Skocz do zawartości
dopyl

Opowiadania NPC-ów

Rekomendowane odpowiedzi

W wirtualnej strefie krążą opowiadania i legendy rozprzestrzeniane przez NPC-ów.

Czy są prawdziwe ? Czy mogły się zdarzyć takie sytuacje ? Oceńcie sami oto niektóre z nich.

O dziwnym mutancie...

Słyszałeś może o Tarku? To taki dziwaczny koń na długich i chudych nogach. Taranuje swe ofiary a potem je zagryza. Co dziwne, konie są roślinożerne, a ten gnojek zmienił upodobania. Znaleziono już kilku nieszczęśników co to chcieli zapolować na tego mitycznego stwora.

Nadprzewodnik...

A słyszeli o Przewodniku? Toż to protoplasta wszystkich Stalkerów. Pierwszy do Zony chodzić zaczął, i do tej pory żywy. Powiadają, że przeprowadzi w dowolny punkt. Druga sprawa, znaleźć go to nie lada problem - afiszów z adresem nie rozlepia... A i przeprowadzić też nie każdego chce. Bierze niemało ale jeżeli znalazłeś go i umówiłeś się, masz pewność - on cię na bank dostarczy gdzie trzeba. On i pewnie widział, co tam za radarem...

Z pamiętnika Wolnościowca...

Był piękny czerwcowy poranek słońce radośnie przygrzewało, a powietrze wypełniał słodki ptasi trel... czy jakoś tak, w każdym razie była ładna pogoda, leżałem pod skrzynią z kumplami z wolności i paliłem skręta.

- Mrok palisz jak smok, a potem jęczysz, że nie nadążasz z nami podczas polowania. - jak zwykle czas musiał mi umilać Kruk, który siedział na fotelu wyjętym ze starej Łady - dobrze, że przynajmniej dobrze strzelasz. Zaciągnąłem się ostatni raz i podałem Krukowi żeby zamknął się chociaż na chwilę. Z Bazy było słychać znajome dźwięki. - Kurwa Karol, jak ty możesz spać do tej pory, Z A P I E R D A L A J na wartę leniu jebany... No niby nic nowego, ale daje do myślenia, bo Łukasz nie patyczkuje się, ostatnio gonił Karola z metalowym prętem rzucając w niego bluzgami. - Kurwa zostaw tą strzelbę!!! - Rozległ się strzał, a jakieś 2 sekundy potem Karol spieprzał w podskokach na most aby nie trafił go Łukasz ze swojej dubeltówy. - I żeby mi to było ostatni raz. Łukasz był dobrym przywódcą, ale nie znosił takich upierdliwych i leniwych gnojków jak nasz Karolek. Karol miał 27 lat i był dobrze zbudowany, ale chyba tylko głupiec miałby odwagę zadrzeć z przywódcą Wolności. - Wyciągnąłem kolejną pojarę i odpaliłem ją, nie zważając na kolejne strzały oddane przez wpienionego Łukasza. Takie dni powinny się zdarzać częściej, o wiele częściej.

Fanatyczni strażnicy...

Posłuchajcie historii którą wam opowiem, choć może się wam wydawać zmyślona, to jest autentyczna… Niech sobie tylko przypomnę… tyle czasu minęło… a tak: Ciemność, dźwięk łamanego patyka i… cisza. Strzały, cztery czy pięć krótkich serii, któż by liczył, małe rozbłyski i koniec… znów cisza i ciemność. Rano widać co skrywała noc. Cztery sztywne trupy, o których już nikt nie pamięta, leżące około kilometra od placówki wolności zwanej „Barierą”. Szkoda że tych czterech stalkerów zginęło, próbując dostać się do centrum Zony, do Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Jeden liczył na spełniacz życzeń, drugi na pola artefaktów, trzeci szukał przygód, a czwarty… o nim nic nie wiadomo. Słychać kroki, ktoś nadchodzi. Nagle wyłania się postać w białym kombinezonie i grubych wojskowych butach oraz ciemno zielonej masce przeciwgazowej. To pancerz Monolitu, jednego z tych Fanatycznych strażników. Nikt nie wie czego strzegą, lecz każdy mówi że czegoś wewnątrz sarkofagu. Podobno jeden oddział monolitu jest potężniejszy od dwóch oddziałów wojskowych stalkerów i wojska razem wziętych. Są doskonali w tym co robią, a robią tylko jedno… zabijają.

Człowiek w tym pancerzu idzie w stronę elektrowni, lecz za kilkaset metrów zatrzymuje się i klęka. Zaczyna się modlić do czegoś co inni nazwali by stosem śmieci, lecz w rzeczywistości to jest antena. Kiedy wznosił modły wpadł w jakby trans, przez co nie usłyszał zbliżających się szybko kroków. Nagle poczuł lufę pistoletu przystawioną do potylicy, nie miał szans by powstrzymać tego stalkera więc roześmiał się i powiedział:

-Głupcze, myślisz że potężny monolit cie wysłucha??

-Nie… ale ciebie też nie – odparł stalker.

Po czym strzelił, krew zalała mu kurtkę, a wojak w pancerzu Monolitu padł bez życia na trawę przed anteną. Stalker wziął jego TRs 300 i poszedł przed siebie....

Historia o Cieniu...

- Słyszałem kiedyś od kogoś w Jantarze , o Stalkerze którego nazywają “Cieniem”. Według pogłosek jako jeden z niewielu wszedł do Prypeci wraz z grupą kompanów. Sam stracił niemalże wszystkich i , teraz bez celu plącze się po zonie. Podobno jest nieuchwytny i jedynie czasami odwiedza Składowsk na kilka dni nie wiedzieć , właściwie czemu. Mówi się że odwiedził każdy zakątek zony , od Kordonu aż za tereny Elektrowni. Ja tam w to nie wierzę , lecz ludzie którzy widzieli go w akcji , mówią iż jest jednym z nie wielu którzy mogą tego dokonać. No zbliżamy się do finału. Facet mówił że grupa Najemników chciała się wybrać do Limańska. Dowodził nimi ... czekaj ... a tak gościu o przezwisku Wieprz. Po drodze jednak zatłukli jakiegoś Stalkera. Podobno był zwariowany i bredził. Tamci po prostu go rozwalili , i to dosłownie. Facet powiedział że na tego biedaka wołali Szpadel. Gościu po prostu był szalony i znalazł się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Niech mu ziemia lekką będzie. Kilka dni później Najemników znaleziono martwych w Jupiterze. Wszyscy zostali zabici z broni Snajperskiej. Jeden ze świadków mówił iż widział mordercę. Miał na sobie długi czarny płaszcz. Od tamtego czasu nazywają go Cień</text>

Problem ze spaniem...

W tej części strefy sen jest prawie niemożliwy ... A jak już zasnę to śnią mi się koszmary ... niewydolność serca, taki to powód... Ostatnio jednak, usłyszałem, że jest na to lekarstwo. Jeśli bardzo chce się spać, najlepiej znaleźć stare wiadro lub garnek ... Najważniejsze jest ... założyć głowę jak najgłębiej - i śpi się jak w raju ... Cóż, śmiej się, śmiej, ale to działa.…

Noc...

Ciemna noc, z poza chmur wygląda pyzaty księżyc, wiatr głaszcze mnie po skroniach. Jasne ognisko, kozak, kumple i jakaś stara piosenka grana na harmonijce. Cisza, czuwam jako pierwszy kiedy obaj moi koledzy śpią spokojnie. Ta niepokojąca cisza, którą przerywają głośne, przeciągłe krzyki z oddali... z czerwonego lasu... tam się nie zapuszczam, tam MY Wolność nie wchodzimy tam MY pilnujemy bariery porządku... aby monolit nie posuwał się za daleko. Strzał, prosto w moją klatkę piersiową, kewlar to dobra inwestycja w zonie... pocisk... zapewne pistolet maszynowy.

Moi kumple zerwani na równe nogi razem ze mną chowamy się za prowizoryczną barykadę... znowu strzał... serce przyśpiesza, a jedyne co mnie teraz obchodzi to jeden celny strzał oddany prosto w krtań Monoliciarza, który śmiał naruszyć równowagę ... moje dłonie są pewne tak jak mój palec zaciskający się na spuście ''Grozy''. Wasili padł trafiony w skroń... Czekam, aż gnojek wystrzela magazynek... Wychylam się i strzał, głuchy... słychać charakterystyczne charczenie mej ofiary, umierającej powoli. Utop się we własnej krwi skurwielu! Jestem snajperem, jestem mordercą, zawsze trafiam... Mój przyjaciel zginął... grób...krew...to Zona bracie tu nie ma sprawiedliwości.

O niewiernych pod antenami...

Bracia, słyszeliście, niedawno paru niewiernych podkradło się do anten? monolit skierował nas, i bracia w porę ich zauważyli. Jednego zniszczyliśmy od razu. Dwóch innych rzuciło się by uciec. Wszyscy oni tchórze. Prawdziwa wiara nie dopuszcza miejsca dla strachu! Dwóch mogło uciec, ale Monolit mądry i wszechwiedzący. Znaczy, oni potrzebni mu żywymi.

Sen o Monolicie...

Bracia, Monolit wezwał mnie nocą. Ja mówił z nim. On był piękny w swojej wielkości. Ja ledwie nie oślepł ale jego światło napełniło mnie wielką siłą! Ja wiem, czuję, że jego siła przebywa z nami wszystkimi! On powiedział mi, jak pokonać zło. On powiedział, że jego siła napełni tylko wiernych. Jeszcze oświadczył mi, że nasze zwycięstwo już blisko!

O próbie wiary...

Bracia monolit nas potrzebuje teraz, tutaj. Musimy działać... Wiernym objawia się monolit i żąda krwawych ofiar... teraz nasza wiara zostanie poddana próbie tylko ci którzy gorliwie wierzą uratuje Monolit i da mu siłe aby walczył z wrogiem. Nadchodzi nowa era, era Monolitu... zawładniemy ZONĄ a niewiernych nabijemy na pale. Niech żyje Monolit Niech żyje!

Niepokoje w Dolinie Mroku...

Byłem w Dolinie Mroku, nawet tam Monolit szerzył spustoszenie, są jak plaga, jak zaraza której nie da się wytępić... walczyliśmy zaciekle lecz z grupy dziewięciu zostało trzech, ja, Wołodia i Siwy. Po walce schroniliśmy się starej szopie a raczej starym spichlerzu... na szczęście była tam solidna piwnica w której można było bezpiecznie przeczekać noc... nikt tej nocy nie spał, gapiliśmy się tylko na wyblakłe ściany z których płatami zaczęła schodzić turkusowa farba. Był Maj a ziąb jak w lutym mieliśmy śpiwory i termosy z gorącą kawą oraz coś o wiele lepszego na rozgrzewkę co nie pozwalało nam na sen. Siwy włączył w swoim PDA transmisję pogodową ze stacji radiowej w barze 100 rad... zapowiadało się na deszcz, a raczej ulewę. Nie mogłem zapomnieć o swoich poległych towarzyszach. Byliśmy zgraną paczką i dawaliśmy sobie radę prawie z każdym, ale przed kilkunastoma Monoliciarzami z G3, Kałachami i abakanami to nawet wojsko sra w gacie. sześć grobów... sześć krzyży... a mieliśmy tylko zrobić wypad po artefakty... Po tym wydarzeniu już nigdy tam nie poszedłem, a moich dwóch pozostałych kumpli odstrzeliło wojsko kiedy tam wrócili... a mówiłem idiotom... tak bardzo mi ich brakuje.

Horror w Instytucie Badawczym...

To co stało się 20 kwietnia 2012 w instytucie badawczym Agroprom... tego nie można zapomnieć... rzeźnia jakich mało... pewien stalker który ukrył się w starym kontenerze na śmieci przeżył, i opowiedział mi o tym. A więc to było tak... 7 rano tej nocy Agroprom stał się bezpiecznym azylem dla wielu stalkerów. Coś patrzyło z pagórka na budynki kompleksu i na pewno to nie był człowiek. Gość poszedł się odlać i wtedy jako pierwszy zobaczył zarys CZEGOŚ na wzgórzu. Na początku myślał, że to jeden ze stalkerów który zdążył się obudzić i wyruszyć w dalszą drogę ale to COŚ było nie naturalnie barczyste jak na człowieka... Wrzos bo tak się nazywał stwierdził, że to wina zaspania i poszedł do jednego z hangarów przygotować coś do jedzenia, kiedy usłyszał strzał i zaraz potem rozdzierający krzyk... P I J A W K I... znowu strzały. Wrzos pobiegł do głównego budynku gdzie spało najwięcej stalkerów aby ich obudzić, ale spóźnił się... przez okno zobaczył a raczej nic nie zobaczył bo na oknie była krew i kawałki ciał... strzały... pobiegł tak jak opowiadał na oślep... wlazł do kontenera na śmieci i zaryglował właz metalowym prętem... słyszał dyszenie pijawek... strzały... po 5 godzinach siedzenia w kontenerze stwierdził, że może wyjść... po tym co zobaczył soczyście zbełtał się na betonową drogę... Pełno ciał rozszarpanych i pozbawionych krwi... Nie zastanawiał się jedyne o czym myślał to ucieczka... teraz jest gdzieś w Zatonie i próbuje nie zwariować. Biedak.

Transformacja w Czerwonym Lesie...

Bracia, patrolowaliśmy krańce Czerwonego Lasu i natrafiliśmy tam na samotnego niewiernego. On zaczął nawracać się, dlatego nie zabiliśmy go, ale jeszcze przebywał w swoim na wpół zwierzęcym stanie... Ja wiem, mądry Monolit zrobił to dla wszystkich nas: znowu pokazał nam prawdziwą twarz swoich wrogów. Teraz nasza wiara jeszcze bardziej umocniła się! Zbliża się, bracia!.. Zbliża się zwycięstwo nad niewiernymi, a wtedy monolit wykona nasze ukryte życzenie! Naprawdę oddanych on zbliży ku sobie, do sławy swojej, wielkości swojej! My wiecznie będziemy w blasku jego!..

Mój przyjaciel...

Pewnego razu barze 100 rad jakieś 2 lata temu zamówiłem sobie dobry obiadek. Zapłaciłem podszedłem do stolika położyłem talerz. Patrze szczur... już chciałem go zgonić bo by mnie gnój ugryzł lecz coś mu się chyba popieprzyło i zaczął do mnie iść. Przestraszony aż upadłem bo widziałem co takie maluchy robią z ludźmi... potrafią nieźle pokaleczyć i podziurawić nawet kewlar... ale ten jakby był inny, wlazł mi na rękę i jakoś tak się zdarzyło, że został ze mną. Nie tylko ja się temu dziwiłem... zawsze siedział w moi, plecaku, dzieliłem się z nim jedzeniem jak i przyjaźnią którą mi odwzajemniał. Zdechł jakieś 3 miesiące temu... Nawet nie wiesz jak bardzo umilił mi ten czas spędzony w ZONIE. Możesz nie wierzyć, ale ja też byłem zdumiony.

Koty w Zonie...

