W Cieniu- część 4. “Cenne zlecenie”
Wiła prowadził bar już 4 lata. Wielu stalkerów spotkał, z wieloma rozmawiał. Mimo tego czasu, nie może sobie przypomnieć kogoś, do kogo ludzie czuli by większą nienawiść niż do Syrjana. Nawet on- barman, choć starał się go zrozumieć, nienawidził go bardziej niż własnej teściowej. No może trochę mniej, bo tamta była tak wielką jędzą, że nie wytrzymał i zabił ją po pijaku. Oczywiście dla obcego stalkera Syrjan mógł wydawać się takim jak wielu innych, którzy przybyli do Zony zarabiać, lub rozpocząć nowe życie. Ale ci którzy wiedzieli o nim choć trochę, nie chcieli mieć z nim nic wspólnego. Czego ON chciał w Zonie? Pojawiał się w tym barze, znajdującym się w samym środku wioski Kriwna, pił, odebrał 2, może 3 zlecenia, i ruszał przed siebie. Czasami nie było go po kilka miesięcy, tak jakby w ogóle wyjechał z Zony. Ale wracał, zawsze wracał. Tym razem było tak samo, kiedy wszedł do baru, pierwszy raz od dobrych 2 miesięcy, Wiła nie przestawał wycierać blaszanego kubka. Parę stalkerów spojrzało ukradkiem, ale reszta dalej rozmawiała jak gdyby nigdy nic.
-
Syrjan! Przyjacielu, podejdź no tu. - krzyknął wesoło barman. “Fałszywy sku**iel”, tymi dwoma słowami Syrjan opisywał sam sobie Wiłe.
-
Mam dwa łby Snorków do sprzedania.- powiedział bez przywitania, po czym położył karabin na blacie, i oparł na nim ręce.
-
Snorków mówisz? Hmm…
“Zaraz się zacznie gadka ile to on już tego nie ma. Fałszywy sku**iel.”
-
No widzisz Syrjan. Akurat ostatnio paru stalkerów urządziło polowanie na Snorki. Wiesz, na tych bagnach za Szuwarami…
-
Dobra, możesz łaskawie pokazać te fanty, które ci przynieśli?
-
Yyy, no wiesz- zaskoczył go. Jak zawsze. Syrjan odwrócił się plecami do baru, spojrzał na sale. “Ładnie urządzony, naprawdę ładnie.” Bar znajdował się w starej remizie, a więc było tutaj dość miejsca. Ściany z pustaków, żadnej farby, wszystko obdrapane. Stoły i krzesła- każde inne. Przy ścianach zamiast krzeseł były pieńki drzew, a na nich długie deski. Tak wyglądało większość barów w Zonie- prowizorka. Ale ten jeden Syrjan lubił najbardziej, było tu jakoś przytulnie. Uklepana ziemia zamiast podłogi. Zawsze nadymione od fajek i shishy leżącej w kącie, po drugiej stronie sali.
-
Cena ta co zawsze. I nie pie**ol głupot. Wchodzisz?- Odwrócił się do Wiły.
-
Taa.- znów nie udało mu się wynegocjować lepszej ceny. “Ku*wa, ten sku**iel budzi respekt.” Pomyślał, kiedy poszedł na zaplecze po karton. Kiedy głowy mutantów były w opakowaniu, a kasa w portfelu, stalker położył plecak na ziemie. Barman polał mu do kieliszka, nie musiał mówić, zawsze lał Syrianowi pierwszego “na koszt firmy”.
-
Jest zlecenie.
-
Muszę odpocząć.
-
Nie byle jakie zlecenie.
-
Muszę odpocząć.
-
Posłuchaj!- stalker spojrzał na Wiłe z nad kieliszka. Zaskoczyło go to co barman zrobił. Wile zrobiło się gorąco. “Ten jego przenikliwy wzrok. Taki spokojny, taki… morderczy.”
-
Posłuchaj.- powtórzył już spokojnym głosem. -To nie jest byle jakie zlecenie, kolesie płacą w artefaktach. Artefaktach! Rozumiesz to?
-
Tobie, ciekawe co ja bym z tego miał.
-
Właśnie NIE! Powiedzieli że płacą bezpośrednio temu kto wykona zadanie. Sam sobie wybierasz artefakt. Jeden za jedną głowę. Kapujesz? ZA JEDNĄ GŁOWĘ!- mówił z podekscytowaniem w głosie.
