Jump to content

"Monolog dla Zielonego"


Czujny
 Share

Recommended Posts

Przyuważyłem, że macie tutaj dział na radosną twórczość, to skorzystam i wrzucę małą próbkę tego co trzymam w szufladzie. Z góry uprzedzam, że niektóre zabiegi stylistyczne są celowe, jak np pewna prostota wyrażania się, głównego bohatera.

Życzę miłej lektury i jednocześnie mam nadzieję, że nie zanudzę... :thumbsup:

=============================

"Grupa Zebrzyna"

Hej młody. Co się tak gapisz? No nie udawaj zielonego, przesz widzę, że od dobrej chwili drepczesz w tym samym miejscu i rzucasz na mnie okiem. Chcesz pogadać, tak? Oczywiście mogłem się tego spodziewać. Ledwo się człowiek pojawi żeby pchnąć Sidorowiczowi jakiś towar, a już młodzi go oblegają jakby miał im uchylić ze swojej czary mądrości ile tylko się da, he he he. No już nie pękaj tak, zielony. Tak Cię będę nazywał. Per Zielony. Chcesz posłuchać o naszej parszywej dwunastce. Skąd wiem? Pierwszy to Ty nie jesteś, nie schlebiaj sobie. Miast tak wybałuszać gały, rozumisz, to skocz no po jakąś przekąskę i coś wysokoprocentowego to może odkupisz ode mnie trochę czasu.

Było nas dwunastu. Całkiem spora ekipa. Zgrana do granic możliwości, wypróbowana rozumisz? Dzieląca smutki, gorycz porażki i słodycz zwycięstwa. Większość z nas poznała się odbywając służbę wojskową natomiast Luka i Pietia dołączyli do nas jako jedyni z rozbitej przez wojskowych grupy Zebrzyna. Grupa Zebrzyna? Nie słyszałeś? Coś ty. Nie rób sobie jaj. Nie warto o nich pytać, sami jajogłowi. Takie dzieciaki ledwo co po studiach, opętane manią eksplorowania i badania Zony. Połowa z tych gówniarzy marzyła o znalezieniu niesamowitych artefaktów i powrocie do kraju w blasku chwały i fleszy aparatów, rozumisz? Sam Zebrzyn, to inna śpiewka. Doświadczony skurczybyk. Spędził w Zonie chyba całe jedenaście lat. On wiedział co i jak. Nie wpieprzyłby się w to gówno, gdyby na starość nie chciało mu się bawić w Akademię Pana Kleksa. Nie słyszałeś o tym nic, a nic, prawda? Spodziewałem się, że okoliczni Ci co nieco mówili. Wiem, że lubą dokarmiać koty różnymi opowiastkami. Dobra. Opowiem Ci. W końcu, czemu nie?

Byliśmy wtedy nieopodal Kordonu, totalnie na luzie. Wracaliśmy drogą prosto z cmentarzyska. Łysy dźwigał w kufrze chyba ze trzy Ślimaki i dwa Błyskiączki. Nie wspomnę o masie sprzętu, znasz Łysego przesz to cholerna hiena, he he he. I wykmiń sobie. Idziemy normalnie jak ludzie drogą. W pewnym momencie Łysy przestał trajkotać i spojrzał się na mnie. Od razu skumałem o co mu idzie. Od strony posterunku dało się słyszeć odgłosy strzelaniny. W pierwszej chwili pomyśleliśmy, że to dwie grupy nowych się poprztykały o jakieś byle co w stylu jednej Meduzy. Myślę sobie, podbijemy od lewej, wiesz tam las rośnie dość gęsto i zlustrujem co gówniażeria porabia. Może utrzemy im nosa. Łysy się podjarał, bo wiesz już we łbie miał te swoje wizje zdobycia nowego sprzętu. Też mi coś. Widzisz, słyszałem wyraźnie jak naparzali z makarowów, więc nic wielkiego. Dostaniesz u Sidorowicza może z 70 rubli za sprawny egzemplarz. Ale, że Łysy łasy na kase... Swoją drogą czemu on Łysy, a nie Łasy? Włosy gnój przesz ma, a pęd na ruble, to niczym pies na sukę. He he he. No już młody, nie stękaj. Kontynuuję bez stresu.