Jest wielu myśliwych co upolują każdego mutanta, dadzą radę w każdych warunkach są twardzi, wytrzymali, pomysłowi itp itd. Ale do zony trafiają dzieciaki których życie nie doświadczyło, a broń widziały jedynie na obrazkach... Znałem jednego takiego zielonego miał 17 lat i szukał przygody, chciał się wykazać, strzelać potrafił, ale nie miał za grosz oleju w głowie. W kordonie zrobił taki kipisz, że helikopter musieli wzywać...na szczęście zdołał uciec. Wpadł w moje sidła zastawione na dzika... a darł się jakby go ze skóry obdzierali... Miałem ubaw jak nigdy w życiu. Wyciągnąłem go i zaprosiłem na wódkę do obozu. Przy ognisku opowiedział nam o sobie... że uciekł z sierocińca... że ma na imię Orjan... nazwiska nie znał. Pokazał nam swoje SVU, które jak to śmiesznie ujął „Zaiwanił” jednemu z patrolujących snajperów na granicy który zostawił broń idąc za potrzebą. Chłopak poszwendał się trochę ze mną nauczyłem go jak przetrwać... potem ruszył zaślepiony artefaktami. I tyle go widziałem...

Żaba...

Założyłem się z kumplami po pijaku, że upoluje zmutowaną żabę... jak powiedziałem tak zrobiłem cały dzień szukałem tego zielonego cholerstwa, aż znalazłem dużą i cholernie groźną... była wielkości psa i goniła mnie, musiało to wyglądać zabawnie bo kumple obserwujący mnie ze Skadowska leżeli pokładając się ze śmiechu. W biegu wyciągnąłem siatkę i zamachnąłem się aby gnoja unieruchomić. Potem pobiegłem do kumpli odebrać nagrodę w postaci skrzynki wódki i należnego mi szacunku. Nigdy więcej nie będę polować na żaby...

Bandyci...

Ostatnimi czasy bandyci strasznie zmiękli w gaciach, już tak nie napadają nie plądrują. Kiedyś to nawet nie zagadywali tylko kula w łeb. Coraz częściej odłączają się o grup i dołączają do Powinności, albo Wolności. Tylko ci najwięksi cwaniacy zostali. Rabunki nie dają takich dochodów jakie by się chciało. Coraz ciężej, a umrzeć tylko dlatego że jesteś bandytą to im się nie uśmiecha.

Umrzeć ze strachu...

Pewnego razu po dość zakrapianej nocy złożyliśmy się z kumplem o wódkę, że nie pójdzie na cmentarz i nie wbije w grób noża. Nabąbiony w ciemną noc chwiejnym krokiem podążył na cmentarz... Był ubrany w swój kombinezon oraz długi czarny płaszcz nachylił się nad grobem, wbił nóż w ziemię tym samym nieświadomie przyszpilił do niej swój płaszcz... nie mogąc wstać panicznie się wystraszył, a że miał słabe serce wyzionął ducha. Dość zaniepokojeni poszliśmy na cmentarz... zastaliśmy go martwego leżącego na mogile „Stefana Gobki”. Umrzeć ze strachu niewiarygodna sprawa, a za jego śmierć obwiniamy się do dziś.

Szarość Prypeci...

Na pierwszy rzut oka wcale nie różni się od innych miast. Wygląda jak typowe, socjalistyczne blokowisko, nieremontowane od lat, podobnie jak wiele rosyjskich osiedli. Wyobraź sobie, że widzisz tysiące otwartych okien, ale słyszysz tylko wiatr. Nie ma tu ludzi, nie ma samochodów ani tramwajów. Jest tylko cisza, cisza i tylko cisza między zapomnianymi domami. A w tej ciszy słychać krzyk pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców, wywiezionych tamtego dnia w nieznane.

Stoisz sam w centrum martwego miasta. A może by tak wejść do jakiegoś domu? Ciekawe, co się kryje w tamtym bloku... Ludzie wyjeżdżając stąd zostawili wszystko, co mieli. Może za ścianą jest telewizor, może lodówka, a może zbiorowisko radioaktywnego kurzu? Prawdziwe niebezpieczeństwo czyha w domach, zwłaszcza z oknami na elektrownię. Niektóre bloki mogą się też zawalić. To miasto niedostępne... miasto gdzie dokonała się tragedia. Prypeć wzywa wszystkich stalkerów, każdy widzi w niej coś wyjątkowego... coś co nam się podoba tak jak sama Zona, przywołuje nas swym pięknem swą wyjątkowością. Każdy kto to tak sądzi może czuć się prawdziwym Stalkerem.

Pamiętnik Czarnobylski ...15 września 2012 roku...

Zimno i ponuro... Tylko tyle mogę powiedzieć jadąc w tym pociągu. Czuję że moje problemy zostały już za mna... Czuję się taki wolny... I tak beztrosko... Tak właśnie rzekłem spoglądając na opuszczony krajobraz Czarnobyla. Miejsca które urzeka mnie już samą nazwą. To tutaj uciekłem od problemów i reszty świata. Podróż była bardzo męcząca bo nie spałem ani pół godziny odkąd opuściłem dom. Kiedy usiadłem wygodnie opierając sie o rozsunięte drzwi wagonu moje powieki zaczęły robić się ciężkie... Pomimo chłodu poczułem się bardzo senny lecz zanim zamknąłem oczy usłyszałem głuchy łomot i poczułem poteżny wstrząs. Cały wagon się zatrząsł co wzbudziło we mnie niepokój. Wstałem na nogi i zacząłem wyglądać przez drzwi. Świat na zewnątrz nabrał innych barw. Z wieczora nagle zrobił się pochmurny dzień do momentu kiedy nastąpił drugi wstrząs... Pociąg zaczął strasznie drżeć, na niebie zaczęły kłebić sie czerwone chmury które przecinane były przez błyskawice, wezbrał się silny wiatr, drzewa kładły się prawie do samej ziemi a po trzecim wstrząsie oślepiło mnie niesamowicie jasne świało. Upadłem na podłogę, cała ziemia się trzęsła, świat zniknął za piekielnie czerwoną poświatą, bolały mnie oczy z których wypływała krew. Byłem przerażony. Niebo wyglądało jak otwarte piekło a na zewnątrz słychać było przerażajace dźwięki. Wszystko się trzęsło, światło błyskało co pare sekund a po kilku błyśnieciach usłyszałem potężny ryk i poczułem jak pociąg z impetem wypada z torów... Czułem że koziołkowałem w wagonie, wszystko mnie bolało, czułem łamiące się żebra i nogi aż w końcu pociąg zatrzymał się wydając hałaśliwe skrzypienie. Zakrwawiony wyglądałem przez dziurę w ścianie... Kolory świata robiły się normalne, wiatr ustał, błyskawice zniknęły a zza chmur wyłoniły się gwiazdy. W tym momencie zasnąłem...

Opowieści pochodzą ze Stalkera Zew Prypeci + SGM 1.7.Jak będę miał czas to dodam też z innych części :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeżeli ktoś potrafi opowiadać historie to dlaczego nie..swoją drogą na forum niema historii opowiadanych przez stalkerów zawartych w grze i modach...może czas to zmienić. Chętnie widziałbym tutaj wszystkie wstawki z gry które pojawiają się gdy GG mówi...Opowiedz coś ciekawego, historie z PDA i tym podobne.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

KOLACJA PATOLOGA

Posłuchajcie, co mi opowiedział kumpel....

Szef budzi go w środku nocy i każe mu pędzić do laboratorium. Że niby jest tam jakiś ładunek. Kumpel na wpół śpi i zupełnie nie wie, co się dzieje.

O co, do cholery, chodzi z tym ładunkiem? A szef do niego:

"Pijany jesteś czy co?" Na stole leży świeże ciało, obiad gotowy! No to ten podchodzi i widzi COŚ... Wierzcie mi, widział już przeróżnych sztywniaków z Zony: ugotowanych, usmalonych, rozerwanych na strzępy, nie mówiąc już o dziesiątkach mutantów... Ale widok tego czegoś... - to był jakiś obrzydliwy robal! Tak czy siak - na pierwszy rzut oka wyglądało to jak człowiek, tyle że głowa była nieproporcjonalnie duża i żebrowana jak dynia. A ciało? Jak z obozu koncentracyjnego - skóra i kości! Ale do tego wszystkiego doszedł później. Mówi, że na samym początku widział tylko kawał ciała zapaćkany jakimś pomarańczowo-czerwonym paskudztwem - krwią albo czymś takim... Te gnoje nie szczędziły amunicji. Wiesz, co się mówi o "Powinności"... że poszukują nieprawidłowych obiektów... Poszukuje - akurat! Kumpel mówi, że "ten obiekt" wyglądał na skrzyżowanie durszlaka i termoforu... widać było, że podeptali go buciorami. Był cholernym kawałkiem mięsa w czarnych szmatach. No więc mój kolega tyrał jak wół przez całą noc i połowę poranka. Okazuje się, że było to stworzenie, które miejscowi nazywają iluzjonistą: czarne łachmany, zsyłanie halucynacji na stalkerów, głowa prawie metr w obwodzie... A wiecie, co jest zabawne? To, co uważali za jego twarz, okazało się czubkiem głowy. Nie - ma twarz, ale takie malutkie: oczy zawsze zamknięte, nos wielkości szpilki, ale dziób wielki jak bania. Pewnie jak chodzi, to głowa mu zawsze zwisa, bo nie ma bata, żeby ją utrzymał w górze... gnojek...

A wiecie, co tacy jedzą?

Grzyby. Cholerne grzyby! Wszyscy je widzieliście! W Zonie pełno jest grzybów, więc weterani mówią, że tamci wyciskają z nich sok. To tak w temacie gównianego jedzenia. A wiecie, co jeszcze chował przy pasie? No? Niby skąd moglibyście wiedzieć ? W porządku - suszony mózg. A wiesz czyj? Kontrolera!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

CZARNY

-Hmm..za to co mi przyniosłeś dam ci 3000tysiące i ani rubla więcej, ta broń jest w kiepskim stanie

-Przestań, przecież wiesz jak trudno zdobyć natowską broń, daj chociaż 4tysie i po problemie

-To zabieraj to gówno i opyl jakiemuś idiocie! i tak się ciesz że w ogóle to przyjmuję, ciągle się zacina.. a tak w ogóle skąd ja wezmę części do tej broni, co ?! -Sęk się cały zmarszczył i patrzył na mnie jakby chciał wyciągnąć broń i zastrzelić, wiem kiedy przestać się targować..odpuściłem

-Dobra niech ci będzie, w ogóle to masz czas ? nudno jakoś, niema co robić, napilibyśmy się

-ha! ja zawsze znajdę czas aby się napić -wyciągnął pół litra zza lady z uśmiechem i zaczął polewać, co jest bardzo rzadkim widokiem, zawsze sądziłem że zabił by własną matkę dla paru rubli

-Dzięki, co tam się dzieje ostatnio ? siedzisz całe dnie tutaj, opowiedziałbyś coś

-Niech ci będzie, znasz historię o Czarnym ? pewnie nie.. więc słuchaj

Ty nawet pewnie nie znałeś Czarnego, może to i lepiej ? co prawda rzadko tu bywał ale jak zawsze się pojawiał to miał czas aby zamienić ze mną słówko. Pewnego poranka pojawił się, cały pokrwawiony, kombinezon w strzępach i bez broni, nic nie mówiąc od razu poprosił o czystą, ja mu dałem nawet i bez zapłaty bo wiem że by oddał prędzej czy później przynosząc jakieś fanty które potem bym opylił, no tak czy inaczej.. siedział samotnie przy stoliku wpatrując się w kieliszek i trzymając papierosa trzęsącymi się rękoma, podszedłem do niego i zapytałem wprost skąd wraca, w sumie to nawet za takiego powiedzmy przyjaciela go uważałem, był jako jeden z pierwszym bandytów który dołączył do Chana, doświadczony i zawsze pewny siebie, jedyne co było jego wadą to brak sumienia.

Spojrzał się na mnie i zaczął płakać jak małe dziecko, wył jak cholera.. wszyscy się zaczęli gapić ale nikt ani słówka nie powiedział, nawet nie podeszli, a gdy się uspokoił opowiedział mi wszystko.

Było to jakieś pół roku temu, Czarny zabrał swoje manatki i odszedł, jak się potem okazało na ATP, co on tam robił i czego cholera jasna szukał to ja do dziś nie wiem, ale gdy tak się tam kręcił zauważył dwóch młodych stalkerów samotników, obserwował ich przed okrągłe dwa dni, szukali artefaktów ale nic nie znaleźli, zrezygnowali i chcieli opuścić tamto piekielne miejsce, ale Czarny im na to nie pozwolił. Gdy byli na małej polanie by odpocząć przed dalszą drogą, to nasz bohater wyjął kałasza, zawsze ten sam.. z lunetą PSO, wycelował.. i BAM! oddał jeden dokładny strzał, kula trafiła prosto w głowę stalkera, drugi nawet nie zaczął się rozglądać tylko podbiegł do ciała i zaczął nim szarpać, chyba w nadziei żeby .. jego brat się obudził. Tak, to był jego brat, a Czarny zawiesił broń na ramię i spokojnym krokiem podszedł do stalkera który płakał nad ciałem swojego towarzysza, wyciągnął broń i odbezpieczył po czym strzelił w tył głowy drugiemu z braci. Zaczął szukać jakiś fantów ale nic nie znalazł wartościowego, nawet nic ze sobą nie zabrał! tylko odszedł dalej, wprost do czerwonego lasu. Gdy dotarł, był już późny wieczór..szukał schronienia na noc, ale nagle nastąpiła emisja, niebo zrobiło się czerwone a widno jak w środku dnia, gdy tylko dobiegł do jaskini zemdlał, ocknął się w środku nocy przerażony, krzyczał i strzelał sam nie wiedząc tak naprawdę do czego, wybiegł z jaskini wprost na pijawkę, zanim ją zabił mocno go zraniła, ale dalej biegł.. ile siły miał w nogach, uciekał przed siebie, ale przed czym ? tego sam niestety nie wiem, krzyczał że go dorwą, że zabiją, uciekając zgubił broń, nie dbał już o nic próbował się przed czymś ratować. Co było dalej, chcesz wiedzieć ? Nie dokończył, po prostu wstał i poszedł przed siebie szepcząc. Następnego dnia gdy chłopaki przemierzali wysypisko znaleźli go.. powiesił się. Miał przy sobie jedynie swój notatnik, pokrwawiony i cały brudny, podobno już nie czytelny. Chciałbym wiedzieć co w nim jest napisane..

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeżeli ktoś potrafi opowiadać historie to dlaczego nie..swoją drogą na forum niema historii opowiadanych przez stalkerów zawartych w grze i modach...może czas to zmienić. Chętnie widziałbym tutaj wszystkie wstawki z gry które pojawiają się gdy GG mówi...Opowiedz coś ciekawego, historie z PDA i tym podobne.

Kiedyś wstawiałem właśnie takie historie z SGM 1.7.Temat na pewno gdzieś jeszcze jest. Miałem wstawić więcej ale wyleciało mi z głowy...dobrze że wspomniałeś o tym .Teraz postaram sie nie zapomnieć i w niedługim czasie wstawić też opowiadania z innych modów.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Dopyl jeżeli masz jeszcze to wstawiaj...tematy są połączone.

