “drobne zakłócenie eksperymentu”. Rzuciłem się na jednego z nich, chciałem o0debrać klucz od wyjścia… Jak boli głowa… Ochroniarz, ten, co mi wódkę przynosił, dał mi opatrunek - żeby opatrzyć ranę od pałki. Co prawda potem zabrał, żeby nikt nie zobaczył, że go mam. Ale to i tak dobry chłopak. Nazywają go Wołodia.
10 września
Pisać coraz trudniej. Palce się nie zginają… Jakby stały się mocniejsze - trzy dni temu połamałem miskę z jedzeniem. I chyba przegryzłem aluminiową łyżkę - nie pamiętam… Jutro znowu będzie psi-emiter - tak się nazywa to coś w głównym pomieszczeniu… Zostałem sam. Nikolski jeszcze miał szczęście - tylko dwa dni krzyczał przed śmiercią. Większość moich towarzyszy męczyła się dłużej… Ja jestem ostatni… Oni mówią - że ja jestem inny, wyjątkowy…
13 września
Ja już nie człowiek. Lepszy, silniejszy. Ja jestem wielki. Szczur. Oni mi go dali. Ja nie lubię szczura. Szczurów. Nie lubię. Chciał mnie ugryźć. Ja nie pozwoliłem. Kazałem mu biegać po suficie i ścianach. Bez rąk kazałem. Myślałem mu w głowę bieganie, i on biegał, gdzie ja chciałem. A potem przestałem myśleć, i on spadł z sufitu prosto na podłogę. Ja podszedłem i myślałem mu, żeby się nie ruszał. I nadepnąłem na niego. Nie lubię szczurów. Brudno. Oni stali i patrzyli. Kamera malutka. A ja wielki.
1 października
Szczury. Oni dają mi dużo szczurów. Ja im wszystkim każe biegać i padać. A jeszcze pies. On też jak szczur. Ja myślę za niego, i widzę że widzi. Ja nie lubię szczurów. Pies lubi. Ja myślałem psu w głowę żeby jadł szczury. A szczurom myślałem nie ruszać się. I pies jadł. Smaczne… Szkoda że ja nie pies. Ja wielki.
13 października
Oni więcej nie wiedzą o mnie. Oni mówią, że zbadali. Oni głupi. Ja byłem u nich w głowach. Ja widziałem. Oni mnie nie widzieli. Wołodia… Jeden z nich. On słabszy. On żałuje. On był dla mnie dobry. Ja wezmę jego pierwszego. I pomyślę za niego żeby otworzyć pokój. A potem pomyślę, żeby on zabił drugiego, który milczał. On silny, jego głową trudno myśleć. Reszta słabi. Nie jak Wołodia, ale słabi. Ci, co zapisywali i badali - słabsi. Oni główni. Ale słabi. Ja wezmę ich wszystkich. Oni jak szczury i jak pies.
20 października
W lesie lepiej. Tu są grzyby. Ja pamiętam, kiedyś jadłem grzyby. I oni też pamiętają. Ale już nie mówią. Oni ryczą i płaczą. A Wołodii nie ma. On nie szczur. On lepszy. Ja byłem głodny. Smaczny… Oni myślą że ja wielki. Tak. Właśnie tak jest. Ja wielki.
Dziennik nr.2
Spoiler
29 stycznia
Dziś listonosz przyniósł kopertę. Widniała na niej pieczęć Kijowskiego Instytutu Naukowego Nerochirurgii. Otworzywszy, zobaczyłem odpowiedź na swoje pytanie, cytuję: “Szanowny Antonie Anatoliewiczu. Po zapoznaniu się z Waszą dysertacją, szeregiem artykułów na temat rozwoju nauki w obszarze neurochirurgii oraz artykułem o wpływie psi-promieniowania na organizm i możliwości człowieka, spieszymy zawiadomić Was, że w jednym z naszych laboratoriów prowadzony jest nabór nowych kwalifikowanych kadr. W związku z tym będziemy radzi widzieć Was w głównym budynku naszego …zapis niemożliwy do odczytania…”
16 lutego
No i przywieźli nas do Laboratorium. Dziwne, ale nie pamiętam, jak jechaliśmy. Zasadniczo wyspałem się przed drogą, ale kiedy wsiedliśmy do autobusu i wyjechaliśmy z terytorium Instytutu, zacząłem przysypiać i całkiem zasnąłem. Ostatnie, co pamiętam, to jak mój rozmówca, zdaje się Michaił, opowiadał o swoim wystąpieniu w Berlinie na konferencji naukowej. Ciekawe, ile czasu jechaliśmy? Godzinę? Dwie? Wewnątrz laboratorium do tej pory nie spotkałem zegara. Zupełnie straciłem poczucie czasu. Teraz jest dzień, czy noc? Wyjeżdżaliśmy o 6 rano. Myślę, że nie mogliśmy odjechać daleko od Instytutu Naukowego, na pewno jesteśmy gdzieś na obrzeżach Kijowa. Może w którymś z pobliskich miasteczek. Wkrótce nasza grupa przejdzie szkolenie, i będziemy mogli obejrzeć całe laboratorium.
17 lutego
Wczoraj w audytorium odbyło się szkolenie BHP. Jakie to nużące… czujesz się jak student na praktyce. Tego nie bierz, tamtego nie ruszaj. Czy jest pośród nas ktokolwiek, kto by do tej pory tego nie wiedział? Właśnie ogłoszono zbiórkę wszystkich nowoprzybyłych w audytorium, najpewniej pokażą slajdy i poprowadzą na wycieczkę.