W każdym bądź razie idziemy dalej zgodnie z planem. Doszliśmy do tych trzech skał co to leżą tuż przy płocie. Wyobraź sobie kurde, ja się wychylam, a tam wojskowi dają ostro w żółtodziobów. Niby nie nowość, nie? Wojskowi jak się schleją i zapuszczą aż do posterunku, to lepiej im w drogę nie włazić bo ci rozpieprzą łeb za samo pojawienie się na ich drodze. No ale słuchaj. Trepy rozłożone koło tych skał co przy powalonym drzewie były, wiesz jakieś piętnaście może dwadzieścia metrów dalej jest karuzela, nie? A młodziki skulone za szlabanem i wrakiem transportera. Dwóch może ostrzeliwało się, a reszta jak strusie w piachu. I nagle ja Ci patrzę, a tam się mój znajomy, Luka, do cholery kuli przy kole. W Zonie jak to w Zonie, możesz być za perymetrem świnią skończoną, ale tutaj nawet największa menda kumpla nie zostawi i zostawić nie powinna. Więc sam rozumisz, że nie mogłem tak na to patrzeć. Ciągnę Łysego za ramię, a ten wiesz, on rozpierduchę wprost ubóstwia. Już normalne widzę jak mu się z oczu iskry sypią i odbezpiecza kałasza. Więc mu mówię żeby obszedł ostrożnie od lewej sołdatów i pojechał im po nerkach serią, ale konkretnie, a ja mu wejdę w słowo z tej pozycji. Wiesz tutejsze trepy nie należą do bystrzaków. Liczyłem, że im nagle wróci zdrowy rozsądek i pokapują, że pojawili się inni interesanci. Łysy pełznie na pozycję, a ja się szykuję. Nagle ja Ci patrzę, a tu zza pojazdu wypada sam Zebrzyn. W łapie miał kałaszka z granatnikiem. Widzę wyraźnie, że krwawi z ramienia i nogi. Normalnie wmurowało mnie jak pociągnął serią po tamtych i wystrzelił granat. Problem w tym, że biedak trafił w skałę dobre siedem, osiem metrów dalej, a dwie sekundy później te wojskowe cioty odpowiedziały ogniem ze wszystkich luf. Na własne oczy widziałem śmierć jednego z najbardziej znanych i szanowanych Stalkerów. Zebrzyn został posiekany chyba kilkudziesięcioma kulami. Gdyby Łysy był na miejscu szybciej pewnie by do tego nie doszło, chociaż cholera wie. Parę sekund może minęło i usłyszałem jak Łysy ostrzelał trepów. Później zobaczyliśmy że trafił dwóch ze skutkiem śmiertelnym, he he he, a trzeciemu odstrzeliło nogę. Jakim cudem, nie wiem. Ale chuderlawy był, może dlatego. Jak tylko Łysy zagrał im walczyka, to ja ze swojej strony puściłem serią po zielonych łbach, które nagle się pojawiły nad skałą. Trepy pokminiły zgodnie z moimi przypuszczeniami, że są w ogniu krzyżowym i ktoś krzyknął "pułapka!" i "spieprzać należy". No i pognali. Łysy chyba poleciał za nimi jeszcze aż do Karuzeli i skosił dwóch, a reszcie się oberwało przekleństwami które Łysol wykrzyczał w momencie jak iglica uderzyła w pustą komorę.

Wróciłem szybko na pozycję koło posterunku i niestety tak jak się spodziewałem... Mówię Ci człowieku to była rzeźnia. Chyba sześcioro albo siedmioro z tych dzieciaków leżało rozstrzelanych. Luka siedział pod transporterem i płakał. Chyba płakał, twarz miał zakrytą rękami. Jego plecy tak jakoś dziwnie drżały... No i koniec końców zabraliśmy jego i jego kumpla Pietie razem z nami. Reszcie gówniarzy daliśmy parę rubli, kilka konserw i trochę wody, pokazaliśmy drogę i kazaliśmy wypieprzać z Zony. To nie miejsce dla takich. Wiesz podobno jeden z nich później wrócił. Nawet pokumał się z naukowcami. Pietia go pamiętał więc rozpoznał typa w Jantarze. Ale wiesz co najlepsze? Chwilę potem jak młody go rozpoznał musieliśmy gnoja posiekać na kawałki. Tak, zgadłeś. Zombie. Pieprzone Zombie. Jajogłowy pewnie go wykorzystał do badania pola psionicznego i biedak skończył nieciekawie. Ehh.

Wiesz co, wróć jutro. Może pogadamy dłużej. Co? Nie słyszysz świerszczy? Noc człowieku zapadła, idź lepiej do piwnicy. Ja i tak śpię przy ognisku, a dziś Wilk ma wartę więc można spokojnie pokimać. Idź już. Zjedz coś najpierw, napij się, wysraj. Nigdy nie wiadomo kiedy znowu dostąpisz tych przyjemności. Mimo wszystko gdybyś usłyszał hałasy lub inne dźwięki, to waruj przy ścianie z pukawką w dłoni. I nie pękaj. W Strefie da się żyć. Dobranoc

"Opuszczone Gospodarstwo"