-
Imponujące.- powiedział spokojnie Syrjan. Ukrył zainteresowanie i zdziwienie. Teraz mu to przyszło łatwo, był zmęczony po całej nocy taszczenia ze sobą głów Snorków, i ciągłego patrzenia na koniec tego przeklętego jeziora. Na drugim brzegu widział ogień, ktoś tam był, może go obserwował. Musiał przez to być cały czas czujny.
-
Ty chyba kpisz. Powiem od początku. Parę dni temu przyszło do mnie dwóch kolesi. Nie byle jakich kolesi. O nie! Faceci w Egzo, kapujesz? W Egzo! Jeden odpiął hełm, i mówi: My płacimy tobie za dostarczenie kogoś dobrego kto wykona zlecenie, dostajesz kasę i tyle. Na nas interesu nie zrobisz. To się pytam co mam przekazać, a on że podadzą miejsce, do zlikwidowania 4 stalkerów. Za każdego po artefakcie, plus trzeba zanieść w umówione miejsce skrzynie, nie otwartą. Ze wszystkim co jest w środku. Za skrzynie dodatkowe 2 artefakty, do tego broń z ich arsenału do wyboru!
Tym razem Syrjanowi trudno było ukryć zdziwienie, łyknął wódki, od razu pokazał Wile aby polał.
-
Wiesz, powiedział kogoś dobrego. A że jak na razie jedyny dobry i znający się w tym “fachu” który tutaj wszedł to ty, no to zlecenie nadal aktualne.
-
Powiedz mi Wiła- łyknął palącego trunku. - Co ty od nich z tego masz?
-
Wiesz Syrjan- “Ten szelmowski uśmiech”, - O interesach się nie gada. To co, mam się z nimi skontaktować?- Chwycił za telefon satelitarny leżący pod ladą.
-
Nie.
-
Co?- Barman nie ukrywał zdziwnienia.
-
Nie, po prostu.
-
Ale jak to?
-
Nie!
-
Nie rozumiem cię. Płać za wódkę!
Zapłacił.
-
Stawka za pokój ta co zawsze?
-
Taa.
-
No to trzymaj. Ty się tak Wiła nie bulwersuj, bo ci pikawa siądzie. Dawaj kłódkę. Muszę się wyspać, oj muszę…
Chwycił swój wierny karabin, plecak, i ruszył na piętro, gdzie metalową siatką od podłogi do sufitu poprzedzielane były sektory. Zamknął się od środka, rozłożył wygodnie w śpiworze, po czym zapadł w tak upragniony sen.
Prawie 15 godzin snu, to trochę jest. Ale mógł sobie na to pozwolić po tych wszystkich przeżyciach. Nie chciał jeszcze wstawać, musi pomyśleć. “Taka nagroda. Co ja kurwa mam w tym plecaku? Hehe, przecież o zielsko by się tak nie rzucali. Właśnie! Zielsko.” Wyciągnął rękę po plecak, wyjął z niego małą paczuszkę, i metalową fajkę. THC opanowało jego umysł, relaks, relaks… Wszystko zaczęło wydawać mu się błache. Kolejne nabicie. “Abram! On coś zapłaci za ten złom. Może też powie co to jest.” Ciekawość zaczęła zżerać Syrjana. “Taa. Zielsko podsuwa człowiekowi dobre pomysły.” Uśmiechnął się pod nosem.
Późne popołudnie, to i ruch w barze duży. Specjalność dnia- kotlet z dzika. Podobno prawdziwego dzika, a nie mutanta! A do tego coś ekstra- ZERO promieniowania ponad normę. Syrjan nie uwierzył, musiał to sprawdzić. Słowa Wiły okazały się prawdą. Wstał od stołu, zapłacił. Dwóch pijanych stalkerów wesoło śpiewało.
-
Już odchodzisz?- spytał barman, nie ukrywając nadziei w głosie.
-
Nie. Abram dalej na końcu, w ostatnim domu?
-
To ty nie słyszałeś?
-
O czym?
-
Abram chciał kupić jakieś części, wyruszył do Kordonu. Wiesz, tam zawsze nowe dostawy jeśli chodzi o elektronike.
Syrjan pokiwał głową.
-
No i tyle co wyszedł, to wrócił po jakiejś godzinie. Wyglądał jak, no wiesz, jak po spotkaniu z kontrolerem. Bełkotał coś. Gdyby chociaż miał maske na sobie, część fal mutanta by się odbiła, a tak to goła głowa.
-
Co z nim?
-
A co byś zrobił ze stalkerem, który jedynie bełkocze pod nosem i je na twój koszt?
-
Odstrzelił.