18 lutego
Wycieczka zrobiła wrażenie! Laboratorium jest po prostu ogromne! Najnowocześniejsze wyposażenie, jak widać, artykuły wielu naszych uczonych o psi-promieniowaniu musiały jeszcze kogoś zainteresować. Ale coś w tym laboratorium niepokoi. Jest takie wrażenie, jak gdyby tuż przed naszym przyjazdem była tutaj ekipa sprzątająca z hotelu Metropol, która, jak zawsze, wyczyściła wszystko do najmniejszej plamki…
23 lutego
Myśleliśmy, że może choć tego dnia wypuszcza nas pooddychać świeżym powietrzem i rozejrzeć się po okolicy, ale nie. Jak udało mi się wyjaśnić, ochrania nas oddział żołnierzy. Chociaż ja nie rozumiem, po co nas w ogóle ochraniać. Przed kim? Myślałem, że chociaż w takie święto, bliskie każdemu żołnierzowi, zgodzą się nas chociaż na chwilkę wypuścić, ale oni byli nieugięci.
4 marca
Dziś są moje pierwsze urodziny, które będę obchodzić nie w zwykłych domowych warunkach, a pośród swojej nowej rodziny. Koledzy już od rana składali życzenia. Prezentów nie było, ale to zrozumiałe, jak mieli je kupić, będąc w pełnej izolacji od świata zewnętrznego? Do tej pory nie wiem, co będzie wchodzić w zakres moich obowiązków. Dowiedziałem się od naszego Starszego współpracownika naukowego Witalija Siemionowicza Gubariewa, że wkrótce powinni przywieźć ludzi, którzy dobrowolnie zgodzili się służyć nauce.
10 marca
Przywieźli pierwszych ochotników. Boże mój, przecież to zwykli skazańcy. Trudno ich nazwać ochotnikami. Jacy ochotnicy przyjeżdżają zakuci w kajdany?
16 kwietnia
Minął już miesiąc od rozpoczęcia pracy z “ochotnikami”. Zadaniem naszego wydziału jest przygotowanie oprzyrządowania. Po tym, jak przywieziono skazańców, zamknięto nam dostęp do większej części pomieszczeń laboratorium. Nawet przypadkiem nie spotykamy się ze skazańcami. Dobrze chociaż, że dostajemy wszystko co potrzebne.
19 kwietnia
Boże mój, gdzie ja trafiłem? Niech będzie przeklęty ten dzień, kiedy skuszony możliwością rozwoju kariery, zgodziłem się tutaj jechać. Dzisiaj coś się stało w laboratorium. Zamknęli nas na naszym pietrze i postawili dwóch żołnierzy z automatami, niby do ochrony. Niczego nie słyszeliśmy i to nas jeszcze bardziej wystraszyło. Staraliśmy się, jak zwykle, wypełniać swoje zadania i udawać, że nic się nie stało, ale na próżno. Zdawaliśmy sobie sprawę, że tam na dole coś się dzieje. Obym nie poznał prawdy! Nawet w obiektach podwyższonej tajności słuchu rozchodzą się szybko. Jeden z obiektów doświadczalnych (Nie mogę ich dłużej nazywać ochotnikami! Kogo będę okłamywał? Siebie?) wyrwał się spod kontroli i czy to wziął zakładników, czy to zaczął kontrolować kilku naszych współpracowników. Jak się okazuje, nas ochraniają nie zwykli żołnierze, a …kartka wyrwana…
16 maja
Wydaje się, że żadnego z moich listów ani prośby o zwolnienie z wypełnianych obowiązków nikt nie czytał, albo w ogóle nie opuściły laboratorium. Ja nie mogę tutaj dłużej pracować. Coraz częściej nachodzą mnie myśli o sabotażu albo dywersji. Jestem gotów na wszystko, byle tylko jak najszybciej stąd wyjść. Nigdy nie bałem się zamkniętych pomieszczeń, ale czuję, że taka fobia rośnie we mnie z dnia na dzień. Kiedy w swoich pracach pisałem o psi-promieniowaniu, miałem na myśli zupełnie inne oddziaływanie, otrzymywane drogą napromieniowania ultramałymi dozami oddzielnych regionów mózgu, a ci rzeźnicy napromieniowują cały mózg z taką mocą, której nie jest w stanie wytrzymać żaden normalny człowiek. Słyszałem, że ten który wziął pod kontrolę dwóch uczonych, był już drugim mutantem. Tylko drugim. Pierwszy umarł sam w 3 minuty po rozpoczęciu mutacyjnych zmian w mózgu. Jego głowa po prostu pękła jak włoski orzech. Czy oni nie rozumieją co wyprawiają. Przecież ci więźniowie, to też byli ludzie… a co, jeśli im wkrótce zacznie brakować tych biedaków? Kogo będą tutaj przywozić? Bezdomnych? A co dalej? Nie, trzeba za wszelką cenę stąd się wydostać i powiedzieć o tym całemu światu!
21 maja
Boże, ja już tracę rozum! Wydaje mi się, że ktoś siedzi mi w głowie! Niczego nie rozumiem. Czasem mam napady silnego bólu głowy, które zmieniają się na szum w głowie. Czasem mi się wydaje, że słyszę jakiś pisk! Trwa to kilka sekund, a potem zaczyna się kolejny atak bólu! Czy oni zupełnie powariowali? Czyżby zaczęli eksperymentować z tym promieniowaniem na swoich współpracownikach? Jakie dawki stosują? Nigdy nie słyszałem o takich efektach napromieniowania!
27 maja
Znowu coś się stało i zamknęli nas na pietrze. Minęło już 4 godziny, i do tej pory żadnych wiadomości. Dzięki Bogu tym razem nie zostawili żołnierzy, bo już poprzednio ci goryle patrzyli na nas jak na potencjalnych wrogów. Było wrażenie, że czegoś nam nie mówią..