No witaj Zielony! Jak się spało? Spałeś w ogóle czy też może całą noc spędziłeś pod kocem wytężając słuch, he he he. Nie przejmuj się, każdy świeżak przez pierwsze tygodnie tutaj pęka co noc. Że jak? Zielony nie gadaj głupot, ja tu już jestem całe siedem lat. Wiesz co to jest siedem lat? Wieczność jak dla mnie. Ni cholery nie wiem co się dzieje poza Strefą. A co do Twojego pytania to nie, nie boję się zamykać oczu nocą i spać, he he he. Toś mnie rozbawił młodziku. Tobie było ciężko zasnąć tutaj w Kordonie, kiedy dookoła pełno ludzi i doświadczonych stalkerów na warcie. A co byś powiedział na spanie w środku lasu, ciemnego jak tyłek czarnucha? Pełno wilgoci, zimno, zewsząd dobiegają różne odgłosy. Nawet nie wiesz co za chwilę może przemknąć obok Ciebie. Ślepy kundel, Snork albo w najgorszym razie zobaczysz te rozżarzone ślepia wpatrujące się w Ciebie. Tak tak! Pijawka młodziku. He he he. Boi się usnąć w Kordonie, dobre sobie. Wiesz co? To mi przypomina jedną historię, która miała miejsce właśnie tutaj i to też niedługo po mojej pierwszej nocy w Strefie. Skocz no tylko do Sidorowicza i wydęb trochę kiełbasy. Co? Nie, chleb mam. Gardło umoczyć też czym jest. No, skakaj. Jak wrócisz opowiem Ci najprawdziwszą historyjkę o duchach. Ha ha ha!

No. Jesteś wreszcie. Snorki Cię nie zjadły po drodze? Ha ha ha! W porządku. Siadaj na d**ie, zakąś i słuchaj. To było dokładnie tydzień po moim przybyciu do Strefy. Niedaleko stąd leży opuszczone gospodarstwo. Niecałe dziesięć minut na piechotę drogą w kierunku zawalonego mostu. Przed przystankiem skręcasz w prawo. Kojarzysz? Nie? Jeszcze tam nie byłeś? Idziesz dalej albo przez nieduży las ewentualnie prostą, ubitą dróżką, ale nie radzę. Ostatnio podobno pojawiła się tam anomalia grawitacyjna. Taaak. Widzisz ja też znam różne ciekawe naukowe słowa. Anomalia grawitacyjna, ha ha ha! Co takie oczy robisz? Stalkerzy to prości ludzie, ale nie bierz ich za przygłupów, dobra rada wujka. Co to ja przed chwilą mówiłem? Ah, no i więc idąc dalej trafisz na zrujnowane gospodarstwo. Trzy, cztery budynki obrócone w ruinę, stodoła, pełno walającego się syfu na ziemi i pieprzone wraki. Wiesz, ja to ciekawski byłem. Zaraz na drugi dzień chciałem wściubić nosa na placówkę trepów. Dobrze że Lont mnie przyłapał i opieprzył, pewnie nie siedziałbym dzisiaj tutaj gdyby nie on. Po jego kazaniu szybko sobie rozkminke zrobiłem, że skoro trepy siedzą na południu i nie wyłażą bez większej potrzeby no to może coś ciekawego znajdę na północy. I czujesz Ty nie? Wziąłem sprzedałem ostatni bandaż jaki miałem jakiemuś frajerowi co dał mi całe 300 rubli. Biegnę ja Ci do Sidorowicza i od progu krzyczę że chcę jakiegoś gnata do 300 rubli. Dziadunio tylko popatrzał na mnie i powiedział, że skoro chce tak młodo zginąć, to nie jego sprawa. Rzucił mi makraowa, dwa magazynki i mówi, że to na koszt firmy. Pomyślałem sobie, gitara normalnie. Skoro tak rewelacyjnie się rozpoczął dzień, to pewnie i dalej będę święcił triumfy. Wyszedłem z bunkra, złapałem po drodze mój plecak i zapakowałem do niego kilka przydatnych rzeczy. Wiesz takie tam, butelka wody, ze dwie konserwy, kawałek chleba, kilka szmatek zupełnie nie wiem po co, no i kawałek sznura. Nie miałem żadnej kabury ani niczego podobnego. Więc załadowałem magazynek nabojami i rach ciach, do spluwy go. Drugi magazynek wrzuciłem do kieszeni bluzy, a gnata do prawej w spodniach. Straszna prowizorka, nie? Nóż na szczęście miał mocowanie na pasek, a ja na szczęście miałem pasek, he he. Rozumisz, zawiązałem mocniej buty, nogawki weń włożyłem i po cichu podreptałem w stronę drogi. Musiałem się trochę pomotać żeby mnie Lont albo Piotr nie przydybali. Dostałbym opierdol jak się patrzy. Oni w miarę możliwości ganili młodzików, żeby nie szli za daleko w pierwsze swoje dni pobytu w Strefie. Ale ja to w gorącej wodzie kąpany więc myślę sobie albo teraz albo nigdy, czas na bogactwa. Wiesz Zielony, durny ja wtedy byłem, że strach. No ale idę ja Ci tą drogą cały czas na północ. Doszedłem po chwili do mostu. Tuż obok barak jakiś, dookoła pełno porozpieprzanych betonowych płyt, a pośrodku drogi rozkraczone autko. Całe pordzewiałe. Ja oczywiście jak to nowy. Zlustrowałem wnętrze auta, a potem wlazłem do baraku. Nie wiem czy głupi byłem czy co. Wiesz serio liczyłem, że coś tam znajdę, a tu wielkie gówno.