Stwór z hangaru

No i wkradamy się do tego hangaru, co nie? Wszędzie kurz i pajęczyny. Syfu aż po dach. Detektory milczą jak zaklęte - jakby nikogo wokół nie było, ale wydaje się, że nawet my sami nie istniejemy. No i ustawiamy się na pozycjach wzdłuż granicy: Saniek pierwszy, reszta go osłania... a tu nagle - JEBUDU! Pod sufitem były takie wielkie, przerdzewiałe żelazne belki, no i jedna się oderwała i leci w dół! Saniek jakimś cudem uskoczył, a to gówno rąbnęło dokładnie tam, gdzie stał chwilę wcześniej. Saniek się rzuca, przetacza i nawet nie wstaje - leżąc na ziemi, zaczyna grzać! No to my wariujemy i też strzelamy jak idioci. Wtedy Saniek drze się wniebogłosy, coś o potworze w rogu. Ja się patrzę i nic nie widzę... Dokładnie, cała operacja legła w gruzach, totalna zjebka... Łazimy po ruinach jakieś pięć minut, każdy patrzy, gdzie idzie - pilnujemy się, żeby znów nie wejść pod belkę. I to był niezły schiz, stary - co chwila któryś coś widział i grzał po ścianach ile wlezie. Dwóch naszych całkiem dojechało - jeden wpadł do dziury, a drugiego zmiażdżyły drzwi, które wypadły z zawiasów. To się zajebiście wpieprzyliśmy, bo widać, że ktoś z nami pogrywa! No to włączamy ochronę psioniczną, w każdy róg rzucamy po granacie gazowym i czekamy z palcem na spuście. Czekamy i czekamy... Wychodzi na to, że sukinsyn latał czy coś w tym stylu... My ganialiśmy w kółko, a ten się czaił na suficie i zrywał boki ze śmiechu... Olśniło nas za późno - i kompletnie przypadkiem. Gnój poluzował jeszcze kilka belek i pół dachu leci w dół, prosto nam na głowy - czterech gości rozpłaszczyło na miejscu... Ale dorwaliśmy jebusa! Jak tylko Saniek usłyszał szelest na suficie, odruchowo wypalił - i to był zajebiście szybki odruch, mówię ci! Szkoda, że nie słyszałeś, jak to coś wyło! Wszyscy się rzuciliśmy i każdy napieprzał z tego, co miał... Jebus runął w dół z takim jazgotem, że prawie mi krew z uszu poszła. Sukinsyn dostał za swoje - pałowaliśmy, kopaliśmy, a Saniek wyciągnął kosę, żeby dziada rozpruć... Cóż, dowódca nas wszystkich odciągnął, bo inaczej byśmy to bydlę rozwalili na kawałki...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kolejna porcja...tym razem z Soljanki.

Właz do nieba...

Mieć szmal, a mieć dużo szmalu, to dwie różne rzeczy... Myślisz, że tu forsę za darmo rozdają? To się zajebiście mylisz! Za friko to cię tutaj tylko jakaś paskuda może capnąć, albo dostać kulkę od wojaka... Główka musi pracować. Tuman to długo tu nie przetrwa... Mniejsza z tym, opowiem, jak było. Było nas trzech, świętej pamięci Sinior i Pętla, szliśmy sobie przez gospodarstwo, na skróty. No i nagle widzimy, że jakiś koleś zapieprza w naszą stronę. Więc się przyczajamy. Koleś nas mija, o niczym nie ma pojęcia. Taki kurdupel i jeszcze ciągnie za sobą ten wielki worek. Pistolet maszynowy w pogotowiu - napakowałby nas ołowiem bez chwili wahania. Więc Sinior mówi mi: "Może go trochę pomacać? Zobaczmy co tam ma!". A ja na to: "Zamknij się, debilu, patrz lepiej, gdzie towar chowa!". No i... gość się nagle rozpłynął w powietrzu! Nawet nic nie widzieliśmy! No to siedzimy i czekamy. Za jakieś dwadzieścia minut się pojawia. I jak tak stoi i graty poprawia, Pętla podkrada się od tyłu i rozwala mu pół głowy. Razem z Siniorem zaczynają obszukiwać gościa - miał wypasioną kamizelkę kuloodporną i saszetkę przy pasie... Ja się musiałem odlać, więc odszedłem na bok. Wiedziałem, że chłopaki zostawią mi moją działkę, czyli nie musiałem się przejmować. A tu nagle jak nie pieprznie!.. Okazało się, że patafian całą kamizelkę miał tak podpiętą, żeby wybuchła, gdyby ktoś spróbował ją zdjąć. Od razu się zmyłem - nie wiadomo, kto się pojawi, słysząc wystrzał i eksplozję... Wróciłem tam po miesiącu. Po Pętli, Siniorze i tamtym kolesiu nie została choćby kostka. No nic. Ale wykminiłem, gdzie to mógł zanurkować w tych ruinach i sam się tam wczołgałem... Przechodzę trzy pomieszczenia i nic! Nagle widzę stertę leżaków w rogu. Co one tam robią, do cholery? Zacząłem je rozgrzebywać. Rozgrzebałem, i co widzę? Właz! Podnoszę go i świecę sobie latarką. Jezus Maria, jestem w niebie! No, co tam zobaczyłem, to już moja sprawa... Stratny nie byłem. Ale jak się nad tym zastanowić, gdybym się ociągał, to pewnie już byłbym martwy albo bym biegał na bosaka i się ślinił jak niektórzy...

Cień ducha...

Wie ktoś, co jest z tymi ściśle tajnymi laborkami głęboko w Zonie? Wciąż działają, no nie...? Taa... Jak niby, do cholery, ktoś tam w ogóle jest w stanie przeżyć... Bez jedzenia i prądu... No więc pytam: a jeśli to nie ludzie tam pracują? Gadałem z takim jednym kolesiem... On sam nie widział laborek... To znaczy... nie widział na własne oczy, ale jego skaner wychwycił dziwne rozmowy nad Jantarem. Gadali o jakimś laboratorium. I jeden gość przysięgał drugiemu, że wpadł na postać ubraną w kombinezon - jak u stalkerów, tyle że znacznie bardziej wypasiony... I ta półprzezroczysta postać kazała mu spieprzać. Coś jak: "Odejdź, my tu pracujemy". Gość się prawie zesrał ze strachu! No bo, ej, widzieliście kiedykolwiek coś takiego? Ale z drugiej strony to stało się niedaleko Czerwonego Lasu... Wiecie, co mam na myśli... No właśnie. Więc to pewnie nieprawda... Ale przecież mutacje... przybierają różne formy, nie? Więc może to już nie są ludzie tylko jakieś istoty energetyczne? Możliwe, co nie? No i z czego się śmiejecie...? Jak głupi do sera...

"Przechwyt" - mieszkaniec głębin...

Słyszeliście już o "Przechwycie"? Podobno to prawdziwi zawodowcy, najlepsi z najlepszych! Powinniście ich zobaczyć przy pracy! Jakie oni rzeczy wyprawiają! Nie to, co te pierdziele w kordonach! Goście nie tylko włażą do każdej cuchnącej nory - oni bez przerwy miesiącami potrafią siedzieć w Zonie! Przysięgam na Boga! Mają swoje bazy - i to całkiem sporo - niezłe kryjówki, śmigłowce zrzucają im żarcie tuż przy granicy. Ich dowódcą jest jakiś koleś o nazwisku Gromow... myślę sobie, że to fałszywe nazwisko, mówią do niego "Major" albo "Grom". Nie wierzycie mi?! Pachomycz raz ich nagrał! Nagrał ich i minutę później już spieprzał. Nie chciał złapać ołowicy, jeśli wiecie, co mam na myśli... Ściśle tajne, cholerny świat! Znacie Pachomycza, nie? Tak, to on! Ci goście to nie przelewki. Sama elita. Kto wie, co oni tu tak naprawdę robią? A jaki łup zgarniają! Gdybym mógł dostać jedną trzecią - nie, nawet dziesięć procent tego, co mają! Już bym miał posiadłość w Soczi i spałbym na forsie... Mówi się, że mają taki gadżet, który wykrywa potwory z prawie dwustu metrów. Każdego bydlaka! Gdybym takie coś dorwał, to bym sobie na prawo i lewo urządzał pikniki w Zonie... I wiecie, co jeszcze mówią? Że są jeszcze ci inni kolesie, nie żadne psy wojny, ale coś jakby stalkerzy... Tak czy siak, część z nich przedarła się do centrum Zony. I nie tylko dotarli tam w jednym kawałku, ale ponoć nawet nauczyli się ujarzmiać stwory! Nigdy nawet nie przechodzą przez granicę, do Wielkiej Krainy, i nikt nie chodzi do nich... no, może poza tymi, których przeznaczeniem jest dotarcie do Sarkofagu... A jakie mają artefakty! Powinność o nich wie... wiedzą o nich, walczą z nimi, ale słowa nie pisną, łajzy cholerne! Spróbuj któregoś zapytać, to ci tylko powie "chrzanisz"! Niezłe dranie, co?

Horror w Instytucie Badawczym...

Mój partner i ja już od pewnego czasu obserwowaliśmy ten Instytut. Strasznie ponure miejsce, zbyt ponure. Żadnych zwierząt, żadnych mutantów. Tyle że za każdym razem, jak ktoś tam wchodził, to albo wracał śmiertelnie przerażony, albo świrnięty, albo w ogóle nie wracał. No to pomyśleliśmy, że sami spróbujemy to obadać. Wyruszyliśmy przed świtem, ale zanim tam dotarliśmy, był już biały dzień. Zostawiliśmy samochód na drodze i podeszliśmy na skraj lasu. Zatrzymaliśmy się, mój partner został na ziemi, a ja się wspiąłem na drzewo z lornetką, żeby się rozejrzeć. No więc się wspinam i widzę budynki Instytutu - wcale nie wyglądają na opuszczone. Szyby w całości, na podwórku trawa - ale niziutka, nie po pas, jak w innych miejscach... Wszystko było tak, jakby ktoś tam mieszkał, ale panowała martwa cisza i nigdzie nie widać było znaku życia. A tu nagle słyszę serię po prawej. Ktoś pruje z karabinu. No to robię zbliżenie i widzę jakiegoś kolesia na dachu jednego z budynków - biega tam i z powrotem jak kot z pęcherzem i strzela we wszystkich kierunkach. Patrzę i patrzę, ale nie mogę zobaczyć, do kogo on strzela - jest sam jak palec. I wtedy... się zaczęło. [krótka przerwa] Na moich oczach. Karabin jakby sam mu się wyrwał z dłoni... jakby mu skrzydła wyrosły! Facet otwiera usta, pewnie coś wrzeszczy, wyszarpuje nóż i trzyma go przed sobą. I wtedy widzę - przysięgam - jak kolejny nóż wisi wprost przed jego twarzą! Po prostu wisi w powietrzu i nikt go nie trzyma. O tym, co się stało potem, lepiej nie opowiadać po ciemku... To coś siekało gościa przez dobre pięć minut... Kawałek po kawałku, sukinsyn, tutaj małe pchnięcie, tam drobne cięcie... Koleś ociekał krwią... Jak zaczął się chwiać, to ten nóż, co go trzymał, też mu coś wykopało. A potem uniósł się w powietrze i tak jakby... przekręcił raz i drugi... W życiu czegoś takiego nie widziałem - zupełnie jakby był szmacianą lalką czy coś... Wtedy to już byłem spocony jak mysz. A potem... Nie, tego nie powiem... No nic, jak już złapałem oddech, to się przez kolejne pięć minut rozglądałem po całym terenie. Ręce mi się trzęsą, z lornetki pot kapie... Pusto! Patrzę normalnie - nic, patrzę w podczerwieni - nic. Jak zszedłem, partner na mnie spojrzał i uznał, że nie będzie o nic pytać. Jak wróciliśmy do bazy, to tankowałem przez jakiś tydzień... Jak już się otrząsnąłem, próbowałem wypytywać ludzi, czy może słyszeli już o czymś takim. Ale ci tylko patrzyli się na mnie dziwnie, jak na wariata. I to tyle...

Łatwa zdobycz kontrolera...

Kiedyś łaził za nami jeden debil... Szliśmy sobie w swoją stronę, zatrzymując się od czasu do czasu na krótki odpoczynek, a on wtedy padał na ziemię i zaczynał chrapać. A kiedy trzeba było ruszać, zbierał się ostatni! No i w końcu dostał za swoje... Został z tyłu, a wtedy dopadł go kontroler - cap! - i po mózgu. Wy, koty, lepiej uważajcie! Każdy szelest, każdy ruch... Nawet jeśli obok przebiega pieprzony zając... Chociaż niech Bóg was chroni przed spotkaniem z tutejszymi zającami... Tak czy inaczej - tutaj musicie uważać cały czas. Magazynki i granaty pod ręką, palec zawsze na spuście. Gdy tylko coś zauważycie, natychmiast wystrzelcie pół magazynka. Widzicie coś za krzakiem? Najpierw strzelajcie, później pytajcie o nazwisko. Tutaj podstawa szkolenia brzmi: za dużo myślisz, skończysz jako karma dla psów! A co do kontrolerów, to zupełnie inna historia. Jak usłyszycie szelest, strzelajcie i natychmiast padnijcie na ziemię! Nieważne czy na plecy, czy twarzą w dół. Kontroler chwyci was, gdy tylko was zobaczy - musi się koncentrować czy coś. Więc przyczajcie się i wsłuchajcie się w odgłosy, żeby wiedzieć, czy jakiś gnój nie idzie w waszym kierunku. Możecie po cichu przeładować broń, wyciągnąć granaty... A jeśli jest zupełnie cicho, policzcie do trzech i... Zabierajcie dupę w troki! Jak najdalej się da! Zrozumiano? Rekruci... Miejcie się cały czas na baczności, tylko tak da się tu przeżyć...

Pułapki...

Wiecie co? Zastanawiam się... No, nie tyle zastanawiam, co raczej coś mi przyszło do głowy... Co, jeśli to wszystko - znaczy... wszystko wokół - to jakiś eksperyment na nas? Przeprowadzany przez małe zielone ludziki? No bo niby czemu nie? Takie wyjaśnienie jest równie dobre jak każde inne... Zastanawiam się: jeśli to naprawdę jest poligon, to co oni tak naprawdę próbują udowodnić? Chcą sprawdzić, na widok jakich artefaktów najbardziej się ślinimy? A co, jeśli te artefakty to jakieś bomby, hę? Muszą już być chyba na całym świecie, w różnych laboratoriach. Bogacze wywalają na nie grubą kasę, nie? Że niby "Łooo! Super sprawa!" Tego właśnie chcę... Nie uwierzycie, jaki bezużyteczny chłam od was kupią, o ile tylko jest z Zony... Wszyscy są zazdrośni o "ale jestem super!"... a pewnego dnia - bum! Pomyślcie o tym! To by było coś! Ha! No ale przecież i tak nikt nie wie, o co w tym wszystkim chodzi... No, może ci, co byli za radarem... Chociaż nawet jeśli coś wiedzą, to i tak nie potrafią nic powiedzieć, tylko się ślinią i coś mamroczą. A może to właśnie dlatego się ślinią i mamroczą? Nic to... Widzicie, nie mogę przestać o tym myśleć... To w sumie smutne...

Kroniki jajogłowych globalistów...