29 maja
Do diabła! Już dwa dni trzymają nas w zamknięciu. Słychać, że ktoś tam na zewnątrz chodzi, ale na nasze wołania nikt nie odpowiada. Wkrótce skończy nam się jedzenie. A przecież już wczoraj powinni nam na każdym piętrze wydać świeże produkty. Niektórzy koledzy zaczynają panikować. Staramy się ich uspokajać, ale jest to coraz trudniejsze. Ataki mamy teraz prawie za każdym razem, kiedy zaczynamy wzywać pomocy (odruchy my mamy wytwarzają, czy co?).
30 maja
Skończyło się jedzenie, zostało nie więcej niż 2 litry wody… najdalszy pokój, który zmieniliśmy w toaletę, emituje na całe piętro taki smród, że trudno oddychać… Próbowaliśmy wyłamać metalowe drzwi. Połamaliśmy masywny stół, ale drzwi nie otworzyliśmy… za drzwiami już nikt nie chodzi, i od tego jest jeszcze straszniej. Nie wiemy kiedy wyłączą światło, ale boimy się coraz bardziej..
31 maja
Urodziny jednego z naszych kolegów. Kiedy zaszliśmy, żeby mu złożyć życzenia, znaleźliśmy go wiszącego w pętli. Próbowaliśmy ratować, ale on wisiał długo i nasze próby ratowania mu życia spełzły na niczym. Po jakimś czasie straciliśmy Michajłowa, który poszedł do toalety. Kiedy weszliśmy do pokoju, on leżał na podłodze. Najprawdopodobniej, atak serca. Obydwu kolegów położyliśmy w tym pokoju.
Data nieznana
W laboratorium wyłączyło się światło i wyświetlacz, który pokazywał datę i czas, już nie świeci. Piszę po omacku. Już o niczym nie myślę. Zrozumieliśmy, że wszyscy tutaj jesteśmy skazani i nikt nas szukać nie będzie. W końcu domyśliłem się przyczyny tej czystości podczas wycieczki i dlaczego w laboratorium było tyle wolnych miejsc. To nie była sprawa nowego skrzydła w laboratorium ani tego, że to nowy projekt, Cała sprawa w tym, że od początku byliśmy przeznaczeni na stracenie. Tak, jak i poprzednia grupa uczonych. Im też nie udał się eksperyment i wszyscy zginęli. Przeżyli tylko ci, którzy prowadzili eksperyment. Ci, którzy zawsze wychodzą czyściutcy z każdej sytuacji… Mój dziadek nazywał takich Szczurami sztabowymi! I miał cholerną racje. Tylko że tak naprawdę, to my jesteśmy szczurami… szczurami laboratoryjnymi… ludźmi, którzy dobrowolnie zgodzili się poświęcić w imię nauki…
Dziennik nr.3
Spoiler
“Listy, które zostały zatrzymane albo zwrócone”
Szeregowy Pietrenko
Droga mamo! Piszę do ciebie po 2 miesiącach służby! Ani trochę nie żałuję, że podpisałem kontrakt na służbę w Strefie Odosobnienia. Nasz oddział stacjonuje w miejscowym Instytucie Naukowym o nazwie “Agroprom”. W tym czasie już byłem na patrolu, a wczoraj miałem nocny dyżur. Służba tu dobra, nie ma dziadostwa, bo starszy porucznik Chadżynow utrzymuje żelazną dyscyplinę. Co do radiacji, możesz się nie bać, w 86-tym ten Instytut był całkowicie dezaktywizowany i oczyszczony z radioaktywnego pyłu. Radiacja na terytorium nie przekracza normy, a za granicami instytutu wynosi około 200-300 mkR\Bożę. Pitce przekaż, że jak kontrakt się skończy, to mu na pewno jakąś pamiątkę przywiozę. Tu są takie ciekawe rzeczy, nazywają się artefakty. Niektóre są radioaktywne, ale są i takie, co pomimo przebywania na napromieniowanym terytorium, od radiacji zabezpieczają. Paru naszych chłopaków próbowało nawet samemu takie artefakty robić. Do tego trzeba było jakiś tam składniki wrzucić w specjalne miejsce, anomalię, i po jakimś czasie ta cała zbieranina stawała się supertwardą, jednolitą rzeczą z wyjątkowymi właściwościami. Kończę mój list, nie wiem, żeby tu jeszcze napisać. Nie bój się o mnie, Mamo! Jeszcze 10 miesięcy i wrócę! Obiecuję pisać co 2 miesiące. Częściej nie mogę. To już drugi list, który wysyłam, a ty nie odpowiadasz. Twój Sasza.
Przyczyna: niezamierzona próba ujawnienia tajemnicy wojskowej, propaganda Zony.