Słucham? Gospodarstwo? Rany, Zielony coś Ty taki niecierpliwy? Jakbym widział siebie sprzed kilku lat. Dobra, dobra. W końcu przeszedłem most i dotarłem do przystanku no i widzę że droga odbija na prawo. Se myślę co mi szkodzi kurcze. Nie mieliśmy wtedy jeszcze takich dobrych detektorów młody. Anomalie trzeba było na czuja brać. Dlatego Lont był taki upierdliwy dla nowicjuszy i nie pozwalał im samym wychodzić w pole. I słuchaj. Idę ja tą dróżką i nagle słyszę takie dziwne buczenie. Wiesz takie delikatne, niskie dźwięki. Zwolniłem i rozglądam się i nagle tuż przede mną dostrzegłem takie dziwne coś. Cholera wiesz, takie jakby załamanie powietrza. No nie wiem młody jak Ci to wytłumaczyć. To jest tak jakby pewna część powietrza falowała intensywniej od reszty, z tym że to nie było pieprzone powietrze tylko pierwsza anomalia z którą się zetknąłem. Powiem Ci, że jak byłem ciekaw tak szybko mi przeszła ochota na podziwianie tego. Słyszałeś coś niecoś o tym? To Trampolina. Niezłe gówno się dzieje jak na to wejdziesz. Wyzwala jakąś dziwną energię uderzeniową. Nagle po prostu dostajesz wielką piąchą w ryło albo klatę. Jak wpadniesz w sam środek, to możesz być pewien że dupa zbita.

I proszę ja Ciebie, obszedłem to coś z prawej strony, a następnie powoli i ostrożnie stawiając kroki idę dalej w stronę tych budynków. Wszedłem powoli na dziedziniec no i odpuściłem trochę tej ostrożności. Wiesz myślałem że oho, pewnie znajdę tu nieprzebrane skarby i w ogóle. A teraz słuchaj młody, najlepsze będzie. Ani się spostrzegłem jak zrobiło się ciemno. Mówię Ci jaka mnie kurwica dopadła wtedy jak rozkminiłem, że dookoła ciemno, latarki nie mam, po drodze anomalie, a na dodatek jakieś cholerstwo zaczęło całkiem niedaleko wyć. I to nie jak jakiś wilczek z lasu czy inne bydle. To wycie pamiętam do dzisiaj. Prawie zabrudziłem gacie. Nogi same mnie poniosły do najbliższego budynku. Wbiegłem na górę po schodach i cud, że się pode mną nie załamały, plecami oparłem się o przeciwległą ścianę. Pamiętam, że wyjąłem też pistolet i mocno zaciskałem na nim rękę. To pieprzone wycie nie ustawało. Jakby jakiegoś stwora polewali wrzątkiem, cięli żyletką i jednocześnie solili te rany. Mówię Ci młody, srałem po nogach równo, taki ze mnie stalker był. I wtedy tak ni z tego, ni z owego przypomniała mi się rozmowa, którą podsłuchałem pomiędzy Lontem i jednym stalkerem rzadko bywającym w Kordonie. Nie streszczę Ci jej ale uwierz, jak wtedy ją sobie przypomniałem, to gdybyś był w stanie mnie zobaczyć pewnie byś zwątpił. Tak zbielałem. Lont i ten drugi mówili o chłopakach od Waleriana. Gnoje bali się łazić do tego gospodarstwa bo już kilku twierdziło, że coś tam straszy i jakieś białe postacie przemykają między budynkami. Lont pewnie ciężko myślał bo dopiero po chwili coś tam zaczął sugerować czy to nie Poltery czasem ale ten drugi powiedział że nie, że chłopaki świrują, że białe zjawy i że... wycie. Przyznam Ci się, że już nigdy w Strefie nie bałem się tak jak tamtej nocy. Siedziałem w tej pozycji chyba z trzy bite godziny. I w pewnym momencie coś tak kurewsko głośno zawyło! Ledwo co powstrzymałem się od tego żeby po prostu wyskoczyć przez okno i spieprzać gdzie oczy poniosą! Czy to przez anomalie czy nie, serio miałem to w dupie. Chłopie siedzę ja tam przyparty do ściany, rękojeść od Makarowa prawie miażdżę, a to coś wyje i krzyczy! I nagle coś mi do uszu doleciało. Brzmiało jakby kroki. Wiesz, jakby ktoś po chodniku tupał buciorami. Zebrałem w sobie resztki godności, he he he, i podpełzłem do okna. Wychylam się najbardziej jak mogę i zdębiałem. Młody, kurde no nie uwierzysz jaka bajka. Wyobraź sobie. Na środku stoi koleś, w ręku trzyma butelkę Kozaka i wyje. Najnormalniej w świecie wyje. Zrobił pauzę, golnął sobie z gwinta porządnego łyka i dalej w najlepsze wyje. Patrzę dalej, a tam pod ścianą budynku czterech typów się męczy z przesunięciem takiego sporego bloku. Taki betonowy, rozumisz ? No i sapią, stękają i szurają tym draństwem po ziemi. Ale to nie wszystko. Jak już przesunęli tego kloca to jeden z nich odszedł kawałek, wyjął coś z plecaka i zaczął się rozbierać na środku dziedzińca. Myślę sobie, jacyś sekciarze popieprzeni. Wypatrzą mnie, dopadną i podetną gardło wykrzykując jakieś sekciarskie pierdoły.