Dobra... Chyba mnie wczoraj o coś pytaliście, ale nie pamiętam... Aaa, już wiem. Chcieliście wiedzieć, dlaczego tylko nasi jajogłowi grzebią w Zonie. Dlaczego nie ma tu żadnych obcokrajowców, chociaż można nazbierać różnych rzeczy na tysiące nagród Nobla... No dobra, spróbuję wyjaśnić. Po pierwsze - dlaczego mieliby tu przyjeżdżać, skoro mogą po prostu zapłacić, żeby nasi podali im wszystko na tacy? Po drugie - tak naprawdę to oni tu byli, I to całkiem sporo. Chodzi po prostu o to, że od dwóch lat obcy boją się zapuszczać do Zony... Widzicie, miało tu miejsce pewne wydarzenie... I teraz wolą płacić za łupy i informacje... A płacą całkiem dobrze, więc wielu samotników pracuje dla nich - to samo zresztą dotyczy szabrowników... Co? Nie znacie tej opowieści? Dajcie spokój! W całej Zonie aż wrzało od plotek, a wy o tym nie słyszeliście? Ech, co tam. Dobra. Zorganizowano dużą wyprawę. Samych naukowców było około trzydziestki - i to z różnych krajów. Same gwiazdy, grube ryby i takie tam... Wszyscy świetnie wyposażeni - najlepszy sprzęt, i to mnóstwo. Ochraniał ich cały pluton, a poza tym mieli jeszcze kilku naszych przewodników. No więc wsiedli w swoje transportery i odjechali. No i co się stało? Wrócili jakiś tydzień później...Dwunastu ludzi we wraku. Dotarli nieopodal Zgniłego Lasu i wpadli w pułapkę... Szabrownicy... O, tak... Te sukinsyny mają gdzieś, skąd pochodzisz... Prawie wszystkich wykończyli. Jedynie trzem ludziom udało się przedrzeć za granicę - dwóm stalkerom i jednemu jajogłowemu. Ten ostatni z tego zamieszania dostał kota i wylądował w wariatkowie. Teraz podobno pisze książkę o Zonie. Wydawało się, że ze stalkerami nie było tak źle. Sądziliśmy, że to dzięki doświadczeniu. Tyle że... Oni chyba też oszaleli na swój własny sposób: jeden uciekł do radaru i zniknął, a drugi wrócił do Wielkiej Krainy. A resztę zabrała Zona. Słyszałeś kiedyś o Stacji 32? To tam się wszystko wydarzyło. Na początku wydawało się, że jest spokojnie i całkiem normalnie... Odczytywali zapisy na licznikach, pobierali próbki, wtykali sprzęt w anomalie... A potem wszystkim zaczęło odbijać. Każdemu po kolei. Każdy po kolei dostawał kota. Jeden z naszych - ten, który w końcu przeszedł na emeryturę - opowiedział mi o tym... Niektórzy sami sobie rozrywali gardła, inni rozbijali sobie głowy o mury, a jeszcze inni po prostu... Broń w usta i... A potem zaczęło się tam roić od bestii. Ci, którzy jeszcze byli przy zdrowych zmysłach, zabarykadowali się w domu. Wyobrażacie sobie całą sytuację, tak? Ciemna noc, na zewnątrz tutejsze stwory, a wewnątrz ludzie, którzy po kolei wariowali. Krótko mówiąc, rano udało się jakoś wydostać tym, którzy jeszcze nie dostali świra. Pobiegli prosto przed siebie, wpadli nawet w jakieś anomalie... Dotarli do Zgniłego Lasu... Ale nie znaleziono nikogo z tych, którzy zostali. Podobno w tamtej okolicy zarejestrowano mnóstwo kontrolerów. Tak to było... Od tamtej pory nikt się nie zbliża do Stacji 32, a cudzoziemcy trzymają się z dala od Zony...

Iluzja "Powinności"...

Coś wam powiem. Byłem przy tym, jak ci goście z "Powinności" schwytali iluzjonistę! Natknąłem się na nich zupełnie przypadkiem! W moim samochodzie - Nivie - odpadło prawe przednie koło. Na jakimś wzgórku zgubiłem śruby, a nie miałem zapasowych. No to kląłem przez chwilę, a potem pomyślałem, że mogę pójść do elektrowni i sobie wziąć, co potrzebuję. To było tylko jakieś pół kilometra - koło trzydziestu minut w obie strony. Poza tym już tam wcześniej byłem...Nagle widzę kolesiów z "Powinności"! I nie był to jakiś patrol, ale z pięćdziesięciu! Myślę sobie: "Co, do diabła?" Od razu schowałem się w krzakach. "Jeśli mnie widzieli i zaczną przeczesywać teren, już po mnie" - pomyślałem. Nieważne - leżę sobie przyczajony, wstrzymuję oddech. I nagle słyszę salwę, a oni zaczynają pruć jak szaleni! Tylko raz w życiu słyszałem takie wybuchy i strzały...Pierwszy atak na bazę, pamiętacie, chłopaki? No więc leżę skulony, wsłuchuję się, a tu nagle BUM! ŁUP! Pięć minut później wszystko milknie i słucham, czy przypadkiem ktoś nie idzie w moją stronę. Nic. No to zbieram się do kupy i patrzę przez lornetkę. Wyłażą z warsztatu... cali brudni, ciągną za sobą zabitych kolegów i iluzjonistę na brezencie... a raczej resztki iluzjonisty... i znikają w wąwozie. Potem usłyszałem warkot silników, który wkrótce umilkł. Odczekałem jeszcze chwilę, żeby się upewnić, że odjechali. A potem wszedłem do środka. Wiecie, co mówią - że ci z Powinności nie pozostawiają po sobie śladów! Ale i tak chciałem to sprawdzić. Co to był za widok! Ściany były prawie całkowicie podziurawione. Na podłodze walały się belki, zawaliła się część sufitu. Miałem łusek po kolana - prawdziwe pobojowisko. Krew, jakieś resztki... Nie znalazłem nic przydatnego - no, dwa pełne magazynki i karabin maszynowy tak bardzo przysypany, że nie mogłem go wyciągnąć... Nie muszę chyba mówić, że ani myślałem o śrubach... Wróciłem do samochodu, chwilę podumałem, odkręciłem po jednej śrubie od pozostałych kół i wróciłem na niskim biegu... A co, gdybym się tam zjawił jakieś pół godziny wcześniej? Daje do myślenia, nie?

Sieryj w Prypeci...

Taa, tym razem dotarłem aż na przedmieścia Prypeci. Pomyślałem sobie, że najpierw się rozejrzę. Wybrałem sobie najwyższe miejsce, tę wielką kotłownię z kominem. No więc idę tam na paluszkach. Wydaje się, że wszystko jest w porządku - wszędzie pył, żadnych śladów... No to wczołgałem się do pieca i zacząłem wspinać się po drabince w kominie. Wspinam się, a sadza nawet się nie rozmazuje - twarda jak skała! Wchodzę na samą górę, wyglądam... Piękny widok! Przed moimi oczami rozciąga się pół miasta! Więc wyciągam lornetkę i się rozglądam. [krótka przerwa] A potem... Już miałem zejść, kiedy sobie przypomniałem, że zupełnie zapomniałem sprawdzić, co się dzieje tuż obok! Więc się lekko wychyliłem, patrzę tu, patrzę tam... Jasna cholera! Ale by było! Po podwórzu łazi karzeł! A ja prawie tam zszedłem! Dobrze, że mnie nie widział. Ale nie mogłem go sprzątnąć, bo AKM miałem na plecach, a komin był zbyt wąski, żeby go zdjąć. Makarow w kaburze też na niewiele by się zdał - to było jakieś pięćdziesiąt metrów plus wysokość komina... Gdybym go nie trafił za pierwszym razem, już po mnie. No więc siedzę tam i się zastanawiam. Patrzę, co kombinuje. A kombinował coś dziwnego, mówię wam. Najpierw grzebał w stercie gratów, wyrzucając śmieci na lewo i prawo. A potem nagle stanął bez ruchu. Jakby czegoś słuchał. A potem się zaczęło. Sterta śmieci zaczęła się ruszać. Karzeł odskoczył do tyłu, stanął prosto, położył ręce na głowie i jakoś dziwnie je wykręcił... i nagle te rupiecie zaczęły na niego lecieć! Ze wszystkich kierunków! Kawałki żelaza, cegły, guma, gałęzie, gówno... Całego go pokryły. Myślę sobie: "Niech mnie szlag!" Już po nim. Spokój. Ale nie! Przez jakieś dwie sekundy spokój, a potem nagle bum! Wszędzie zaczęły lecieć śmieci! Były tam żelazne rury, które wbiły się w betonowe ogrodzenie. Karzeł stał przy nich jakąś minutę, coś tam sobie myślał, potem odwrócił się i wbiegł do budynku. Trochę czasu minęło, zanim odetchnąłem: "No, czas ocalić skórę". I wtedy poczułem dym. Zaczęło się robić gorąco. Ja pierdzielę! Ktoś rozpalił na dole ogień! Po minucie nie dało się już oddychać. Zdołałem się jakoś wdrapać na brzeg komina, ale nie było gdzie stanąć, więc przysiadłem tam, dyndając nogami... Dym gryzł mnie w oczy, ledwo mogłem oddychać... Musiałem się stamtąd wydostać! Dzięki Bogu zawsze mam przy sobie czterdziestometrową linę, tak na wszelki wypadek. Zwinąłem więc linę, bo nie była zbyt gruba, jakoś ją przymocowałem do komina, rozerwałem chustę na pół, owinąłem ją wokół dłoni i zacząłem opuszczać się na dół, modląc się do Boga... Myślałem jedynie: "Żeby tylko nie spaść!" Żadnego zabezpieczenia, nic! Lina wrzynała mi się w dłonie... no i oczywiście - to moje szczęście! - skończyła się jakieś pięć metrów nad ziemią. Musiałem skoczyć. Miałem jakiś wybór? Spadłem z hukiem, dobrze, że sobie nic nie złamałem, choć trochę się posiniaczyłem i skręciłem prawą nogę! Całe ciało bolało mnie jak diabli. A mimo to uciekłem tak szybko, że pewnie zdobyłbym złoty medal w sprincie...

Męska samotność...

Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Wiecie, widziałem już w życiu naprawdę piękne dziewczyny, ale ta... ta była idealna! Tak. Dokładnie. Idealna. Czułem, jakby cały świat wokół niej był czarno-biały i zamazany. A ona... Ona była wyraźna, jasna i barwna. A jak się poruszała! Matko, nigdy czegoś takiego nie widziałem! Aż mnie ścisnęło w gardle. Co ona miała wspólnego z tą całą nauką? Co miała zrobić w Zonie? Tak, zgadza się, w Zonie! Zaczynała się noc... Przy dworcu autobusowym jest taki dziewięciopiętrowy blok. Najpierw coś błysnęło w oknie na parterze. Od razu odbezpieczyłem swój Akm i nagle widzę, że to ona wychodzi z budynku... Aż przetarłem oczy ze zdziwienia - przecież w Zonie można się wszystkiego spodziewać! A ona idzie w moim kierunku. Stoję tam jak kretyn, gapię się na nią... ale z przyzwyczajenia trzymam broń w gotowości... Zauważyła mnie, uśmiechnęła się... Przywitała... A ja jej słucham, ale nie słyszę, co mówi, tylko się gapię. Miała na sobie niebieski kombinezon, jasnoniebieski... Ale nie taki luźny, tylko bardziej obcisły... A jej ciało... Niesamowite! Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie zwracam uwagi na to, co mówi, tylko się szczerzę ... Okazało się, że była z grupy badawczej. Spytała, czy mogę pomóc. Pomóc! Dla niej z miejsca rzuciłbym się w anomalię. Powiedziała, że badała ten teges... jak jej tam... endemię Zony. Wiecie, rośliny, które nie rosną nigdzie indziej. Powiedziała, że uciekła ochronie, bo nie lubi, jak ciągle wokół niej węszą i przybyła tam zupełnie sama. Nie wiem. Uwierzyłem jej. Więc zgodziłem się jej pomóc, przynieść jej parę rzeczy. Dwa dni później wróciła, tak jak ustaliliśmy. Jak zbierałem dla niej towar, z pięć razy prawie było już po mnie. No więc idę tam z jedną myślą: "Znów ją zobaczę!" A tu nic. Nie było nawet budynku, przy którym ją spotkałem. I to tyle. Ale gdybyście mogli ją zobaczyć! Ona... aż płonęła od środka.

Opowieść o Bibliotekarzu...

Mówią, że w Prypeci pod biblioteką było laboratorium, gdzie przeprowadzano doświadczenia nad zwierzętami. Według niepotwierdzonych danych, to laboratorium nosiło kodową nazwę X-8. Otóż właśnie tam miał miejsce pewien incydent, jeszcze przed drugą katastrofą. Z raportu szeregowego Marakina: "... rozbrzmiał sygnał alarmu, więc poszedłem sprawdzić co się stało. Kiedy wszedłem na salę, nieomal z wrażenia broń mi z rąk wypadła! Profesor Wandejmer, leżał na podłodze cały we krwi. Jego asystenci nie wyglądali lepiej... Nagle z przeciwległego pokoju rozległy się ciężkie kroki... Potem w drzwiach ukazało się TO... To była ta istota, nad którą profesor Wandejmer przeprowadzał doświadczenia w ciągu ostatniego miesiąca. Mierzyło sobie ze dwa metry wzrostu, nawet przygarbione. Przypomniało mi z wygladu małpę. Bardziej się nie przyglądałem. Wywaliłem w niego cały magazynek z kałacha. Ale to nie pomogło... Uciekłem. Nie oglądając się za siebie otworzyłem kodowe drzwi z laboratorium... Rozbiłem szkło w bibliotece... Pędem rzuciłem się do naszego UAZa. Zapuściłem silnik i wtedy potężne uderzenie wybiło tylną szybę. Wcisnąłem gaz do dechy, i zgubiłem tą istotę... Uciekałem ulicą Kurczatowa...".

Dane od Górnika...

Piszę tą notatkę w swoim PDA, bym potem nie zapomnieć tej bardzo ciekawej informacji, którą otrzymałem. A było to tak... Zawędrowałem z towarzyszem do jakiejś jaskini, dopiero potem dowiedziałem się, że nazywają ją Labirynt. Tam, na samym dole napadły na nas szczury. Cała masa szczurów. Pobiegliśmy i dostaliśmy się do dużej sali. Wleźliśmy na platformę i stamtąd zaczęliśmy się ostrzeliwać. Lecz ich było więcej i więcej... Na pasie u mnie wisiał nienajgorszy art - "Symbiont"... Nagle mój towarzysz chwyta go i skacze w to mrowie szczurów... Po co? Zagadka. Ale w tym momencie zadziałała jakaś anomalia... Ona była niewidoczna... Pojawił się biały błysk... Straciłem przytomność...

Kiedy ocknąłem się, przede mną migotał artefakt, a wokoło kupa zdechłych szczurów, i... I szkielet... Towarzysza...Żal go, był dobrym człowiekiem, nie był sprzedawczykiem jak większość... Jak później okazało się, artefakt, który znajdował się obok mnie to rezultat transmutacji w anomalii "Galareta". Trzeba rzucić w nią "Symbiont" i po około dziesięciu minutach powstanie artefakt, nazwany przeze mnie - "Grzechotką", z powodu jego kształtu. Na tym zakończę wpis. Powodzenia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Opowieść o wojowniczych druidach

Podobno istnieje taka jedna banda... Mówią na nich "Szamani" albo "Druidzi". Z tego, co się słyszy, wychodzi na to, że w ogóle nie korzystają z elektroniki - chcą pozostać blisko natury i te klimaty... Twierdzą, że Zona silniej reaguje na sprzęt... na te wszystkie emisje elektromagnetyczne czy coś takiego... Podobno to przyciąga stwory. Generalnie oni wierzą, że Zona jest, no wiesz, jak żywy organizm. W sensie, że te wszystkie gadżety na nic ci się nie przydadzą. Jeśli jesteś przy zdrowych zmysłach, poradzisz sobie bez nich. To ich jednak nie powstrzymuje przed noszeniem karabinów szturmowych... Widać stare, dobre zęby i paznokcie to ciut za mało, co nie? Ale z drugiej strony rzadko się słyszy, żeby któryś kopnął w kalendarz. No, przynajmniej nie giną częściej niż my... Kto wie, może i mają rację... Wygląda na to, że oni są bardziej ze strony białoruskiej, wiesz...? Chciałbym kiedyś rzucić na nich okiem i sprawdzić, czy nie noszą w kieszeniach jakichś artefaktów...