Sierżant Tichoniuk
Cześć, Kostik! Dziwne, że dostałeś mój list tak późno. Na pewno gdzieś zawieruszył się na poczcie i długo nie mogli go znaleźć. Bardzo się cieszę, że spodobało ci się zdjęcie, które wysłałem w liście. Poprzednim razem zupełnie zapomniałem napisać, kto stoi razem ze mną. Jeśli popatrzysz z lewa na prawo, to najpierw stoi Pietia Brobun, potem Saszka Pietrenko (on jest my mamy niedawno, wszystkiego 3 miesiące), po prawej stoję ja, jak już się pewnie domyśliłeś, a przed nami siedzi Witalik Dmitriew. Jego wczoraj przywieźli do lazaretu. On, podporucznik Zubko i sięrżant Nieczajew mieli nocny obchód terytorium wokół naszego Instytutu Naukowego. I tak się zdarzyło, że napadła na nich pijawka błotna. A mutant był szybki, według tego co mówił Witalik. W ciemnościach wyskoczył z krzaków, złapał Nieczajewa i z powrotem skoczył w krzaki. Po chwili znowu wyskoczył z krzaków i wpił się w Zubko. A Witalik Dmitriew, chociaż i nie z bojących, to nigdy czegoś takiego nie widział, żeby na jego oczach z żywego człowieka całą duszę wyssało. No i wystraszył się. Wyrwał z powrotem, nawet hełm po drodze zgubił. Ale pijawka i tak go już przy samej bramie dogoniła. Oh, żeby nie Antocha Siedych, nawet nie wiem, żeby z Witalikiem było. Ale nasz snajper na wieży wiewiórkę w oko trafia i pijawki, a chociażby nawet tuszkana, i tak nie chybi. Sam nie wiem, jak mu się to udało, ale załatwił pijawkę, nawet nie drasnąwszy towarzysza! Taka to była historia. W czepku urodzony, nie inaczej! Jutro idziemy patrolować obszar przy kordonie, tam Stalkerzy już całkiem powariowali, w drutach kolczastych dziury powycinali i kursują, jak po szosie. Czekam na odpowiedź, przyjacielu! wybacz, że takie nowości opowiadam, ale nie ma w naszej zonie polityki ani ekonomii. Dlatego trzeba pisać takie ot, prawie kryminalne nowości. Witiok
P.S. jakoś nie mogę pozbyć się wrażenia, że przed wysłaniem nasze listy ktoś czyta. Na pewno to właśnie jest przyczyną, że nie wszystkie listy doszły do ciebie.
Przyczyna: niezamierzona próba ujawnienia tajemnicy wojskowej, próba ujawnienia poufnej informacji osobie trzeciej.
Szeregowy Nikodemow
Cześć, braciszku! Otrzymałem twój list i postanowiłem od razu napisać odpowiedź, póki mam wolny czas. U mnie wszystko normalnie, służę jak wszyscy. I tylko zdrowie ostatnimi czasy szwankować zaczyna. Stałem się ostatnio bardzo wrażliwy na wszelkie infekcje wirusowe, już choćby grypa - zimą spokoju nie dawała. Lekarze mówią że to od tego, że napromieniowałem się przy anomalii w czasie ostatniego patrolu. Ale ja im nie wierzę. Ci stalkerzy, po kilka godzin spędzają przy anomaliach, kiedy przekształcają artefakty, nawet spać przy nich się nie boją, a ja tylko godzinę byłem przy Lejku. Moim zdaniem cała sprawa w tym, że mi jeszcze pod koniec jesieni zrobili zastrzyk… przyjeżdżali jacyś uczeni, my ich tu między sobą jajogłowymi nazywamy (mają śmieszne kombinezony). No i oni wybrali kilku ludzi według jakichś swoich kryteriów , pomiędzy którymi okazałem się i ja, i przeprowadzili tak zwane szczepienie. Po tym każdego dnia zaczęli nas prowadzać do doktora i sprawdzać, pytali o nasze samopoczucie, nawet karmili lepiej niż innych. Niedawno dwóch z naszej grupy szczepionych ci jajogłowi zabrali ze sobą. Do tej pory nie rozumiem, po co? Ale oni mieli częste bóle głowy i bóle w obszarze pleców. Może ich zabrali do leczenia? Ale to dziwne, bo niby lazaret w naszym Instytucie Naukowym jest najnowoczesniej wyposażony w całej zonie. Możliwe, że nie wszystko mówią. Ale ja się im tak po prostu nie poddam, mam silny organizm, ja nie zachoruję tak, jak oni! Obiecuję braciszku! Przekaż pozdrowienia całej naszej rodzinie. Już mi dużo nie zostało, jeszcze 3 miesiące i mój kontrakt się skończy.
Przyczyna: zamierzona próba ujawnienia supertajnego eksperymentu i poinformowania o nim osób trzecich.
Szeregowy Cybienko
Dzień dobry mamo! Piszę do ciebie od razu po powrocie z zadania. Służę tu dopiero miesiąc, ale już strasznie żałuję swojej decyzji. Mamo, ja dzisiaj pierwszy raz zabiłem człowieka. Chociaż ci ludzie, którzy tutaj wędrują, czasami mało przypominają tych ludzi, których przywykłem widzieć my mamy we wsi. Już prędzej są podobni do bezdusznych maszyn, które są gotowe zabić za dowolny świecący się przedmiot… Oni są dosłownie jak sroki, zbierają wszystko to, co błyszczy i nie jest przymocowane. Oni są gotowi rozerwać jeden drugiego za maleńki świecący kamyczek, za butelkę wódki, za parę granatów, nawet za trampki. To już nie ludzie. Oni są gorsi od wilków, na które polowaliśmy z ojcem. Ale ten stalker. W nim było znacznie więcej człowieczeństwa, niż we wszystkich naszych chłopakach razem wziętych. On szedł ranny w stronę kordonu, ledwo wlokąc za sobą automat. Z początku chcieliśmy go przepuścić, nasz porucznik kazał mu rzucić broń, mrucząc sobie pod nosem, że ten i tak już nie żyje i ono mu się na nic nie przyda. Ale ten nagle popatrzył na nas wzrokiem pełnym bólu, który rozrywał jego wnętrze… on prosił żeby go uratować, uwolnić od tych męczarni. Witka Tichoniuk powiedział mi, że prawdopodobnie, on mutuje od wewnątrz, rozdziera go piekielny ból i że dla niego byłoby lepiej, gdybyśmy go nie przepuścili. Ten jakby usłyszał słowa Sierżanta i spróbował podnieść automat, kierując go w naszą stronę. Porucznik dał rozkaz strzelać żeby zabić i ja, jak i inni żołnierze, przylgnąłem do celownika i nacisnąłem spust. Nie wiem, dlaczego strzeliłem. Wokół i beze mnie było dość strzelców. W kilka sekund zrobiliśmy z dopiero co żywego człowieka krwawe mięsiwo. Kilku naszych chłopaków-nowicjuszy poprosiło porucznika, żeby pozwolił podejść do stalkera, ale od jednej myśli jak on będzie wyglądał z bliska, zemdliło mnie. Porucznik tylko uśmiechnął się i powiedział, że u wszystkich normalnych ludzi przy pierwszym razie jest taka reakcja, a tym odważnym, którzy chcieli popatrzeć z bliska, powiedział, że jeszcze zdążą w czasie swojej służby napatrzeć się gorszych rzeczy. A potem zapragnąłem wszystko rzucić w diabły i wrócić do naszej wsi. Szalenie zatęskniłem za twoimi pioerożkami, za świeżym krowim mlekiem rano. Ale te pieniądze, którzy zarobię służąc w Zonie, przecież wiesz, jak są nam potrzebne. Za te pieniądze zrobią ci operację, i zdążymy, na pewno zdążymy wyleczyć twoją chorobę do czasu, kiedy zacznie się rozszerzać. Całuję mamo! I nie bój się o mnie! Jestem silny, wytrzymam!