Młody takie mnie zdziwienie dopadło, mówię Ci. Ten gość rozebrał się i schylił się po to coś co wyjął z plecaka. Patrzę, a ten rozsmarowuje sobie na ciele jakiś biały proszek czy cholera wie co to było. Jak już skończył się mazać, rzucił na ziemię to pudełeczko i pobiegł tuż przed wyjście na tę drogę w kierunku przystanku. Rozumisz. Ja nadal skulony musiałem się przetransportować do drugiego okna bo mnie ciekawość nieziemska zżerała odkryć co te świry wyprawiają. W końcu powoli doszedłem do tego okna, wyglądam na zewnątrz i widzę, że ten wymalowany biega między krzakami. Tak bez ładu i składu. Ha ha ha! Rozumiesz młody? Zjawy! Wycie? Zjawy? Kminisz już? Odczekałem na tym piętrze do rana. Tamci panowie zwinęli się tuż przed świtem, a mnie wręcz skręcało co by zobaczyć cóż takiego chowają pod tym betonowym blokiem. No i rozumisz wstaję, kości rozprostowałem, bolały jak cholera. Wychodzę przed budynek, rozglądam się ostrożnie. Pusto dookoła, cicho. Podszedłem do tego klocka. Tak łażę w kółko, myślę. Parę razy wczepiłem się weń paluchami, ale nic z tego. Nie dałem rady samemu. Co zrobiłem? No jedyne wyjście z sytuacji to wrócić do Kordonu i zdać relację Lontowi. On skrzyknął Piotra i Wańkę, no i całą czwórką ruszyliśmy po południu znowu w stronę gospodarstwa. I wiesz co? Nie oberwało mi się nic a nic od chłopaków. Nie mam pojęcia czemu. Że jak? Ha ha ha! Też Cię mierzi co tam było tak? No więc słuchaj. Doszliśmy na ten dziedziniec i pokazuję chłopakom, które to miejsce. Ściągnęli rękawiczki, splunęli w dłonie i zabrali się za przesuwanie tego cholerstwa. Ja patrzę, a tam dziura w ziemi spora, w środku skrzynia. Lont mnie tyrpnął i mówi żebym otworzył, że należy mi się i tylko mam być ostrożny. Otwieram ja Ci powoli to coś i uwierz mi młody, było jasno na dworze, popołudnie, słońce stało wysoko. A z tego kufra taki blask bił, aż normalnie oślepiał wszystkich. Lont wybałuszył gały, a reszta stała jak zahipnotyzowana. Co tam było? Artefakty Zielony, artefakty. Cała masa artefaktów. Bączki, Ślimaki, Skrzypce, Meduzy, Świecidełka nawet jeden Blask księżyca się znalazł! Oprócz tego w podzielonej przegrodzie skrzyni leżało kilka sztuk broni, trochę amunicji i jakieś łachy. Pokrwawione, dokładnie. Dobrze kombinujesz młody. Ci kolesie byli bandziorami. Napadali na stalkerów i okradali ich. Często taki stalker kończył gdzieś w piachu z kulą w głowie. Te mendy zabierały im nawet ubrania. I po prostu wszystko składowali tam, a historyjkę z nawiedzonym miejscem wymyślili na poczekaniu żeby odstraszyć innych. Koniec końców Lont posłał po większą ekipę i w nocy zaczaili się na tamtych. Myślałem że ich jakoś aresztują, wrzucą do piwnicy czy coś. He he. Oj głupi ja byłem, głupi i niedoświadczony. Tamtej nocy pierwszy raz w życiu zobaczyłem najprawdziwszą rzeź. Wystrzelali ich wszystkich jak kaczki. Lont powiedział mi "tak to już jest w Strefie". Przysługa dana, przysługa oddana. Z czasem nauczyłem się, że ten świat rządzi się swoimi prawami. Ty młody też się nauczysz.

Dobra wstawaj. Wystarczająco dużo czasu zmitrężyliśmy na te gadki przy ognisku. Wyrzuć butelki, a potem przyjdź pod cmentarzyk. Tak. Pomożesz mi pogrzebać jednego kota. Co zrobił? Ano nic nie zrobił. Stał tylko i pozwolił się podziurawić trepom. Idź już. Czeka nas sporo pracy. Może wieczorem przy Kozaku co nieco opowiem. Aha, weź od Wilka łopatę. Przeca nie będziemy ziemi łapskami rozgrzebywać jak jakieś Snorki czy inne bydło.