Wiadro koszmaroodporne

Powiem wam jedną rzecz. W tej części Zony kompletnie nie da się spać... Ja mam szczęście, bo ja i tak nie mogę spać, ale ludzie miewają takie koszmary... Czasem nie budzą się rano. Niektórzy na przykład dostają ataku serca. Część wpada w furię, część świruje... Ale podobno jest jedno lekarstwo. Jeśli naprawdę musisz się przespać, znajdź stare wiadro... może być duży garnek... jakiś kocioł czy coś... Byle tylko nie miało dziur... Wsadzasz głowę do środka i smacznie śpisz... Śmiało, możecie się śmiać, ile wlezie. Pogadamy za kilka dni, jak będziecie padać z wycieńczenia. Idioci... No to powiedzcie mi, po cholerę trepy łażą i szpanują tymi hełmami, co? No właśnie! Przez dwa lata ani widu, ani słychu, a teraz wszędzie ich pełno! A te ochraniacze na mózgi to coś nowego. Ktoś znalazł trupa jednego z wojskowych i obejrzał sobie. Wewnątrz jest siatka zrobiona z cienkich miedzianych przewodów, połączona z podszewką. Po cholerę takie coś? Zapamiętajcie, co wam powiem - za tym wszystkim kryje się coś bardzo dziwnego. To miejsce jest do niczego, jeśli chodzi o anomalie, inne obszary są bezpieczniejsze i ze znacznie lepszymi fantami... Myślę więc, że oni badają teren. Zaznaczają obszar na swoją bazę. Chcą się przedostać do sarkofagu, mówię wam... A gdy nadejdzie czas, powinniśmy się trzymać jak najdalej od nich...

Starcia w Dolinie Mroku

Szedłem po Dolinie Mroku, miejscu rojącym się od niewiernych, którzy jeszcze nie widzieli potęgi Monolitu. Pełniliśmy straż. Atak nastąpił nocą. Walczyliśmy dzielnie. Bracia moi stawili opór, jak przystało na prawdziwie wierzących i tego dnia Monolit wielu z nich przyzwał do siebie. Lecz nie mnie. Mój czas jeszcze nie nadszedł. Broń moja milczała, bezużyteczna. I nagle Monolit przemówił do mnie: "Należysz do mnie i w tobie spoczywa moja moc. Pozostań silny w wierze, a pokonasz mych wrogów ku mej większej chwale!" I wtedy przemieniłem się w cień. Obszedłem ich pochylony. Głupi, zdziczali szpiedzy - niczego nie zauważyli. Sądzili, że jesteśmy martwi i szydzili z pustych powłok cielesnych naszych braci. Lecz ja już byłem za ich plecami. I wtedy potęga Monolitu wypłynęła z mych dłoni. I tak zabiłem ich wszystkich. Cieszę się, mogąc ci służyć, o Doskonała Światłości!

Nawrócony w Czarnym Lesie

Bracia! Gdy patrolowaliśmy obrzeża Czarnego Lasu, natrafiliśmy na niewiernego. Nie zabiliśmy go, gdyż miał się niebawem nawrócić, choć wciąż był w połowie zwierzęciem... Tak wielka jest mądrość Monolitu: po raz kolejny ukazał nam prawdziwe oblicze wroga. Nasza wiara stała się jeszcze silniejsza! To już blisko! Zwycięstwo nad niewiernymi jest już blisko! Już wkrótce Monolit spełni nasze najskrytsze marzenia! Ci, którzy okażą prawdziwą wiarę, zostaną przezeń przygarnięci - do jego chwały, do jego wielkości! Już zawsze będziemy przebywać w jego blasku!

Miejscowe opowieści

Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Wiecie, widziałem już w życiu naprawdę piękne dziewczyny, ale ta... ta była idealna! Tak. Dokładnie. Idealna. Czułem, jakby cały świat wokół niej był czarno-biały i zamazany. A ona... Ona była wyraźna, jasna i barwna. A jak się poruszała! Matko, nigdy czegoś takiego nie widziałem! Aż mnie ścisnęło w gardle. Co ona miała wspólnego z tą całą nauką? Co miała zrobić w Zonie? Tak, zgadza się, w Zonie! Zaczynała się noc... Przy dworcu autobusowym jest taki dziewięciopiętrowy blok. Najpierw coś błysnęło w oknie na parterze. Od razu odbezpieczyłem swój Akm i nagle widzę, że to ona wychodzi z budynku... Aż przetarłem oczy ze zdziwienia - przecież w Zonie można się wszystkiego spodziewać! A ona idzie w moim kierunku. Stoję tam jak kretyn, gapię się na nią... ale z przyzwyczajenia trzymam broń w gotowości... Zauważyła mnie, uśmiechnęła się... Przywitała... A ja jej słucham, ale nie słyszę, co mówi, tylko się gapię. Miała na sobie niebieski kombinezon, jasnoniebieski... Ale nie taki luźny, tylko bardziej obcisły... A jej ciało... Niesamowite! Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie zwracam uwagi na to, co mówi, tylko się szczerzę ... Okazało się, że była z grupy badawczej. Spytała, czy mogę pomóc. Pomóc! Dla niej z miejsca rzuciłbym się w anomalię. Powiedziała, że badała ten teges... jak jej tam... endemię Zony. Wiecie, rośliny, które nie rosną nigdzie indziej. Powiedziała, że uciekła ochronie, bo nie lubi, jak ciągle wokół niej węszą i przybyła tam zupełnie sama. Nie wiem. Uwierzyłem jej. Więc zgodziłem się jej pomóc, przynieść jej parę rzeczy. Dwa dni później wróciła, tak jak ustaliliśmy. Jak zbierałem dla niej towar, z pięć razy prawie było już po mnie. No więc idę tam z jedną myślą: "Znów ją zobaczę!" A tu nic. Nie było nawet budynku, przy którym ją spotkałem. I to tyle. Ale gdybyście mogli ją zobaczyć! Ona... aż płonęła od środka.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nudziło mi się więc napisałem coś od siebie.

NIEUDANE ZLECENIE

PDA zostało znalezione przy ciele martwego najemnika w Limańsku w jednym z pokoi bloku mieszkalnego.

30.10.13

Mam dość tego miejsca! ten las przyprawia mnie o dreszcze, a w tej jaskini jest piekielnie zimno. Szef twierdzi że nie zostaniemy tutaj długo, mamy czekać jakiś znak od informatora. Dobrze że chociaż nie muszę nocą pilnować warty, cholera wie co się czai w tym pieprzonym lesie. Zgłosiłem się na tą misję tylko i wyłącznie dlatego że dostaniemy po 8tyś. rubli na głowę, jest nas siedmioro..

Dymitr- Małomówny typ, chudy i wysoki. Właściwie to praktycznie nic o nim nie wiem, podobno był w specnazie.

Konstanty- Nowy wśród nas, to jego pierwsze zlecenie.

Mikołaj- Jest ogromny, mierzy około 2m i w dodatku jest wiecznym pesymistą, silny ale co za tym idzie mało bystry.

Aleks- Były stalker samotnik, nasz oddział znalazł go nad Jantarem dwa miesiące temu pół żywego. Gdy się wylizał to dołączył od razu.

Siergiej- Nasz szef. Wydaje mi się że on sam nie wie co ma robić, nie nadaje się na dowódcę. Ale.. to tylko moje zdanie.

Oleg- Mój przyjaciel. Razem przybyliśmy do zony, i razem przyłączyliśmy się do najemników. Jemu zależy tylko na pieniądzach, zresztą jak większości z nas.

Idę na papierosa, zobaczę co u Mikołaja na warcie.

02.11.13

Dzisiaj wyruszamy do Limańska! nasz informator w końcu się z nami skontaktował, przekazał nam że mamy czekać na helikopter wojskowych w pobliżu remizy, i tam dojdzie do transakcji. Chyba im bardzo zależy na tych papierach z laboratorium, ciekawe co w nich takiego cennego ?

Zresztą gówno mnie to obchodzi, ważne że w końcu opuszczamy ten przeklęty las. Hm...Oleg zaczyna się dziwnie zachowywać, w ogóle nic się nie odzywa. Pewnie mu szybko przejdzie jak dostanie kasę do łapy.

03.11.13

Tylko tego mi brakowało! razem z Aleksem mam patrolować od 16stej do 11 w nocy Limańsk. Powoli mam dosyć Sergieja, ten burak sam powinien ruszyć dupę a nie tylko rozkazywać. Przecież w tym miasteczku nic niema, nikogo nie spotkaliśmy, nawet szczurów tutaj niema, kompletna pusta. Mam nadzieję że ci wojacy niedługo przybędą bo nam jedzenia zaczyna pomału brakować. Martwię się o Olega, gapi się ciągle na Konstantego, mówiłem mu aby nie brał udziału w tym zleceniu, powinien odpocząć. Ta zachłanność go zgubi..

04.11.13

Podczas warty Aleks natrafił na artefakt, on się na tym zna i powiedział że to ''upadła gwiazda'' niezwykle rzadki art. Trzymałem go trochę w rękach, jakby emanował niezwykłą siłą, cudowna rzecz. Dostaliśmy także komunikat od informatora że wojskowi przybędą dopiero w następnym tygodniu, podobno w najbliższych dniach ma pojawić się emisja i trepy boją się wychylać z bazy. Wydaje mi się że Sergiej nie mówi nam wszystkiego, siedzi tylko przy radiostacji wpatrzony w swój karabin. Olegowi jakby się poprawiło, ale to chyba dlatego że schlał się w nocy razem z Mikołajem, haha! ale szef się wściekł. Ale to nie wszystko..

W nocy, tak przed końcem warty spostrzegłem że w jednym z pokoi na samej górze bloku świeci się światło. Aleks twierdzi że tam jest artefakt i dlatego, ale wątpię..hmm

06.11.13

Co się tutaj dzieje ?!

Oleg dzisiaj zastrzelił Konstantego! grałem rano w karty z Aleksem i nagle usłyszeliśmy wystrzał z pistoletu. Gdy przybiegliśmy to Oleg stał nad Konstantym i się w niego wpatrywał, nic z tego nie rozumiem! Sergiej chwycił za karabin i zastrzelił mojego przyjaciela na moich oczach, krzyczałem aby tego nie robił, ale to nie pomogło. Co teraz będzie ?

Kończy nam się jedzenie, nie mamy już praktycznie wody. Długo tutaj nie pociągniemy, kiedy ci wojskowi przylecą ..

W nocy znów widziałem błyski światła w pokoju, mam dość tego miejsca.

09.11.13

To koniec, nikt nie przeżył. Siedzę sam w tym pieprznym pokoju ściskając mocno karabin w dłoniach, co ja teraz mam robić ? widzę jak to coś łazi obok remizy przy trupach moich byłych towarzyszy, wciąż nie wiem czy Aleks jednak zginął. Wyszedł na zwiad już 4 godziny temu i nie wrócił, a może udało mu się uciec ? zaraz!! słyszę że to coś powoli tutaj idzie, już po mnie.. ale nie dorwie mnie. Wyskoczę przez okno, nie dorwie mnie to coś.. NIE DORWIE!! <słychać rozbijające szkło i wrzask który szybko ucichł>

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mały update po latach.Będą tutaj wszystkie zapiski które można znaleźć  przy zabitych kontrolerach w NS.Z racji że jest tego sporo będzie na bieżąco uzupełniane.

Dziennik nr.1

Spoiler

29 czerwca 198.. (rok zatarty)

Dzisiaj nas przywieźli. Zgodnie z pogłoskami, będą nas trzymać pod ziemią... Łajdaki! Już lepszy byłby wyższy wymiar kary... Chociaż nikt nas pytał - wszystko było z góry ukartowane. I "niespodziewanie odnalezione" nowe okoliczności sprawy, i nowy artykuł w kodeksię wykroczeń politycznych. A już kiedy ten łysy zaczął serdeczne przemówienie o "dobrowolnej pomocy nauce"... Swołocze!! Nikomu nie zostawili wyboru - rozstrzelanie albo tutaj, nie wiadomo gdzie.... Dobra, zobaczymy, co tu za nauka.

12 lipca

Wygląda na to, że nie miałem racji!! Nie tylko dali jeść, ale i każdy dostał własny pokój! Co prawda, obserwują nas przez całą dobę... Ale za to spełniają każdą prośbę. Kiedy poprosiłem, od razu mi przynieśli ołówek i papier, a Nikolskiemu - pozwolili posłuchać nagrań jakiejś jego ulubionej grupy rockowej! To ci idiota, he-he.. Żeby nie te nagrania, nie zgarnęli by go za spekulację... Swoją drogą ciekawe, dlaczego jego - spekulanta, zabrali z nami, politycznymi?

1 sierpnia

Po prawie dwóch miesiącach wszystko zaczyna się wyjaśniać. Jesteśmy skazani... Te dranie prowadzą tu doświadczenia, gorsze, niż hitlerowcy w obozach koncentracyjnych. JAK TO MOŻLIWE W NASZYM KRAJU!!? Dziś przywieźli Nikolskiego po "eksperymentach"... Przenosili go obok mojego pokoju, i on podniósł głowę, popatrzył na mnie... BOŻE!!! To nie były oczy człowieka! Co oni z nim zrobili? On patrzył nie na mnie, nie, POPRZEZ mnie, WEWNĄTRZ mnie!!! Z ust ciekła mu krew ... Piętno na podłodze przed kamerą...

2 sierpnia

Nie spałem prawie całą noc... Krzyki zza ściany, zupełnie nieludzkie... Poprosiłem ochronę, żeby mi się dali napić. Nieprawdopodobne, ale przynieśli mi wódki w plastykowej szklance, jak w samolocie. Ochroniarz prosił, żeby nikomu nie mówić... On sam wyglądał kiepsko. Cześć twojej pamięci, Nikolski. Niech twoja dusza odpoczywa, póki ciało jeszcze krzyczy w sąsiednim pokoju...

24 sierpnia

No i koniec. Teraz moja kolej. Dziś mi wyjaśniono istotę mojego eksperymentu. Jakiś "generator" będzie mnie napromieniowywać do tej pory, póki oni nie zauważą zmiany. Kiedy zapytałem co się stanie, jeśli umrę zanim nastąpi zmiana odpowiedzieli, że będzie to "drobne zakłócenie eksperymentu". Rzuciłem się na jednego z nich, chciałem o0debrać klucz od wyjścia... Jak boli głowa... Ochroniarz, ten, co mi wódkę przynosił, dał mi opatrunek - żeby opatrzyć ranę od pałki. Co prawda potem zabrał, żeby nikt nie zobaczył, że go mam. Ale to i tak dobry chłopak. Nazywają go Wołodia.
 10 września

Pisać coraz trudniej. Palce się nie zginają... Jakby stały się mocniejsze - trzy dni temu połamałem miskę z jedzeniem. I chyba przegryzłem aluminiową łyżkę - nie pamiętam... Jutro znowu będzie psi-emiter - tak się nazywa to coś w głównym pomieszczeniu... Zostałem sam. Nikolski jeszcze miał szczęście - tylko dwa dni krzyczał przed śmiercią. Większość moich towarzyszy męczyła się dłużej... Ja jestem ostatni... Oni mówią - że ja jestem inny, wyjątkowy...