-
No i właśnie, tak też się zrobiło. Szkoda chłopaka, ale co poradzisz…
-
Szkoda? Jednego stalkera mniej.
Odwrócił się, zacisnął mocniej pasy od plecaka.
Kiedy tylko wyszedł przed bar, i ruszył ubitą drogą do wyjścia z wioski, przez głośniki nadano komunikat o wietrze z napromieniowanym pyłem. Rzucił plecak na ziemię, szybko wygrzebał rurkę, maskę i pochłaniacz. Zmontował wszystko, pochłaniacz włożył do torby przewieszonej przez ramię. Znów założył plecak i ruszył w tylko sobie znanym kierunku…
[ Dodano: Sob 19 Wrz, 2009 ]
W Cieniu- część 5. “Diagnoza”
Cisza… Tak, tą cisze zapamiętał na długo. Ta cisza przewiercała się przez każdy milimetr jego ciała, przygniatała go. Jakby wszystkie artefakty Zony spadły na niego.
- Przecież ona jest taka młoda! 8 lat, to małe, bezbronne dziecko!- To już nie był szloch, to było łkanie.
Zona, znów Zona. Te samo miejsce przerzutu co zawsze. Tutaj patrole wojskowe rzadko bywały.
-
Wracam tam. Zarobie tyle ile dam rade. Ty zamawiaj bilety dla was, podobno w Stanach mają dobre kliniki. Swietłana zostanie z moją matką. Wystarczy z tego co mamy na wyjazd i na opłacenie kuracji. Resztę zarobie, obiecuje.
-
Nie, zostań proszę. Zostań.
-
Postanowiłem.
Chciał ją przytulić, ale go odepchała.
- To dla jej dobra, zrozum.
Rano już go nie było, bez pożegnania, bez zbędnych rozmów. Zajrzał tylko do szpitala by zobaczyc córkę. Taka mała, taka piękna, taka chora…
Zona, znów Zona. Tu kończy się Syrjan mąż, Syrjan ojciec. Uczucia zostają w tamtym świecie, innym świecie. “Gorszym świecie.”
Deszcz tłukł o dach wagonu, nie zapalił świeczki. Po co? Niech będzie mrok, ciemność. Niech go pochłonie. Kolejny łyk wódki. Pół dnia jest w Zonie, po takim czasie już nie powinien czuć. Musi zająć czymś myśli. Co zrobić dalej? “Co to było? Aha, przeklęte urządzenie. Gdzie by pójść? Do kogo? Może Wasilij? Tak, on będzie odpowiedni… Irina. NIE! Nie myśleć o niej, tu jest Zona, tu nie ma jego chorej córki!” Zaczął tłuc się po głowie, twarzy. Trzask, trzask, ktoś tłucze w drzwi, znowu uderzył się po twarzy. Kałasznikow w ręke, ustał na chwięjących się nogach.
Zanim otworzył właz, zdążył się już wywrócić.
- O chłopie, nieźle żeś się doprawił. Jak w domu? Co z małą? Kazała pozdrowić wujka Sasze? Hehe.
Nie wytrzymał tego, zwinął się w kłębek.
Kiedy się obudził, pierwsze co poczuł to potworny ból głowy, i woń wymiotów. Sasza ustał nad nim, podając butelkę wody. Drzwi wagonu były otwarte. Ulewa.
-
Posprzątałem po tobie. Nie mów nic, wszystko już wygadałeś po pijaku. Znasz mnie, nie mam pieniędzy, wszystko wydaje tutaj. Inaczej bym ci pożyczył.
-
Wiem, nie tłumacz się.
Sasza odwrócił się do niego plecami, ustał w drzwiach.
- Nie podejrzewałem że będziesz chciał mnie sprzątnąć. Raczej że będziesz to rozważał.
“No i po co piłeś poj*bie?” Syrjan sam siebie skarcił w myślach.
- Też nad tym myślałem.- Spojrzał na niego z drwiącym uśmiechem.
Tego się nie spodziewał. Sasza chciałby GO zabić?
- Nie martw się, tak samo jak ty, tylko się nad tym zastanawiałem.
Podszedł do niego, wyciągnął ręke:
Uścisk dłoni, później wspólny posiłek.
Wzruszył ramionami.
- Rozumiem. No cóż, w takim razie Syrjan, tak jak zawsze. Gdyby co to się zgadamy. Jak będziesz w barze, kup sobie jakiś kombinezon, radiacja coraz większa.
Syrjan podszedł do niego, położył ręke na jego ramieniu. Odwzajemnił gest, poklepał go.