"Parszywa dwunastka"

Hej Zielony! Ciężki dzień co? Słyszałem, że po obiedzie polazłeś z Łysym pomóc przy naprawie podjazdu. Słucham? Ha ha ha! Młody nie jojcz. Co z tego, że inni też już wołają na Ciebie per Zielony? Uwierz mi za kilka dni kwestia jak na Ciebie wołają, to będzie Twoje najmniejsze zmartwienie. Masz imię? Naprawdę? Ha ha ha! Oj no spoko już, wyluzuj dzieciaku. Nikogo tutaj nie obchodzi Twoje imię. Większość ze stalkerów ma swoje ksywy na które w jakiś sposób zapracowali, albo po prostu sobie zasłużyli. Proszę ja Ciebie taki Wania Wichajster na ten przykład. Złota rączka, zawsze coś tam naprawia, skrobie, ulepsza. Dlaczego Wichajster? Bo nie umie nazwać żadnej rzeczy po imieniu. Dasz mu sprężynę, powie że to wichajster, dasz mu kurek wymontowany z gnata, powie że to wichajster w końcu dasz mu jelec i co? Tak! Brawo młody. Wichajster, a jakżeby inaczej. Ktoś inny? No niech będzie Profesor. Mądry człek. Oczytany, stonowany, zawsze mówi spokojnie i rzeczowo. A do prawdziwego profesora to mu daleko jak prostytutce do osiągnięcia śladowych ilości moralności. Ha ha ha! No i co z tego, że źle się kojarzy. Zielony, co Ty tak narzekasz? Wolałbyś żeby na Ciebie wołali jak na kilku chłopaków którzy byli u Waleriana ale wylecieli z hukiem? Nie słyszałeś. Oczywiście nie słyszałeś. Skąd miałeś słyszeć. Był sobie taki jeden, Krzywy na niego mówili bo łaził tak jakoś dziwnie. Coś z kręgosłupem miał. No i wysłali raz Krzywego razem z jakimiś chłopaczkami do takiej małej doliny na zachód stąd. Mieli wydostać jakąś skrzynie z bajorka i przytargać ją z powrotem. Po drodze wpadli na Snorka a Krzywy jako jedyny miał karabin. Zdaje się kałaszka. I miast pruć w bestię która z powodzeniem zaczęła masakrować jego kolegów z oddziału, ten biedak najpierw się rozpłakał, potem porzucił broń i uciekł do Waleriana. Żaden z walczących nie przeżył. A Krzywy ? Przez tydzień dostawał wpieprz od każdego na szlaku kto go rozpoznał. Zaczęli na niego wołać Tchórz, Uciekinier. W końcu nie wytrzymał. Uciekł po raz drugi. Potem Walerian dowiedział się że chłopak powiesił się tuż obok wejścia do Rostoku. Po dziś dzień jego truchło tam dynda, odstrasza innych.

Dobra, dość biadolenia. Zielony siadaj, wyjmuj wałówkę i gadaj o czym chcesz dzisiaj posłuchać. Aaa. No proszę, widzę że te legendy o naszej parszywej dwunastce nie dają Ci spokoju. Zgoda. Niech będzie ale wyjątkowo krótko, bo mnie spanko dopada co raz mocniej.

Tak jak mówiłem Ci wczoraj, większość z naszej grupy znała się już z wojska. Służyliśmy razem w jednostce pod Kijowem. Ot typowe trepy z nas były. Wiesz, nikt z nas nic specjalnego wcześniej nie umiał. Tam skąd pochodzę o dobrym wykształceniu i pracy możesz zapomnieć. Dlatego poszedłem do wojska. Identycznie było z resztą chłopaków. Pokumaliśmy się, trzymaliśmy się razem, dziadkom stawialiśmy jako taki opór jak przeginali. Ileż razy ja dostałem wpieprz, to nie zliczę, ale wojo to wojo. Szkołę dostałem i po wyjściu na pewno byłem twardszym sukinkotem, z taką różnicą że nadal nie umiałem nic poza strzelaniem i wojaczką. Wtedy właśnie Łysy wyjechał z całą Strefą. Wiesz, wtedy uważałem że to nieosiągalne miejsce tylko dla wybranych. Ale okazało się, że Łysy znał kogoś, kto znał kogoś co to potrzebował przeszkolonych kolesi do tego żeby za niego brudzili łapy. Podzwoniliśmy do reszty chłopaków i każdy z nich, bez wyjątku mówię Ci, był chętny. Umówionego dnia stawiliśmy się pod Wilczą i czekaliśmy jak te kołki do trzeciej w nocy. W końcu pojawiło się dwóch kolesi w towarzystwie trepa. Krótka gadka i okazało się, iż nasz dobroczyńca opłacił nasze wejście do Strefy, tak więc pierwszą robotę jaką nam nagrali robiliśmy za frajer, czujesz? Żeby spłacić należność. Psia jego mać! Tfu! Do dziś jak wspomnę tego zarobaczonego gnoja, Zdeba to mi się rzygać chce. Świnia była z niego. Dodam, że bogata świnia. Wysługiwał się kotami, takimi jak Ty czy ja wtedy. No i, proszę ja Ciebie, przetargali nas przez granicę, pogonili przez jakąś starą drogę. W końcu dotarliśmy do jakichś zabudowań. Wyglądało mi to na starą ubojnię świń. Sam Zdeb wyszedł ku nam i bez ceregieli zaczął nawijać. Że wisimy mu przysługę, że jak spieprzymy sprawę to każdy z nas skończy w anomalii i takie tam bzdety. Każdy z nas dostał po jakimś gnacie, kilka magazynków do podziału i trochę żarcia.