13 września

Ja już nie człowiek. Lepszy, silniejszy. Ja jestem wielki. Szczur. Oni mi go dali. Ja nie lubię szczura. Szczurów. Nie lubię. Chciał mnie ugryźć. Ja nie pozwoliłem. Kazałem mu biegać po suficie i ścianach. Bez rąk kazałem. Myślałem mu w głowę bieganie, i on biegał, gdzie ja chciałem. A potem przestałem myśleć, i on spadł z sufitu prosto na podłogę. Ja podszedłem i myślałem mu, żeby się nie ruszał. I nadepnąłem na niego. Nie lubię szczurów. Brudno. Oni stali i patrzyli. Kamera malutka. A ja wielki.

1 października

Szczury. Oni dają mi dużo szczurów. Ja im wszystkim każe biegać i padać. A jeszcze pies. On też jak szczur. Ja myślę za niego, i widzę że widzi. Ja nie lubię szczurów. Pies lubi. Ja myślałem psu w głowę żeby jadł szczury. A szczurom myślałem nie ruszać się. I pies jadł. Smaczne... Szkoda że ja nie pies. Ja wielki.

13 października

Oni więcej nie wiedzą o mnie. Oni mówią, że zbadali. Oni głupi. Ja byłem u nich w głowach. Ja widziałem. Oni mnie nie widzieli. Wołodia... Jeden z nich. On słabszy. On żałuje. On był dla mnie dobry. Ja wezmę jego pierwszego. I pomyślę za niego żeby otworzyć pokój. A potem pomyślę, żeby on zabił drugiego, który milczał. On silny, jego głową trudno myśleć. Reszta słabi. Nie jak Wołodia, ale słabi. Ci, co zapisywali i badali - słabsi. Oni główni. Ale słabi. Ja wezmę ich wszystkich. Oni jak szczury i jak pies.

20 października

W lesie lepiej. Tu są grzyby. Ja pamiętam, kiedyś jadłem grzyby. I oni też pamiętają. Ale już nie mówią. Oni ryczą i płaczą. A Wołodii nie ma. On nie szczur. On lepszy. Ja byłem głodny. Smaczny... Oni myślą że ja wielki. Tak. Właśnie tak jest. Ja wielki.

Dziennik nr.2

Spoiler

29 stycznia

Dziś listonosz przyniósł kopertę. Widniała na niej pieczęć Kijowskiego Instytutu Naukowego Nerochirurgii. Otworzywszy, zobaczyłem odpowiedź na swoje pytanie, cytuję: "Szanowny Antonie Anatoliewiczu. Po zapoznaniu się z Waszą dysertacją, szeregiem artykułów na temat rozwoju nauki w obszarze neurochirurgii oraz artykułem o wpływie psi-promieniowania na organizm i możliwości człowieka, spieszymy zawiadomić Was, że w jednym z naszych laboratoriów prowadzony jest nabór nowych kwalifikowanych kadr. W związku z tym będziemy radzi widzieć Was w głównym budynku naszego ...zapis niemożliwy do odczytania..."

16 lutego

No i przywieźli nas do Laboratorium. Dziwne, ale nie pamiętam, jak jechaliśmy. Zasadniczo wyspałem się przed drogą, ale kiedy wsiedliśmy do autobusu i wyjechaliśmy z terytorium Instytutu, zacząłem przysypiać i całkiem zasnąłem. Ostatnie, co pamiętam, to jak mój rozmówca, zdaje się Michaił, opowiadał o swoim wystąpieniu w Berlinie na konferencji naukowej. Ciekawe, ile czasu jechaliśmy? Godzinę? Dwie? Wewnątrz laboratorium do tej pory nie spotkałem zegara. Zupełnie straciłem poczucie czasu.  Teraz jest dzień, czy noc? Wyjeżdżaliśmy o 6 rano. Myślę, że nie mogliśmy odjechać daleko od Instytutu Naukowego, na pewno jesteśmy gdzieś na obrzeżach Kijowa. Może w którymś z pobliskich miasteczek. Wkrótce nasza grupa przejdzie szkolenie, i będziemy mogli obejrzeć całe laboratorium.

17 lutego

Wczoraj w audytorium odbyło się szkolenie BHP. Jakie to nużące... czujesz się jak student na praktyce. Tego nie bierz, tamtego nie ruszaj. Czy jest pośród nas ktokolwiek, kto by do tej pory tego nie wiedział? Właśnie ogłoszono zbiórkę wszystkich nowoprzybyłych w audytorium, najpewniej pokażą slajdy i poprowadzą na wycieczkę.

18 lutego

Wycieczka zrobiła wrażenie! Laboratorium jest po prostu ogromne! Najnowocześniejsze wyposażenie, jak widać, artykuły wielu naszych uczonych o psi-promieniowaniu musiały jeszcze kogoś zainteresować. Ale coś w tym laboratorium niepokoi. Jest takie wrażenie, jak gdyby tuż przed naszym przyjazdem była tutaj ekipa sprzątająca z hotelu Metropol, która, jak zawsze, wyczyściła wszystko do najmniejszej plamki...
 23 lutego

Myśleliśmy, że może choć tego dnia wypuszcza nas pooddychać świeżym powietrzem i rozejrzeć się po okolicy, ale nie. Jak udało mi się wyjaśnić, ochrania nas oddział żołnierzy. Chociaż ja nie rozumiem, po co nas w ogóle ochraniać. Przed kim? Myślałem, że chociaż w takie święto, bliskie każdemu żołnierzowi, zgodzą się nas chociaż na chwilkę wypuścić, ale oni byli nieugięci.

4 marca

Dziś są moje pierwsze urodziny, które będę obchodzić nie w zwykłych domowych warunkach, a pośród swojej nowej rodziny. Koledzy już od rana składali życzenia. Prezentów nie było, ale to zrozumiałe, jak mieli je kupić, będąc w pełnej izolacji od świata zewnętrznego? Do tej pory nie wiem, co będzie wchodzić w zakres moich obowiązków. Dowiedziałem się od naszego Starszego współpracownika naukowego Witalija Siemionowicza Gubariewa, że wkrótce powinni przywieźć ludzi, którzy dobrowolnie zgodzili się służyć nauce.

10 marca

Przywieźli pierwszych ochotników. Boże mój, przecież to zwykli skazańcy. Trudno ich nazwać ochotnikami. Jacy ochotnicy przyjeżdżają zakuci w kajdany?

16 kwietnia

Minął już miesiąc od rozpoczęcia pracy z "ochotnikami". Zadaniem naszego wydziału jest przygotowanie oprzyrządowania. Po tym, jak przywieziono skazańców, zamknięto nam dostęp do większej części pomieszczeń laboratorium. Nawet przypadkiem nie spotykamy się ze skazańcami. Dobrze chociaż, że dostajemy wszystko co potrzebne.

19 kwietnia

Boże mój, gdzie ja trafiłem? Niech będzie przeklęty ten dzień, kiedy skuszony możliwością rozwoju kariery, zgodziłem się tutaj jechać. Dzisiaj coś się stało w laboratorium. Zamknęli nas na naszym pietrze i postawili dwóch żołnierzy z automatami, niby do ochrony. Niczego nie słyszeliśmy i to nas jeszcze bardziej wystraszyło. Staraliśmy się, jak zwykle, wypełniać swoje zadania i udawać, że nic się nie stało, ale na próżno. Zdawaliśmy sobie sprawę, że tam na dole coś się dzieje. Obym nie poznał prawdy! Nawet w obiektach podwyższonej tajności słuchu rozchodzą się szybko. Jeden z obiektów doświadczalnych (Nie mogę ich dłużej nazywać ochotnikami! Kogo będę okłamywał? Siebie?) wyrwał się spod kontroli i czy to wziął zakładników, czy to zaczął kontrolować kilku naszych współpracowników. Jak się okazuje, nas ochraniają nie zwykli żołnierze, a ...kartka wyrwana...                

16 maja

Wydaje się, że żadnego z moich listów ani prośby o zwolnienie z wypełnianych obowiązków nikt nie czytał, albo w ogóle nie opuściły laboratorium. Ja nie mogę tutaj dłużej pracować. Coraz częściej nachodzą mnie myśli o sabotażu albo dywersji. Jestem gotów na wszystko, byle tylko jak najszybciej stąd wyjść. Nigdy nie bałem się zamkniętych pomieszczeń, ale czuję, że taka fobia rośnie we mnie z dnia na dzień. Kiedy w swoich pracach pisałem o psi-promieniowaniu, miałem na myśli zupełnie inne oddziaływanie, otrzymywane drogą napromieniowania ultramałymi dozami oddzielnych regionów mózgu, a ci rzeźnicy napromieniowują cały mózg z taką mocą, której nie jest w stanie wytrzymać żaden normalny człowiek. Słyszałem, że ten który wziął pod kontrolę dwóch uczonych, był już drugim mutantem. Tylko drugim. Pierwszy umarł sam w 3 minuty po rozpoczęciu mutacyjnych zmian w mózgu. Jego głowa po prostu pękła jak włoski orzech. Czy oni nie rozumieją co wyprawiają. Przecież ci więźniowie, to też byli ludzie... a co, jeśli im wkrótce zacznie brakować tych biedaków? Kogo będą tutaj przywozić? Bezdomnych? A co dalej? Nie, trzeba za wszelką cenę stąd się wydostać i powiedzieć o tym całemu światu!

21 maja

Boże, ja już tracę rozum! Wydaje mi się, że ktoś siedzi mi w głowie! Niczego nie rozumiem. Czasem mam napady silnego bólu głowy, które zmieniają się na szum w głowie. Czasem mi się wydaje, że słyszę jakiś pisk! Trwa to kilka sekund, a potem zaczyna się kolejny atak bólu! Czy oni zupełnie powariowali? Czyżby zaczęli eksperymentować z tym promieniowaniem na swoich współpracownikach? Jakie dawki stosują? Nigdy nie słyszałem o takich efektach napromieniowania!

27 maja

Znowu coś się stało i zamknęli nas na pietrze. Minęło już 4 godziny, i do tej pory żadnych wiadomości. Dzięki Bogu tym razem nie zostawili żołnierzy, bo już poprzednio ci goryle patrzyli na nas jak na potencjalnych wrogów. Było wrażenie, że czegoś nam nie mówią..

29 maja

Do diabła! Już dwa dni trzymają nas w zamknięciu. Słychać, że ktoś tam na zewnątrz chodzi, ale na nasze wołania nikt nie odpowiada. Wkrótce skończy nam się jedzenie. A przecież już wczoraj powinni nam na każdym piętrze wydać świeże produkty. Niektórzy koledzy zaczynają panikować. Staramy się ich uspokajać, ale jest to coraz trudniejsze. Ataki mamy teraz prawie za każdym razem, kiedy zaczynamy wzywać pomocy (odruchy my mamy wytwarzają, czy co?).

30 maja

Skończyło się jedzenie, zostało nie więcej niż 2 litry wody... najdalszy pokój, który zmieniliśmy w toaletę, emituje na całe piętro taki smród, że trudno oddychać... Próbowaliśmy wyłamać metalowe drzwi. Połamaliśmy masywny stół, ale drzwi nie otworzyliśmy... za drzwiami już nikt nie chodzi, i od tego jest jeszcze straszniej. Nie wiemy kiedy wyłączą światło, ale boimy się coraz bardziej..
                    

31 maja

Urodziny jednego z naszych kolegów. Kiedy zaszliśmy, żeby mu złożyć życzenia, znaleźliśmy go wiszącego w pętli. Próbowaliśmy ratować, ale on wisiał długo i nasze próby ratowania mu życia spełzły na niczym. Po jakimś czasie straciliśmy Michajłowa, który poszedł do toalety. Kiedy weszliśmy do pokoju, on leżał na podłodze. Najprawdopodobniej, atak serca. Obydwu kolegów położyliśmy w tym pokoju.

Data nieznana

W laboratorium wyłączyło się światło i wyświetlacz, który pokazywał datę i czas, już nie świeci. Piszę po omacku. Już o niczym nie myślę. Zrozumieliśmy, że wszyscy tutaj jesteśmy skazani i nikt nas szukać nie będzie. W końcu domyśliłem się przyczyny tej czystości podczas wycieczki i dlaczego w laboratorium było tyle wolnych miejsc. To nie była sprawa nowego skrzydła w laboratorium ani tego, że to nowy projekt, Cała sprawa w tym, że od początku byliśmy przeznaczeni na stracenie. Tak, jak i poprzednia grupa uczonych. Im też nie udał się eksperyment i wszyscy zginęli. Przeżyli tylko ci, którzy prowadzili eksperyment. Ci, którzy zawsze wychodzą czyściutcy z każdej sytuacji... Mój dziadek nazywał takich Szczurami sztabowymi! I miał cholerną racje. Tylko że tak naprawdę, to my jesteśmy szczurami... szczurami laboratoryjnymi... ludźmi, którzy dobrowolnie zgodzili się poświęcić w imię nauki...

Dziennik nr.3

Spoiler

"Listy, które zostały zatrzymane albo zwrócone"

Szeregowy Pietrenko

Droga mamo! Piszę do ciebie po 2 miesiącach służby! Ani trochę nie żałuję, że podpisałem kontrakt na służbę w Strefie Odosobnienia. Nasz oddział stacjonuje w miejscowym Instytucie Naukowym o nazwie "Agroprom". W tym czasie już byłem na patrolu, a wczoraj miałem nocny dyżur. Służba tu dobra, nie ma dziadostwa, bo starszy porucznik Chadżynow utrzymuje żelazną dyscyplinę. Co do radiacji, możesz się nie bać, w 86-tym ten Instytut był całkowicie dezaktywizowany i oczyszczony z radioaktywnego pyłu. Radiacja na terytorium nie przekracza normy, a za granicami instytutu wynosi około 200-300 mkR\Bożę. Pitce przekaż, że jak kontrakt się skończy, to mu na pewno jakąś pamiątkę przywiozę. Tu są takie ciekawe rzeczy, nazywają się artefakty. Niektóre są radioaktywne, ale są i takie, co pomimo przebywania na napromieniowanym terytorium, od radiacji zabezpieczają. Paru naszych chłopaków próbowało nawet samemu takie artefakty robić. Do tego trzeba było jakiś tam składniki wrzucić w specjalne miejsce, anomalię, i po jakimś czasie ta cała zbieranina stawała się supertwardą, jednolitą rzeczą z wyjątkowymi właściwościami. Kończę mój list, nie wiem, żeby tu jeszcze napisać. Nie bój się o mnie, Mamo! Jeszcze 10 miesięcy i wrócę! Obiecuję pisać co 2 miesiące. Częściej nie mogę. To już drugi list, który wysyłam, a ty nie odpowiadasz. Twój Sasza.