Przyczyna: Cybienko Walentyna Aleksięjewna nie zamieszkuje pod adresem wieś Polianskoje dom 35.
Dziennik nr.4
Spoiler
Dzień pierwszy.
Dziś pierwszy raz idę w Zonę, na rajd! Miejscowi mówią, że rajd - to taka wyprawa po coś cennego. Człowiek który dał mi zamówienie wyjaśnił, że jednego rajdu za mało, żeby nauczyć się przeżyć tutaj. Ale ten - to sprawdzian. “Kryształowy kwiat”… Ciekawe, co to takiego? Pokazał mi niewyraźny obrazek, nawet dobrze nie rozpoznałem co na nim było. Jakieś linie, błyski… Różnobarwne ognie. Ale on mi wytłumaczył, że kiedy znajdę tę rzecz, to z niczym nie pomylę. “Kryształowy kwiat”… Cholera, czuję się jak mistrz-Daniła! Dobra. Pieniędzy obiecał sporo, i jeszcze mówi - dodatek za szybkość. Ten gość, to chyba miejscowy autorytet - inaczej skąd by ma tyle wszystkiego było w bunkrze?
Dzień drugi.
Żyję. To najważniejsze - a parę godzin temu mogłem zginąć. Sam nie wierzę, że się wydostałem… Co to za stwór, tam w wąwozie, na wielkość zupełnie jak czołg, rzucił się na mnie z ciemności? Jak mi się udało wyciągnąć broń zza pleców??? Na szczęście, zadziałały wojskowe odruchy… A ja myślałem, że dwa lata straciłem na próżno. Jak wrócę - postawię największą świeczkę za zdrowie sierżanta Kriwcowa. Chociaż cerkwi tutaj, na pewno, nie ma w pobliżu… Dobra, wypiję za jego dobre zdrowie - nauczył strzelać, zaraza… A broni, to ja teraz za plecy chować nie będę. Z giwerą w rekach spokojniej, chociaż i trochę niewygodnie.
Dzień trzeci.
Znalazłem go!!! Wszystko było tak, jak powiedział ten w bunkrze!!! On.. Ten kwiatek… On jest cudowny, jeszcze nigdy nie widziałem takiego piękna!!! Długo trzymałem go w rekach, a on promieniał… Więc takie one są - artefakty. Aż żal go oddawać - jak by nie było, to mój pierwszy sukces. Dobra, pora wracać.
Dzień szósty.
Cholerna sprawa. Nabojów prawie nie ma, a ja zabłądziłem. Miejsca niby znajome, pamiętam ot, ten pagórek, te trzy drzewa przy studni… Ale coś się zmieniło, jakby… Nie wiem. A jeszcze w powrotnej drodze na mnie napadają różne stworzenia. Większość to małe, ale upierdliwe - wszystkie loftki zużyłem. Został tylko śrut, piątka. Jeśli się trafi coś większego od psa - kaplica.
Dzień szósty, wieczór.
Jeszcze jeden ogromny stwór rzucił się na mnie! Czekał na mnie w zasadzce!! Jak ta, w nocy, kiedy szedłem tutaj! Nigdy nie zapomnę tej wyszczerzonej mordy i kłów… Dziwne, ale ten zwierz jest jakby podobny do dzika. Tylko ogromny, i kłów ma dużo, nie miałem czasu liczyć. A może to się ze strachu wydawało? Nie wiem. Rzucił się na mnie tak szybko, a ja dosłownie zamarłem, mnie sparaliżowało!! Po prostu patrzyłem, jak leci na mnie, i nagle… Jakby natknął się na niewidzialną barierę - stwora poderwało w powietrze, potem zakręciło, a potem… BOŻE, przecież to ja mogłem być na jego miejscu! Znaczy, rozmowy w obozie o anomaliach to prawda. Do diabła, dokąd mnie zaniosło!?
Dzień siódmy.
Rano wydawało mi się, że widziałem człowieka. Na pewno halucynacja - nie może tutaj być bezbronnego człowieka w dżinsach… No i głowę miał bardzo dużą. Pewnie to od Kryształowego kwiatu - poczerwieniały mi ręce, szyja, plecy strasznie swędzą. Może on jest radioaktywny? W oczach wszystko pływa… I szum w uszach, jak głos… Pewnie się zatrułem… Żeby już wreszcie dojść. Gdzie ja jestem?
Dzień siódmy. Wieczór.