Zaraz potem wywieźli nas dalej drogą, poza most i wysadzili tuż przy jakimś budynku. Gość który nas wiózł dał instrukcję i powiedział co tam na nas może czekać, potem zaczął grozić tak samo jak Zdeb, że nam nogi z dupy powyrywa jak nie wykonamy zlecenia. Wiesz co wtedy zrobił Łysy? On zawsze narwany był, ale tego wieczora przeszedł samego siebie. W pewnym momencie po prostu podniósł obrzyna który mu się dostał w ubojni, wycelował w kierowcę i rozpieprzył mu głowę w drobny mak. Chłopie. Żebyś Ty widział konsternację na naszych twarzach! Łysy tylko wzruszył ramionami i powiedział że nie przyjechał do Strefy tylko po to żeby robić na jakiegoś pieprzonego warchoła. Po fakcie pierwszy ocknął się Borys, szybko przeszukał kierowcę, zabrał mu mapę, jakieś papiery, broń i trochę fantów z kamizelki. Później zatargaliśmy go za mur, a Łysy upuścił trochę benzyny z baku. Całkiem niezgorszo się paliło. Wiesz, przede wszystkim nie spękaliśmy. Mimo faktu, iż byliśmy w kompletnej dupie, to nadal myśleliśmy w miarę trzeźwo. Borys rozłożył mapę i zaczęliśmy rozkminiać gdzie się znajdujemy. Całe szczęście, że ten kretyn kierowca miał na niej pozaznaczane wszystkie ważniejsze lokacje w tej zafajdanej dolinie. W jednym miejscu było naskrobane mazakiem "koty". Nie wiadomo jak byłbyś głupi, na pewno pokapowałbyś o co chodziło. Tak samo i my zrozumieliśmy że jeśli mamy się udać gdziekolwiek to tylko tam. I tak trafiliśmy całą ekipą prosto w ręce Lonta, który akurat tej nocy był z chłopakami koło przejścia do doliny. Szkoda żeś nie widziałeś miny tego gościa jak nagle na drodze stanęło mu dziesięciu chłopa. Jakiś czas później powiedział mi, że tej nocy wziął nas za bandziorów i ledwo co nie doszło do czegoś poważniejszego. He. Jak widzisz młody wszystko jednak poszło gładko. Przetransportowali nas do Kordonu, wysłuchali, napoili, nakarmili a później kazali siedzieć w piwnicach a sami rozkminiali co z nami zrobić. A co ze Zdebem tak? No cóż młody, wdepnęliśmy wtedy w niezłe gówno i niedługo potem przyszedł czas że trzeba było wyczyścić buty, rozumisz?

Leć spać człowieku. To już nie na dzisiaj gadka. Słucham? Przecież mówiłem wcześniej. Dzisiaj nie będę Ci bajkować pół nocy. Zielony ja też spać muszę, jestem człowiekiem, nie mutantem. Spadaj. Kiedy indziej Ci opowiem o Zdebie i jego bajzlu. Dobranoc chłopie.

"Zona jakiej nie znasz"

Czołem Młody. Kopę czasu się nie widzieliśmy. Jak było? No wiesz, jak to na typowym wypadzie w głąb Strefy. Tym raczej było raczej spokojnie. Dziękować Bogu, wszyscy wróciliśmy w jednym kawałku i to z całkiem niezłym łupem. Czekaj zerknę do plecaka. No jeszcze nie byłem u Sidorowicza więc mam towar przy sobie. Hmmm. Dwie Baterie, dwa Ślimaki, jeden Blask księżyca, trzy Patyki i jeden Kolec. Nawet nieźle co nie Zielony, he he he. Proszę, trzymaj. Tak to dla Ciebie. No co robisz takie gały. W życiu nie miałeś jakiegoś swojego artefaktu pewnie co? Weź ten. Nie jest dużo wart bo jego właściwości są raczej kiepawe, ale jak na początkującego stalkera to wystarczy. Powiedzmy, że przyda Ci się jak wódeczki braknie. A teraz siadaj tu, wyjmuj procenty, a ja skoczę do Sidorowicza, pchnę kilka rzeczy i wracam. Opowiem Ci o Zonie.