Przyczyna: niezamierzona próba ujawnienia tajemnicy wojskowej, propaganda Zony.
 Sierżant Tichoniuk

Cześć, Kostik! Dziwne, że dostałeś mój list tak późno. Na pewno gdzieś zawieruszył się na poczcie i długo nie mogli go znaleźć. Bardzo się cieszę, że spodobało ci się zdjęcie, które wysłałem w liście. Poprzednim razem zupełnie zapomniałem napisać, kto stoi razem ze mną. Jeśli popatrzysz z lewa na prawo, to najpierw stoi Pietia Brobun, potem Saszka Pietrenko (on jest my mamy niedawno, wszystkiego 3 miesiące), po prawej stoję ja, jak już się pewnie domyśliłeś, a przed nami siedzi Witalik Dmitriew. Jego wczoraj przywieźli do lazaretu. On, podporucznik Zubko i sięrżant Nieczajew mieli nocny obchód terytorium wokół naszego Instytutu Naukowego. I tak się zdarzyło, że napadła na nich pijawka błotna. A mutant był szybki, według tego co mówił Witalik. W ciemnościach wyskoczył  z krzaków, złapał Nieczajewa i z powrotem skoczył w krzaki. Po chwili znowu wyskoczył z krzaków i wpił się w Zubko. A Witalik Dmitriew, chociaż i nie z bojących, to nigdy czegoś takiego nie widział, żeby na jego oczach z żywego człowieka całą duszę wyssało. No i wystraszył się. Wyrwał z powrotem, nawet hełm po drodze zgubił. Ale pijawka i tak go już przy samej bramie dogoniła. Oh, żeby nie Antocha Siedych, nawet nie wiem, żeby z Witalikiem było. Ale nasz snajper na wieży wiewiórkę w oko trafia i pijawki, a chociażby nawet tuszkana, i tak nie chybi. Sam nie wiem, jak mu się to udało, ale załatwił pijawkę, nawet nie drasnąwszy towarzysza! Taka to była historia. W czepku urodzony, nie inaczej! Jutro idziemy patrolować obszar przy kordonie, tam Stalkerzy już całkiem powariowali, w drutach kolczastych dziury powycinali i kursują, jak po szosie. Czekam na odpowiedź, przyjacielu! wybacz, że takie nowości opowiadam, ale nie ma w naszej zonie polityki ani ekonomii. Dlatego trzeba pisać takie ot, prawie kryminalne nowości. Witiok

P.S. jakoś nie mogę pozbyć się wrażenia, że przed wysłaniem nasze listy ktoś czyta. Na pewno to właśnie jest przyczyną, że nie wszystkie listy doszły do ciebie.

Przyczyna: niezamierzona próba ujawnienia tajemnicy wojskowej, próba ujawnienia poufnej informacji osobie trzeciej.
 

Szeregowy Nikodemow

Cześć, braciszku! Otrzymałem twój list i postanowiłem od razu napisać odpowiedź, póki mam wolny czas. U mnie wszystko normalnie, służę jak wszyscy. I tylko zdrowie ostatnimi czasy szwankować zaczyna. Stałem się ostatnio bardzo wrażliwy na wszelkie infekcje wirusowe, już choćby grypa - zimą spokoju nie dawała. Lekarze mówią że to od tego, że napromieniowałem się przy anomalii w czasie ostatniego patrolu. Ale ja im nie wierzę. Ci stalkerzy, po kilka godzin spędzają przy anomaliach, kiedy przekształcają artefakty, nawet spać przy nich się nie boją, a ja tylko godzinę byłem przy Lejku. Moim zdaniem cała sprawa w tym, że mi jeszcze pod koniec jesieni zrobili zastrzyk... przyjeżdżali jacyś uczeni, my ich tu między sobą jajogłowymi nazywamy (mają śmieszne kombinezony). No i oni wybrali kilku ludzi według jakichś swoich kryteriów , pomiędzy którymi okazałem się i ja, i przeprowadzili tak zwane szczepienie. Po tym każdego dnia zaczęli nas prowadzać do doktora i sprawdzać, pytali o nasze samopoczucie, nawet karmili lepiej niż innych. Niedawno dwóch z naszej grupy szczepionych ci jajogłowi zabrali ze sobą. Do tej pory nie rozumiem, po co? Ale oni mieli częste bóle głowy i bóle w obszarze pleców. Może ich zabrali do leczenia? Ale to dziwne, bo niby lazaret w naszym Instytucie Naukowym jest najnowoczesniej wyposażony w całej zonie. Możliwe, że nie wszystko mówią. Ale ja się im tak po prostu nie poddam, mam silny organizm, ja nie zachoruję tak, jak oni! Obiecuję braciszku! Przekaż pozdrowienia całej naszej rodzinie. Już mi dużo nie zostało, jeszcze 3 miesiące i mój kontrakt się skończy.

Przyczyna: zamierzona próba ujawnienia supertajnego eksperymentu i poinformowania o nim osób trzecich.
Szeregowy Cybienko

Dzień dobry mamo! Piszę do ciebie od razu po powrocie z zadania. Służę tu dopiero miesiąc, ale już strasznie żałuję swojej decyzji. Mamo, ja dzisiaj pierwszy raz zabiłem człowieka. Chociaż ci ludzie, którzy tutaj wędrują, czasami mało przypominają tych ludzi, których przywykłem widzieć my mamy we wsi. Już prędzej są podobni do bezdusznych maszyn, które są gotowe zabić za dowolny świecący się przedmiot... Oni są dosłownie jak sroki, zbierają wszystko to, co błyszczy i nie jest przymocowane. Oni są gotowi rozerwać jeden drugiego za maleńki świecący kamyczek, za butelkę wódki, za parę granatów, nawet za trampki. To już nie ludzie. Oni są gorsi od wilków, na które polowaliśmy z ojcem. Ale ten stalker. W nim było znacznie więcej człowieczeństwa, niż we wszystkich naszych chłopakach razem wziętych. On szedł ranny w stronę kordonu, ledwo wlokąc za sobą automat. Z początku chcieliśmy go przepuścić, nasz porucznik kazał mu rzucić broń, mrucząc sobie pod nosem, że ten i tak już nie żyje i ono mu się na nic nie przyda. Ale ten nagle popatrzył na nas wzrokiem pełnym bólu, który rozrywał jego wnętrze... on prosił żeby go uratować, uwolnić od tych męczarni. Witka Tichoniuk powiedział mi, że prawdopodobnie, on mutuje od wewnątrz, rozdziera go piekielny ból i że dla niego byłoby lepiej, gdybyśmy go nie przepuścili. Ten jakby usłyszał słowa Sierżanta i spróbował podnieść automat, kierując go w naszą stronę. Porucznik dał rozkaz strzelać żeby zabić i ja, jak i inni żołnierze, przylgnąłem do celownika i nacisnąłem spust. Nie wiem, dlaczego strzeliłem. Wokół i beze mnie było dość strzelców. W kilka sekund zrobiliśmy z dopiero co żywego człowieka krwawe mięsiwo. Kilku naszych chłopaków-nowicjuszy poprosiło porucznika, żeby pozwolił podejść do stalkera, ale od jednej myśli jak on będzie wyglądał z bliska, zemdliło mnie. Porucznik tylko uśmiechnął się i powiedział, że u wszystkich normalnych ludzi przy pierwszym razie jest taka reakcja, a tym odważnym, którzy chcieli popatrzeć z bliska, powiedział, że jeszcze zdążą w czasie swojej służby napatrzeć się gorszych rzeczy. A potem zapragnąłem wszystko rzucić w diabły i wrócić do naszej wsi. Szalenie zatęskniłem za twoimi pioerożkami, za świeżym krowim mlekiem rano. Ale te pieniądze, którzy zarobię służąc w Zonie, przecież wiesz, jak są nam potrzebne. Za te pieniądze zrobią ci operację, i zdążymy, na pewno zdążymy wyleczyć twoją chorobę do czasu, kiedy zacznie się rozszerzać. Całuję mamo! I nie bój się o mnie! Jestem silny, wytrzymam!

Przyczyna: Cybienko Walentyna Aleksięjewna nie zamieszkuje pod adresem wieś Polianskoje dom 35.

Dziennik nr.4

Spoiler

Dzień pierwszy.

Dziś pierwszy raz idę w Zonę, na rajd! Miejscowi mówią, że rajd - to taka wyprawa po coś cennego. Człowiek który dał mi zamówienie wyjaśnił, że jednego rajdu za mało, żeby nauczyć się przeżyć tutaj. Ale ten - to sprawdzian. "Kryształowy kwiat"... Ciekawe, co to takiego? Pokazał mi niewyraźny obrazek, nawet dobrze nie rozpoznałem co na nim było. Jakieś linie, błyski... Różnobarwne ognie. Ale on mi wytłumaczył, że kiedy znajdę tę rzecz, to z niczym nie pomylę. "Kryształowy kwiat"... Cholera, czuję się jak mistrz-Daniła! Dobra. Pieniędzy obiecał sporo, i jeszcze mówi - dodatek za szybkość. Ten gość, to chyba miejscowy autorytet - inaczej skąd by ma tyle wszystkiego było w bunkrze?

Dzień drugi.

Żyję. To najważniejsze - a parę godzin temu mogłem zginąć. Sam nie wierzę, że się wydostałem... Co to za stwór, tam w wąwozie, na wielkość zupełnie jak czołg, rzucił się na mnie z ciemności? Jak mi się udało wyciągnąć broń zza pleców??? Na szczęście, zadziałały wojskowe odruchy... A ja myślałem, że dwa lata straciłem na próżno. Jak wrócę - postawię największą świeczkę za zdrowie sierżanta Kriwcowa. Chociaż cerkwi tutaj, na pewno, nie ma w pobliżu... Dobra, wypiję za jego dobre zdrowie - nauczył strzelać, zaraza... A broni, to ja teraz za plecy chować nie będę. Z giwerą w rekach spokojniej, chociaż i trochę niewygodnie.

Dzień trzeci.

Znalazłem go!!! Wszystko było tak, jak powiedział ten w bunkrze!!! On.. Ten kwiatek... On jest cudowny, jeszcze nigdy nie widziałem takiego piękna!!! Długo trzymałem go w rekach, a on promieniał... Więc takie one są - artefakty. Aż żal go oddawać - jak by nie było, to mój pierwszy sukces. Dobra, pora wracać.

Dzień szósty.

Cholerna sprawa. Nabojów prawie nie ma, a ja zabłądziłem. Miejsca niby znajome, pamiętam ot, ten pagórek, te trzy drzewa przy studni... Ale coś się zmieniło, jakby... Nie wiem. A jeszcze w powrotnej drodze na mnie napadają różne stworzenia. Większość to małe, ale upierdliwe - wszystkie loftki zużyłem. Został tylko śrut, piątka. Jeśli się trafi coś większego od psa - kaplica.

Dzień szósty, wieczór.

Jeszcze jeden ogromny stwór rzucił się na mnie! Czekał na mnie w zasadzce!! Jak ta, w nocy, kiedy szedłem tutaj! Nigdy nie zapomnę tej wyszczerzonej mordy i kłów.... Dziwne, ale ten zwierz jest jakby podobny do dzika. Tylko ogromny, i kłów ma dużo, nie miałem czasu liczyć. A może to się ze strachu wydawało? Nie wiem. Rzucił się na mnie tak szybko, a ja dosłownie zamarłem, mnie sparaliżowało!! Po prostu patrzyłem, jak leci na mnie, i nagle... Jakby natknął się na niewidzialną barierę - stwora poderwało w powietrze, potem zakręciło, a potem.... BOŻE, przecież to ja mogłem być na jego miejscu! Znaczy, rozmowy w obozie o anomaliach to prawda. Do diabła, dokąd mnie zaniosło!?

Dzień siódmy.

Rano wydawało mi się, że widziałem człowieka. Na pewno halucynacja - nie może tutaj być bezbronnego człowieka w dżinsach... No i głowę miał bardzo dużą. Pewnie to od Kryształowego kwiatu - poczerwieniały mi ręce, szyja, plecy strasznie swędzą. Może on jest radioaktywny? W oczach wszystko pływa... I szum w uszach, jak głos... Pewnie się zatrułem... Żeby już wreszcie dojść. Gdzie ja jestem?

Dzień siódmy. Wieczór.

Trudno mówić... Ten człowiek... On idzie za mną, cały czas szedł... A raz widziałem jego twarz. Z bliska, a on był daleko. Jak to jest możliwe? Szumi w uszach... To on mówi, ma taki głos - jak szum wiatru... I świst... Nie, to nie człowiek, to... Inny... On wie, gdzie ja się schowałem... Ręce nie chcą słuchać...

Ostatni zapis.

(Szum, trzask)...Puszczaj...(szum)... Jaa... Muszę do domu... Ciemno... Bardzo ciemno... Duży, puszczaj... Albo umrzeć.... Tak lepiej, tak... On... Nie da odejść... Pistolet jest... Naboje... Jeden... Żeby się tylko udało... Puszczaj... Nie... Nie trzeba... Nie przeszkadzaj... To wszystko... (dźwięk wystrzału. Szum, trzask. Zapis przerwany)
   

Dziennik nr.5

Spoiler

Sprawozdanie Nr25-19-12y.

Udało mi się!! Jadę tam, do Zony! Całe laboratorium mi dzisiaj gratulowało, nawet starszy pracownik naukowy Kowalew. Pomimo tego, że mnie nie bardzo lubi, podszedł, uścisnął rękę i powiedział: "gratuluję, towarzuszu Pankow!" Przy tym uśmiechnął się nieszczerze - to nie było potrzebne. Ale wszystko jedno - jestem szczęśliwy! Ja sam zobaczę miejsca, skąd nam dostarczają większość obiektów do badań. Może  nawet uda się zakończyć pracę naukową w tym roku!\n\nNa miejscu wszystko okazało się nie tak, jak oczekiwałem. Przyrządy naukowe są mi po większej części zupełnie nieznane. Siemionow - asystent kierownika laboratorium i jednocześnie naczelnika ML-4 (mobilnego laboratorium) - mówi, że one są "miejscowej produkcji", i że w nich zawarte są niektóre miejscowe artefakty. To wstrząsające! Jak daleko nauka posunęła się tutaj, w głębi Zony!

Dziś był ciężki dzień. Ledwo nam się udało uciec spod nieoczekiwanie włączonej instalacji. Siemionow robił pomiary intensywności promieniowania, a ja przez radio raportowałem rezultaty Krugłowowi (to jeszcze jeden starszy pracownik naukowy, wydaje mi się - nieco zadufany człowiek...), kiedy nagle czujnik wybił poza skalę. Ledwo zdążyliśmy uciec. Ziemia drgnęła, jakby pod budynkiem fabryki przebudził się wulkan! Jaka instalacja jest zdolna do czegoś takiego? Jaką ona ma moc!? Siemionow powiedział, że jeśli chcę zrozumieć, co tutaj się dzieje, trzeba wejść wyżej i popatrzeć na terytorium fabryki przez lornetkę. Ciekawe, po co? Może żartował?


 Pierwszy raz poczułem strach. Poszedłem za radą Siemionowa... Wlazłem na wysokie drzewo, biorąc z sobą lornetkę. I popatrzyłem, co dzieje się na terytorium fabryki, na wewnętrznym dziedzińcu... Boże mój, przecież tam są ludzie!!! Chodzą w kółko, jak lunatycy! Na niektórych odzież uczonych, wydaje się, jak by byli lekko ranni... Co z nimi? Dlaczego oni nie mogą wyjść? Muszę wyjaśnić, jak im pomóc. Dziś Siemionow i Krugłow gdzieś wyjechali mówiąc, że nie na długo. Szkoda, to znaczy, że muszę iść sam. Trzeba wziąć jak najwięcej apteczek, dla rannych uczonych tam w środku. I oczywiście broń. Co prawda, dotychczas strzelałem jedynie na strzelnicy z karabinu pneumatycznego. No i dobra, niech będzie na wszelki wypadek.

Siedzę w zasadzce niedaleko od fabryki, na dachu jakiejś hali. Nieprawdopodobne, ale ludzie podporządkowują się jakiemuś potworowi, dwunogiemu i chodzącemu w wyprostowanej pozycji!!! Ta parodia człowieka nosi dżinsy! Pisać trudno - widocznie, psi-promieniowanie wpływa na  koordynację. Dobrze, że instalacja teraz nie pracuje - sprawdziłem. STOP. No to jakie psi-promieniowanie? CO TU SIĘ DZIEJE? Czyżby to ten potwór generował psi-fale? Czyli dobrze, że mnie nie widział... Trzeba strzelać w niego... Najważniejsze - trafić w głowę, jeśli spudłuję - ze mną koniec. Zombie (niestety, tylko tak można nazwać stalkerów wokół potwora i uczonych... Jakie to straszne...) strzelają, kiedy on każe, i jeśli ja nie zabiję go od razu - mnie po prostu podziurawią. Ale muszę spróbować. To mój obowiązek względem tych nieszczęśników wokół niego...\n\nDo tego kto znajdzie i przeczyta...