Trudno mówić… Ten człowiek… On idzie za mną, cały czas szedł… A raz widziałem jego twarz. Z bliska, a on był daleko. Jak to jest możliwe? Szumi w uszach… To on mówi, ma taki głos - jak szum wiatru… I świst… Nie, to nie człowiek, to… Inny… On wie, gdzie ja się schowałem… Ręce nie chcą słuchać…
Ostatni zapis.
(Szum, trzask)…Puszczaj…(szum)… Jaa… Muszę do domu… Ciemno… Bardzo ciemno… Duży, puszczaj… Albo umrzeć… Tak lepiej, tak… On… Nie da odejść… Pistolet jest… Naboje… Jeden… Żeby się tylko udało… Puszczaj… Nie… Nie trzeba… Nie przeszkadzaj… To wszystko… (dźwięk wystrzału. Szum, trzask. Zapis przerwany)
Dziennik nr.5
Spoiler
Sprawozdanie Nr25-19-12y.
Udało mi się!! Jadę tam, do Zony! Całe laboratorium mi dzisiaj gratulowało, nawet starszy pracownik naukowy Kowalew. Pomimo tego, że mnie nie bardzo lubi, podszedł, uścisnął rękę i powiedział: “gratuluję, towarzuszu Pankow!” Przy tym uśmiechnął się nieszczerze - to nie było potrzebne. Ale wszystko jedno - jestem szczęśliwy! Ja sam zobaczę miejsca, skąd nam dostarczają większość obiektów do badań. Może nawet uda się zakończyć pracę naukową w tym roku!\n\nNa miejscu wszystko okazało się nie tak, jak oczekiwałem. Przyrządy naukowe są mi po większej części zupełnie nieznane. Siemionow - asystent kierownika laboratorium i jednocześnie naczelnika ML-4 (mobilnego laboratorium) - mówi, że one są “miejscowej produkcji”, i że w nich zawarte są niektóre miejscowe artefakty. To wstrząsające! Jak daleko nauka posunęła się tutaj, w głębi Zony!
Dziś był ciężki dzień. Ledwo nam się udało uciec spod nieoczekiwanie włączonej instalacji. Siemionow robił pomiary intensywności promieniowania, a ja przez radio raportowałem rezultaty Krugłowowi (to jeszcze jeden starszy pracownik naukowy, wydaje mi się - nieco zadufany człowiek…), kiedy nagle czujnik wybił poza skalę. Ledwo zdążyliśmy uciec. Ziemia drgnęła, jakby pod budynkiem fabryki przebudził się wulkan! Jaka instalacja jest zdolna do czegoś takiego? Jaką ona ma moc!? Siemionow powiedział, że jeśli chcę zrozumieć, co tutaj się dzieje, trzeba wejść wyżej i popatrzeć na terytorium fabryki przez lornetkę. Ciekawe, po co? Może żartował?
Pierwszy raz poczułem strach. Poszedłem za radą Siemionowa… Wlazłem na wysokie drzewo, biorąc z sobą lornetkę. I popatrzyłem, co dzieje się na terytorium fabryki, na wewnętrznym dziedzińcu… Boże mój, przecież tam są ludzie!!! Chodzą w kółko, jak lunatycy! Na niektórych odzież uczonych, wydaje się, jak by byli lekko ranni… Co z nimi? Dlaczego oni nie mogą wyjść? Muszę wyjaśnić, jak im pomóc. Dziś Siemionow i Krugłow gdzieś wyjechali mówiąc, że nie na długo. Szkoda, to znaczy, że muszę iść sam. Trzeba wziąć jak najwięcej apteczek, dla rannych uczonych tam w środku. I oczywiście broń. Co prawda, dotychczas strzelałem jedynie na strzelnicy z karabinu pneumatycznego. No i dobra, niech będzie na wszelki wypadek.
Siedzę w zasadzce niedaleko od fabryki, na dachu jakiejś hali. Nieprawdopodobne, ale ludzie podporządkowują się jakiemuś potworowi, dwunogiemu i chodzącemu w wyprostowanej pozycji!!! Ta parodia człowieka nosi dżinsy! Pisać trudno - widocznie, psi-promieniowanie wpływa na koordynację. Dobrze, że instalacja teraz nie pracuje - sprawdziłem. STOP. No to jakie psi-promieniowanie? CO TU SIĘ DZIEJE? Czyżby to ten potwór generował psi-fale? Czyli dobrze, że mnie nie widział… Trzeba strzelać w niego… Najważniejsze - trafić w głowę, jeśli spudłuję - ze mną koniec. Zombie (niestety, tylko tak można nazwać stalkerów wokół potwora i uczonych… Jakie to straszne…) strzelają, kiedy on każe, i jeśli ja nie zabiję go od razu - mnie po prostu podziurawią. Ale muszę spróbować. To mój obowiązek względem tych nieszczęśników wokół niego…\n\nDo tego kto znajdzie i przeczyta…
Jestem ranny. Nie mogę się poruszać - kula trafiła w kręgosłup… Pomimo bólu jeszcze mogę pisać, ale nie wykluczone, że wkrótce stracę przytomność - jeśli mi się poszczęści… No cóż, strzelec ze mnie żaden - cały magazynek wystrzelałem obok. Słyszę, że potwór wdrapuje się do mnie, tutaj. Mam mało czasu. Ja nie jestem mu potrzebny żywy, dlatego że jestem ranny - widziałem jak jadł jednego z zombie kiedy ten trafił nogą w studzienkę i złamał ją… Żeby tak od razu… Boję się. Żegnajcie. Zrobiłem wszystko, co mogłem do tych ludzi.
Młodszy pracownik naukowy Pankow.