-
Dzięki Sasza. Żegnaj towarzyszu.
-
Daj spokój, nie załamuj się tak. Ruszysz w głąb Zony to wróci ci ochota do życia.
-
Tak, tak.
Ścisnął mu dłoń, spojrzał głęboko w oczy…
Zrobił to w wąwozie. Z góry miał dobry widok. Wiedział gdzie zmierza, domyślił się po tym jak go śledził. Wyprzedził go i czekał, chciał widzieć jego twarz w celowniku. Kiedy wyszedł zza nasypu, on- Syrjan, był już zmęczony. Czekał już 3 godziny, ciągle leżąc na brzuchu, z okiem wpatrzonym w celownik. Poprawka na wiatr, odległość “Duża. 800 metrów.” Jest deszcz, a to już zmienia trajektorie lotu. Kolejna poprawka. Musiał dokładnie przycelować, przecież nie jest sadystą, chce zrobić to szybko… STRZAŁ. Tak, teraz poczuł całym sobą że jest w Zonie.
Sasza zawsze skrycie marzył że umrze gdzieś w opuszczonym domu, leżąc. Że zejdzie jako doświadoczony stalker, z przyczyn naturalnych, zawał lub coś podobnego. Tak chciał umrzeć. W ciepłym śpiworze, przy ognisku. W Zonie! Zginął w Zonie, w paskudny deszcz, ciężko oddychając przez maskę przeciwgazową. Cały mokry, zmęczony, a kiedy upadł- ubłocony.
Syrjan wziął to co mogło mu się najbardziej przydać z plecaka Saszy. O tak, i ten karabin- L85 Endeavour. Za te cacko dostanie niezłą kase. Może to nie jest dobra broń, ale ceniona w tych stronach. Spojrzał na niego ostatni raz. “Żegnaj Sasza. Żegnaj towarzyszu broni.”
“Trochę wydłużyłem sobie drogę.” Pomyślał patrząc na mapę. Do baru dobre 30km. W Zonie to duża odległość. Bardzo duża. Ciągłe uważanie na anomalie, promieniowanie. Omijanie stad mutantów. “Do tego jeden nabój mniej.” Zmartwiło go to. Zdał sobie sprawę że przez zabójstwo Saszy ma mniej amunicji. Niedobrze, bardzo niedobrze. Na dodatek ciężki karabin w plecaku. Niedaleko jest polana, a na niej mały obóz, gdzie zawsze jacyś stalkerzy się znajdą. Na noc lepiej nie spać samemu w dziczy. “Tak, trzeba tam się wybrać…”
Zaczął biec żeby być na miejscu przed zmrokiem, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Maska nie pozwalała swobodnie oddychac, przyduszała go. Licznik- “Promieniowanie się powiększa.” Spojrzał w lewo. W oddali zawalony dom, przy nim studnia. Standardowy widok w Zonie. Tylko z tyłu, przy stodole coś jakby świeci. Usiadł na pagórku, spojrzał przez celownik. “Elektro.” W tych anomaliach zazwyczaj są artefakty, a raczej żadko ich nie ma. “Trzeba się tam przejść.” W siatce celownika zauważył 3 Mięsacze. “1100 metrów. Za daleko na te biegające bydła.” Wstał, założył plecak i ścisnął broń w rękach. Powoli, ostrożnie zaczął schodzić z pagórka w kierunku celu. Zaczął przyśpieszać kroku, jakby z każdym kolejnym nabierał więcej pewności. Nie znał tego miejsca, nie ufał mu. PIK, PIK… Nie zdążył, potężna siła uderzyła każdą część jego ciała. Odleciał na dobre 10 metrów, upadając na plecak. Coś w środku się połamało. Kiedy upadł, przycisnął karabin do siebie, jak małe dziecko które nie chce oddać zabawki. Wstał, cały obolały. Strasznie bolał go lewy bark. “Nie będzie tak łatwo.” Było jeszcze trudniej niż się spodziewał. Cała polana okazała się rozsiana w anomaliach. Nie mógł nawet zdjąć mutantów na odległość. Anomalie odbijały by pociski. Zanim doszedł do ruin, już dawno zapadł zmrok. Słyszał ryki Mięsaczy, położył plecak, wyjął z niego kałasza. Snajperke ostrożnie oparł o plecak, zaświecił latarkę, przymocował pod lufę karabinu. Wolnymi krokami ruszył wzdłóż ściany zrujnowanego budynku, zza rogu dobiegały go coraz głośniejsze, złowieszcze odgłosy potworów. “Nie będzie łatwo…”