Jestem ranny. Nie mogę się poruszać - kula trafiła w kręgosłup... Pomimo bólu jeszcze mogę pisać, ale nie wykluczone, że wkrótce stracę przytomność - jeśli mi się poszczęści... No cóż, strzelec ze mnie żaden - cały magazynek wystrzelałem obok. Słyszę, że potwór wdrapuje się do mnie, tutaj. Mam mało czasu. Ja nie jestem mu potrzebny żywy, dlatego że jestem ranny - widziałem jak jadł jednego z zombie kiedy ten trafił nogą w studzienkę i złamał ją... Żeby tak od razu... Boję się. Żegnajcie. Zrobiłem wszystko, co mogłem do tych ludzi.

Młodszy pracownik naukowy Pankow.
 

Dziennik nr.6

Spoiler

Dziennik Światosława "Schiza" Dedenko

13 kwietnia 2010 Jeść się chce... Pieniędzy nie ma, ot i pojechałem do zony. Kiepsko bez pieniędzy... To będzie dzień 1-y, dzień przyjścia, dalej będzie bez dat...

Dzień 7.

Już tydzień... A czas tu biegnie szybciej, niż poza Zoną. Teraz nie zona a Zona.

Dzień 12.

Razem z Siwym, Moszennikiem i Trofiakiem pójdziemy dalej, do Wysypiska... Przez posterunek...

Dzień 13.

Cholerni bandyci... Postrzelili w rękę... Przedramię... Szlag, jak boli... Nienawidzę...

Dzień 15.

Sukinsyny!.. Zabili go... ONI ZABILI TROFIAKA!!! Wszystkich zabiję, bez litości i zmiłowania...

Dzień 20.

Rana cała spuchła, boli, trzeba do Baru, może tam pomogą... Do diabła, strasznie boli... Jedzenia prawie nie ma..

Dzień 21.

Znaleźliśmy jakiś... artefakt. Emanuje ciepło, licznik Moszennika pokazał, że ciut-ciut promieniuje, jednak rana przestała tak mocno boleć... To dobrze...

Dzień 25.

Dotarliśmy do posterunku Powinności, z początku nas nie chcieli puścić, ale jak tylko ranę zobaczyli, to szybko otworzyli wrota.

Dzień 26.Tamtejszy lekarz mówi, że po lekarstwo trzeba będzie iść do Sacharowa, nawet przewodnika znalazł, tylko artefakt trzeba będzie oddać uczonym. A szkoda, jest taki zabaw.. stop, co ja znowu? oddam i dobrze...Moszennik urządził się u barmana, a Siwy... nie ma już Siwego...

Dzień 30.Sacharow podał lekarstwo, już prawie wszystko przeszło. Artefakt zabrał, okazał się całkiem rzadkim... Pracuję teraz dla nich, nawet kombinezon dali. Teraz do tutejszego laboratorium będziemy iść. Jak mu tam... a, właśnie! X-16!

Dzień 32.

Potworność... jakieś cholerstwo pod ziemią... promiennik... Teraz tu są sami zombie... straszne...

Dzień 60.

Ugryzł mnie snork... Dziwne, ale nie czuję bólu! Tylko jeść chcę... MIĘSO!..

Dzień 62.

Rrrr... jedzenie... jeść... RRRR... MIĘSO! Rrr... Oh, jak źle... jupż mniemnoge norrmalnie piisać... teraz tylko za-rr-pis z głossu-rrr!..

Dzień 63.

A-u-e-r-r-r... j-e-z-z-s-s-t! jedzzenie... y-r-r-r
  

Dziennik nr.7

Spoiler

(POCZĄTEK ZAPISU)

...to swołocz, ale dobrze, nie muszę taszczyć całego towaru do Sidora, a więcej nikogo z handlarzy nie znam. Na amunicję forsy póki co starczy.Bar - oaza Zony. Ludzie stale przychodzą i odchodzą, bandytów i potworów prawie nie ma - POWINNOŚĆ je tępi, dlatego że ich baza jest właśnie tutaj. Tak. Jeszcze po maluchu - i na bocznicę. A stalkerzy na Arenę pociągnęli, spragnieni widowiska...

Taa... znowu pochmurny ranek. Jak to mówią, stalkerzy nie piją - stalkerzy się leczą. Jednak doskonale pamiętam całą rozmowę z pewnym gościem, Łysy czy jak... Mówił o fabryce Jantar, o obozie naukowców nad jeziorem, o tym, ile oni kasy sypią za najzwyklejszy Kryształowy Kwiatek, a już za modyfikaty o mało koszuli nie są gotowi z grzbietu zdjąć. Co zrobić - fanatycy... nauki. Co prawda jest jeden minus - ta cała instalacja psi-promieniowania. Ja sam zombie jeszcze nie spotkałem, ale według opowiadań bywalców, nie jest to zbyt przyjemny widok. Łysy mówił, że kiedyś tak skumplował się z pewnym stalkerem, że tamten i towarem mógł się podzielić, i plecy zabezpieczyć w boju, i w barze wódki popić było z kim. A tydzień temu spotkał go po drodze z Jantara (bo on w pojedynkę w rajd poszedł). Mówił, że szedł jak nakręcony, na przełaj, prawie po krawędziach anomalii, pod nosem coś bormotał, a automat po ziemi wlókł. Łysy go zawołał, a kumpel na dźwiek głosu taką serią odpowiedział, że cały magazynek opróżnił. No i Łysy zrozumiał, że jego towarzysz ugotował sobie mózg na Jantarze i w zombiaka się zmienił. Krótko mówiąc, przyszło mu towarzysza serdecznego własnymi rękami na tamten świat odprawić...Smutno.... Ale jak podliczyć pieniądze, pozostałe po uzupełnieniu zapasu nabojów, apteczek i żarła, jeszcze smutniej się robi. Było nie było, ale jutro ruszam w stronę Jantara.
 

Barman powiedział, że jest droga na Jantar przez przejazd kolejowy albo jak tam to się nazywa... Co prawda i anomalii tam niemało - trzeba by śrub z nakrętkami zabrać więcej.

No to mi się udało! Doszedłem do mostu, co po drodze na Jantar, nie spotkawszy ani jednego najemnika. Co prawda przyszło nieźle nadłozyć drogi, dlatego że przy peronie pijawka grasowała. Dobrze, że ją w porę zauważyłem. A kiedy pod most wszedłem, aż mi szczęka opadła - w całym przejściu powietrze drży i faluje, jak nad rozpalonym blaszanym dachem w letni dzień. Tylu Pieców jeszcze nie widziałem! Prawie godzinę przechodziłem, masę śrub zużyłem, szukając drogi pomiędzy anomaliami. Za to ilu artefaktów się dorobiłem - 3 Ogniste kule i 5 jakichś gruszkokształtnych wygibasów. Teraz przerwa na papieroska, siedzę w cieniu, chlebuś.... CHOLERA! Kogo to niesie??.....

Taki on jest - Jantar... Solidny zakład na wzgórzu, bagno ze strąconym helikopterem, bunkier uczonych, na którym właśnie się znajduję - i cisza. A Łysy nie kłamał - główny uczony, Sacharow, jak zobaczył mój towar - to aż mu się oczy zaświeciły. Wziął wszystkie arty i kasy odsypał niemało, ja jeszcze za żaden rajd tyle nie wziąłem! Co prawda, do bunkra nie wpuścił, że niby kwarantanna, radiacja - no i dobrze, na dachu, gdzie jest lądowisko helikoptera, też można dech złapać. Jakoś straszno tutaj. Cicho, tylko snorki po krzakach łażą, no i zombie... Pierwszego takiego spotkałem jeszcze na podejściu do Jantara, kiedy zrobiłem popas przy drodze. W czarnym kombinezonie powinnościowca, lewa strona spalona, jakby w ognisko upadł albo w Piec wleciał, chód utykający, dlatego że jedna stopa wywichnięta albo złamana. Chciałem przeczekać, póki nie przejdzie, a ta swołocz jakoś wyczuła, gdzie się przyczaiłem i walnęła z Pe-eMa. Trzeba było go załatwić, ale dopóki mu łba nie rozwaliłem ze śrutówki, to jeszcze próbował się podnieść - żywotny, gadzina. Paskudny widok.

Pora z powrotem do Baru ruszać. Kupię sobie tam coś droższego, może na "Abakana" wystarczy, a i kombinezon zmienić nie zaszkodzi. Łysego spotkam - postawię mu, za poradę o uczonych podziękuję. Taaa... Ktoś tam z górki schodzi, zaraz zobaczymy, co za ...

(głośny dźwięk niskiej częstotliwości)\...  MMAĆ!!! CO TO??!!!! Krok. Krok. Droga. Naprzód. Naprzód. Tow... tow... towar... Bar. Bar...Man... Barman. Handlarrz... Stal...ker...Stalker.

(dźwięk wystrzału, okrzyk: "Stój, stalker! Opuść broń!") .. stal... STAAALKER!! (dźwięk odwodzonego zamka)\ ZZABIIIIJ !!!!!!!!!! (długa seria z automatu)

(KONIEC ZAPISU)
 

Dziennik nr.8

Spoiler

.... początku brak, zapis beznadziejnie uszkodzony....

Wafel, Gruby - sukinsyny. Kiedyś ich dopadnę. Wredne bękarty, nagadali Sinemu że Krzywy dzisiaj obijał się w parowie i ni cholery nie dyżurował. Jak zwykle Krzywy, sucze syny. Szlag....  Teraz lezę z tym skończonym kretynem Waflem (dobrze byłoby nie zapomnieć kropnąć go po cichu, Sinemu powiem że to patrol) szukać stalkera. Wściekły, Śmiekły... nie pamiętam jak mu tam. Siny powiedział że trzeba od niego pakiet odebrać, też mi coś. Sam by szedł i odbierał...

Szlag, dzisiaj szliśmy przez Agroprom, kurde, paskudne miejsce, chłopaki mówili że tu do cholery wojskowych, a my spotkaliśmy tylko jednego trupa. Nadzianego na gałąź... Ktoś się postarał umieścić go wysoko. Trzeba chłopakom powiedzieć żeby przyszli i popatrzyli, wesoły obrazek. Wafel ciagle jęczy że nogę obtarł. Mówili mu żeby na butach nie oszczędzał, ale nie, Wafel jest najmądrzejszy.

Rozbiłem ekran PDA, teraz mogę tylko słuchać i mówić. Wafel, skurwiel, śmieje się... Nie szkodzi, ja jego wkrótce kropnę, nie będę przecież taszczył tej szumowiny z powrotem?\

No i nie ma Wafla... do diabła, myślałem żeby go kropnąć, ale los zarządził inaczej. Kiedy spaliśmy podkradła się do nas pijawka. Szlag, co za paskudne straszydło. Rzuciła się na Wafla, pokój jego pogańskiej duszy, i szarpała go jak szmaciana lalkę, a ten wrzeszczał, kurde.... tak krzyczał, że o mało nie straciłem rozumu. Ledwo uciekłem....I gdzie ja teraz jestem? Dom jakiś i ni cholery nie wiadomo. Dokąd iść?

Kurde... Ja na pewno wrócę, a kiedy wrócę wypieprzę sukinsyna Grubego, i pracusia Aloszę, a może jeszcze i Sinego. Diabelski dom, skąd miałem wiedzieć, że tam jest legowisko tuszkanów? Ledwo uciekłem, teraz w jakimś lesie...

Żeby tylko wrócić. Ironia losu... ten stalker... my go rżneliśmy a on patrzył na mnie i mówił, że nie wrócę z Zony... do diabła, jego oczy...

Teraz pod jakimś pniakiem, kurde... Przez PDA powiedzieli, że wkrótce emisja, a tu jak na złość ani jednej zasranej szczeliny.

(szum emisji) Jak boli głowa... i te oczy... stalkerze, wybacz mi jeśli możesz, kurde będę... wrócę, to pomodlę się za twoją duszę...

(... początek zapisu uszkodzony ... szum emisji) .... do diabła, nie przeżyję tego dnia... strasznie boli głowa... Przekleństwo na twoją głowę Siny... ja muszę, muszę wrócić....
 

 

Edytowane przez dopyl

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nawet ciekawe opowiadanie jednego z npc z moda OGSM Extended. 

" Wycieczka do Zwierzyńca "

Usłyszał jeden wolnościowiec o powinnościowym zwierzyńcu i uznał, że jeżeli nie rzuci na niego choć jednym okiem, to jego życie straci sens. Był człowiekiem bardzo uczciwym i przyzwoitym, do tego stopnia, że czasami sprawiał wrażenie głupiego lub dziecinnie naiwnego. Dlatego nikogo nie zdziwiło, że tak po prostu poszedł do swoich władz z pytaniem, czy może zobaczyć powinnościowy zwierzyniec.

Władze, chcąc pokazać, jakie otwarte i postępowe jest ich ugrupowanie, dali pozwolenie i dołożyli kilka rad na drogę. Zrozumiała sprawa, że na bazie wszyscy żegnali się z nim już na zawsze, bo byli pewni, że biedak zostanie odstrzelony na pierwszym posterunku powinności. Ale nasz bohater nie okazał się aż takim głupkiem. Złapał żywego tuszkana !

Postanowił, w geście dobrej woli, podarować go powinnościowcom jako okaz do ich zwierzyńca. No, a co na to powinnościowcy ? Tego nie wiem, ale w tym dniu, albo byli w nastroju miłujących pokój pacyfistów, albo też wyczytali z gęby wolnościowca, że jest on mniej niebezpieczny niż tuszkan, którego ze sobą przytaszczył. Zaprowadzili go na bazę. 

Od momentu, jak nasz fartowny wolnościowiec znalazł się w zwierzyńcu, nasza opowieść rozwinie się w całkiem innym kierunku !

Okazało się, że nasz bohater w swojej naiwności myślał, że w tym zwierzyńcu, różnorakie i żywe kreatury, pozamykane są w klatkach niczym w zoo. Gdy zrozumiał, że to tylko wypchane kukły mutantów, nerwy mu puściły i zagotowała się w nim młodzieńcza krew. W tym samym czasie, inkwizytor przymierzał się do wypchania podarowanego tuszkana i z nożem zbliżał się do żyjątka. Wolnościowiec wrzasnął tak, jakby to jego samego ktoś chciał dziabnąć nożem i rzucił się z pięściami na wypychacza zwierząt !
Powinnościowcy potraktowali całą te sprawę, jak zamach na swojego inkwizytora.

No i kropnęli awanturnika bez żadnych ceregieli. Ale nasz wolnościowiec dopiął swego. Zamienił swoje życia, na wolność dla tuszkana, który umknął w czasie zamieszania. Na zakończenie należy dodać, że kiedy wolnościowiec rzucić się z pięściami na inkwizytora, ten pośliznął się i nożem przejechał po uchu tuszkana. Ludzie mówią, że widywali bezuchego mutancika. 
Dlatego jeżeli i ty spotkasz to stworzonko, zostaw je przy życiu, żeby dusza wolnościowego wybawcy, na tym świecie w spokoju i ukojeniu przebywała. 

 

Spoiler

584.jpg


 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×

Powiadomienie o plikach cookie

Używają strony akceptujesz regulamin Warunki użytkowania.

Społeczność
Discord