Dziennik nr.6
Spoiler
Dziennik Światosława “Schiza” Dedenko
13 kwietnia 2010 Jeść się chce… Pieniędzy nie ma, ot i pojechałem do zony. Kiepsko bez pieniędzy… To będzie dzień 1-y, dzień przyjścia, dalej będzie bez dat…
Dzień 7.
Już tydzień… A czas tu biegnie szybciej, niż poza Zoną. Teraz nie zona a Zona.
Dzień 12.
Razem z Siwym, Moszennikiem i Trofiakiem pójdziemy dalej, do Wysypiska… Przez posterunek…
Dzień 13.
Cholerni bandyci… Postrzelili w rękę… Przedramię… Szlag, jak boli… Nienawidzę…
Dzień 15.
Sukinsyny!.. Zabili go… ONI ZABILI TROFIAKA!!! Wszystkich zabiję, bez litości i zmiłowania…
Dzień 20.
Rana cała spuchła, boli, trzeba do Baru, może tam pomogą… Do diabła, strasznie boli… Jedzenia prawie nie ma..
Dzień 21.
Znaleźliśmy jakiś… artefakt. Emanuje ciepło, licznik Moszennika pokazał, że ciut-ciut promieniuje, jednak rana przestała tak mocno boleć… To dobrze…
Dzień 25.
Dotarliśmy do posterunku Powinności, z początku nas nie chcieli puścić, ale jak tylko ranę zobaczyli, to szybko otworzyli wrota.
Dzień 26.Tamtejszy lekarz mówi, że po lekarstwo trzeba będzie iść do Sacharowa, nawet przewodnika znalazł, tylko artefakt trzeba będzie oddać uczonym. A szkoda, jest taki zabaw.. stop, co ja znowu? oddam i dobrze…Moszennik urządził się u barmana, a Siwy… nie ma już Siwego…
Dzień 30.Sacharow podał lekarstwo, już prawie wszystko przeszło. Artefakt zabrał, okazał się całkiem rzadkim… Pracuję teraz dla nich, nawet kombinezon dali. Teraz do tutejszego laboratorium będziemy iść. Jak mu tam… a, właśnie! X-16!
Dzień 32.
Potworność… jakieś cholerstwo pod ziemią… promiennik… Teraz tu są sami zombie… straszne…
Dzień 60.
Ugryzł mnie snork… Dziwne, ale nie czuję bólu! Tylko jeść chcę… MIĘSO!..
Dzień 62.
Rrrr… jedzenie… jeść… RRRR… MIĘSO! Rrr… Oh, jak źle… jupż mniemnoge norrmalnie piisać… teraz tylko za-rr-pis z głossu-rrr!..
Dzień 63.
A-u-e-r-r-r… j-e-z-z-s-s-t! jedzzenie… y-r-r-r
Dziennik nr.7
Spoiler
(POCZĄTEK ZAPISU)
…to swołocz, ale dobrze, nie muszę taszczyć całego towaru do Sidora, a więcej nikogo z handlarzy nie znam. Na amunicję forsy póki co starczy.Bar - oaza Zony. Ludzie stale przychodzą i odchodzą, bandytów i potworów prawie nie ma - POWINNOŚĆ je tępi, dlatego że ich baza jest właśnie tutaj. Tak. Jeszcze po maluchu - i na bocznicę. A stalkerzy na Arenę pociągnęli, spragnieni widowiska…
Taa… znowu pochmurny ranek. Jak to mówią, stalkerzy nie piją - stalkerzy się leczą. Jednak doskonale pamiętam całą rozmowę z pewnym gościem, Łysy czy jak… Mówił o fabryce Jantar, o obozie naukowców nad jeziorem, o tym, ile oni kasy sypią za najzwyklejszy Kryształowy Kwiatek, a już za modyfikaty o mało koszuli nie są gotowi z grzbietu zdjąć. Co zrobić - fanatycy… nauki. Co prawda jest jeden minus - ta cała instalacja psi-promieniowania. Ja sam zombie jeszcze nie spotkałem, ale według opowiadań bywalców, nie jest to zbyt przyjemny widok. Łysy mówił, że kiedyś tak skumplował się z pewnym stalkerem, że tamten i towarem mógł się podzielić, i plecy zabezpieczyć w boju, i w barze wódki popić było z kim. A tydzień temu spotkał go po drodze z Jantara (bo on w pojedynkę w rajd poszedł). Mówił, że szedł jak nakręcony, na przełaj, prawie po krawędziach anomalii, pod nosem coś bormotał, a automat po ziemi wlókł. Łysy go zawołał, a kumpel na dźwiek głosu taką serią odpowiedział, że cały magazynek opróżnił. No i Łysy zrozumiał, że jego towarzysz ugotował sobie mózg na Jantarze i w zombiaka się zmienił. Krótko mówiąc, przyszło mu towarzysza serdecznego własnymi rękami na tamten świat odprawić…Smutno… Ale jak podliczyć pieniądze, pozostałe po uzupełnieniu zapasu nabojów, apteczek i żarła, jeszcze smutniej się robi. Było nie było, ale jutro ruszam w stronę Jantara.
Barman powiedział, że jest droga na Jantar przez przejazd kolejowy albo jak tam to się nazywa… Co prawda i anomalii tam niemało - trzeba by śrub z nakrętkami zabrać więcej.
No to mi się udało! Doszedłem do mostu, co po drodze na Jantar, nie spotkawszy ani jednego najemnika. Co prawda przyszło nieźle nadłozyć drogi, dlatego że przy peronie pijawka grasowała. Dobrze, że ją w porę zauważyłem. A kiedy pod most wszedłem, aż mi szczęka opadła - w całym przejściu powietrze drży i faluje, jak nad rozpalonym blaszanym dachem w letni dzień. Tylu Pieców jeszcze nie widziałem! Prawie godzinę przechodziłem, masę śrub zużyłem, szukając drogi pomiędzy anomaliami. Za to ilu artefaktów się dorobiłem - 3 Ogniste kule i 5 jakichś gruszkokształtnych wygibasów. Teraz przerwa na papieroska, siedzę w cieniu, chlebuś… CHOLERA! Kogo to niesie??..
Taki on jest - Jantar… Solidny zakład na wzgórzu, bagno ze strąconym helikopterem, bunkier uczonych, na którym właśnie się znajduję - i cisza. A Łysy nie kłamał - główny uczony, Sacharow, jak zobaczył mój towar - to aż mu się oczy zaświeciły. Wziął wszystkie arty i kasy odsypał niemało, ja jeszcze za żaden rajd tyle nie wziąłem! Co prawda, do bunkra nie wpuścił, że niby kwarantanna, radiacja - no i dobrze, na dachu, gdzie jest lądowisko helikoptera, też można dech złapać. Jakoś straszno tutaj. Cicho, tylko snorki po krzakach łażą, no i zombie… Pierwszego takiego spotkałem jeszcze na podejściu do Jantara, kiedy zrobiłem popas przy drodze. W czarnym kombinezonie powinnościowca, lewa strona spalona, jakby w ognisko upadł albo w Piec wleciał, chód utykający, dlatego że jedna stopa wywichnięta albo złamana. Chciałem przeczekać, póki nie przejdzie, a ta swołocz jakoś wyczuła, gdzie się przyczaiłem i walnęła z Pe-eMa. Trzeba było go załatwić, ale dopóki mu łba nie rozwaliłem ze śrutówki, to jeszcze próbował się podnieść - żywotny, gadzina. Paskudny widok.
Pora z powrotem do Baru ruszać. Kupię sobie tam coś droższego, może na “Abakana” wystarczy, a i kombinezon zmienić nie zaszkodzi. Łysego spotkam - postawię mu, za poradę o uczonych podziękuję. Taaa… Ktoś tam z górki schodzi, zaraz zobaczymy, co za …
(głośny dźwięk niskiej częstotliwości)... MMAĆ!!! CO TO!!! Krok. Krok. Droga. Naprzód. Naprzód. Tow… tow… towar… Bar. Bar…Man… Barman. Handlarrz… Stal…ker…Stalker.
(dźwięk wystrzału, okrzyk: “Stój, stalker! Opuść broń!”) .. stal… STAAALKER!! (dźwięk odwodzonego zamka)\ ZZABIIIIJ !!! (długa seria z automatu)
(KONIEC ZAPISU)
Dziennik nr.8
Spoiler
… początku brak, zapis beznadziejnie uszkodzony…
Wafel, Gruby - sukinsyny. Kiedyś ich dopadnę. Wredne bękarty, nagadali Sinemu że Krzywy dzisiaj obijał się w parowie i ni cholery nie dyżurował. Jak zwykle Krzywy, sucze syny. Szlag… Teraz lezę z tym skończonym kretynem Waflem (dobrze byłoby nie zapomnieć kropnąć go po cichu, Sinemu powiem że to patrol) szukać stalkera. Wściekły, Śmiekły… nie pamiętam jak mu tam. Siny powiedział że trzeba od niego pakiet odebrać, też mi coś. Sam by szedł i odbierał…
Szlag, dzisiaj szliśmy przez Agroprom, kurde, paskudne miejsce, chłopaki mówili że tu do cholery wojskowych, a my spotkaliśmy tylko jednego trupa. Nadzianego na gałąź… Ktoś się postarał umieścić go wysoko. Trzeba chłopakom powiedzieć żeby przyszli i popatrzyli, wesoły obrazek. Wafel ciagle jęczy że nogę obtarł. Mówili mu żeby na butach nie oszczędzał, ale nie, Wafel jest najmądrzejszy.
Rozbiłem ekran PDA, teraz mogę tylko słuchać i mówić. Wafel, skurwiel, śmieje się… Nie szkodzi, ja jego wkrótce kropnę, nie będę przecież taszczył tej szumowiny z powrotem?\
No i nie ma Wafla… do diabła, myślałem żeby go kropnąć, ale los zarządził inaczej. Kiedy spaliśmy podkradła się do nas pijawka. Szlag, co za paskudne straszydło. Rzuciła się na Wafla, pokój jego pogańskiej duszy, i szarpała go jak szmaciana lalkę, a ten wrzeszczał, kurde… tak krzyczał, że o mało nie straciłem rozumu. Ledwo uciekłem…I gdzie ja teraz jestem? Dom jakiś i ni cholery nie wiadomo. Dokąd iść?
Kurde… Ja na pewno wrócę, a kiedy wrócę wypieprzę sukinsyna Grubego, i pracusia Aloszę, a może jeszcze i Sinego. Diabelski dom, skąd miałem wiedzieć, że tam jest legowisko tuszkanów? Ledwo uciekłem, teraz w jakimś lesie…
Żeby tylko wrócić. Ironia losu… ten stalker… my go rżneliśmy a on patrzył na mnie i mówił, że nie wrócę z Zony… do diabła, jego oczy…
Teraz pod jakimś pniakiem, kurde… Przez PDA powiedzieli, że wkrótce emisja, a tu jak na złość ani jednej zasranej szczeliny.
(szum emisji) Jak boli głowa… i te oczy… stalkerze, wybacz mi jeśli możesz, kurde będę… wrócę, to pomodlę się za twoją duszę…
(… początek zapisu uszkodzony … szum emisji) … do diabła, nie przeżyję tego dnia… strasznie boli głowa… Przekleństwo na twoją głowę Siny… ja muszę, muszę wrócić…