Kordon znasz. Niedokładnie zapewne, bo chyba nigdy nie byłeś dalej niż posterunek pod mostem. Zaraz za tym posterunkiem droga ciągnie się cały czas prosto, na północ. Po lewej stronie znajduje się to co zostało z meliny Waleriana. Kiedyś to była główna baza wolnych stalkerów. Zlatywali się tam wszyscy, prawie jak muchy do gówna. Wiesz. Ognisko wesoło trzaskające pośrodku, baza otoczona fragmentami betonowego muru, ciężarówkami i tym podobnym szajsem. Oprócz tego dach nad głową, miska gorącego gulaszu i jeden darmowy kieliszek wódki dla strudzonego wędrowca. Mogłeś się wyspać, odpocząć, pogawędzić z chłopakami. Wymienić fantami, kupić coś, a nawet dać Szewcowi swoje zniszczone graty, które za małą opłatą przywrócił jako tako do stanu używalności. Wiesz można śmiało powiedzieć, że to był taki nasz mały raj w Zonie. Owszem zdarzało się też co nieco. Niedaleko od bazy pojawiały się watahy ślepych psów, tych pieprzonych zmutowanych dzików i świń. Kilka razy pojawiły się pojedyńcze snorki. Ale i tak było w miarę spokojnie. No może poza tym okresem kiedy bandziory odbiły dla siebie północny posterunek i stamtąd dwa razy urządzili większy wypad w kierunku Waleriana i chłopaków. Chyba nie muszę nadmieniać, że zawsze wracali z paroma kulkami w dupie? He he he. No i jeszcze ten moment kiedy trepy zaczęły nadawać nasze ruchy bandziorom. Dogadali się z nimi i mieliśmy nieźle przesrane na dwa fronty. Pamiętam że Walerian zatrudnił jakiegoś najemnika którego polecał mu Sidorowicz. Ten koleś załatwił całą sprawę raz-dwa. Powaga. Sołdaty pokapowali się, że ktoś nowy daje im ze wszystkich luf po plecach szybciej niż zdążysz powiedzieć „Snorkmnieugryzłwdupę”. Od tego momentu przycichli i nie wyściubiają nosa poza placówkę dalej niż na 20 metrów. Wiesz to w pewnym sensie czyni Kordon cholernie nudnym miejscem. Ani tu nie nabędziesz doświadczenia, ani nie znajdziesz lepszych artefaktów, nie zapoznasz się dokładnie z fauną i florą Zony. Jedyny plus to fakt, iż jednak masz jakieś tyły na które możesz spieprzać jak zrobi się gorąco. No może jeszcze prócz tych żałosnych mutantów jest jedno zagrożenie. Jak będziesz kiedyś w polu i usłyszysz helikopter to padaj na pysk i waruj przy glebie dopóki nie ucichnie. Wojskowi piloci lubią kosić z tych swoich maszynek do mielenia mięsa. Jak zobaczą jakiegoś biednego stalkera który próbuje dobiec do zabudowań lub skryć się pod którymś z mostów to walą do niego jak opętani. Ileż to razy znajdowało się młodzików podziurawionych jak sito. Kiedyś kilku chłopaków postanowiło zrobić zrzutkę i wybrali się aż do Agropromu, kupić od Powinnościowców wyrzutnię RPG-7. Mieli też kilka artefaktów na wymianę. Na co? No na pociski młody. Poszli, wymienili, wszystko przebiegło gładko i sprawie. Później spędzili noc u Oresta a na drugi dzień ruszyli przez południowo wschodnie przejście. Nigdy nie wrócili do bazy. Znaleźliśmy potem ich ścierwo. Objedzone prawie do kości. Wpadli prosto na legowisko nibypsów. Mieli tylko swoje nędzne makarowy i tą pieprzoną wyrzutnię. Nie mogli się obronić. A wojsko jak latało tak lata.

Co jeszcze wiem o Kordonie? Tak jak mówię unikaj otwartych przestrzeni i uważaj na watahy kundli. I jeszcze jedno Zielony. Nie pchaj się nigdy przez tę dziurę pod nasypem kolejowym. Tak, tę samą na lewo od posterunku. Widzę, że słyszałeś już o niej. To jedyne takie miejsce w całej cholernej Strefie. Elektro które się tam pojawi jest niewykrywane przez detektory. Nie zobaczysz go, nie usłyszysz, a i rzucenie muterki nie zawsze zda egzamin. Bo to bydlę jest takie dziwne Trzeba mieć szczęście i trafić w sam środek. Wtedy się aktywuje. Daruj sobie łażenie tamtędy. Średnio co kilka dni trzeba się tam wybierać i wyciągać przy pomocy haków ciała kolejnych gości którzy sobie chcieli skrócić drogę do wysypiska. Skrócili sobie, oj skrócili. Ehhh. Słucham? Aaa, Wysypisko młody to już inna śpiewka. Można powiedzieć że w porównaniu do innych miejsc, to Wysypisko jest też spokojne. Ale niech Cię nie zwiedzie ten pozorny spokój na posterunkach. Im głębiej tym bardziej przesrane. Argumentem który najbardziej przemawia za tym, że tam niebezpieczne miejsce, to świadomość że bandziory zainstalowały się tam w tej starej lokomotywowni. Tak. Mają tam swoją melinę. Urzędują tam dzień i noc. A kolesie swego czasu mieli swoje macki prawie nad całym wysypiskiem. Pamiętam jak kilku naszych było więźniami w obozie koncentracyjnym. Co to takiego? Nazywaliśmy tak to radioaktywne cmentarzysko. Te gnoje zapędzali tam stalkerów żeby kopali tam w czasach tzw „Gorączki Złota”. To było wtedy kiedy jakiś cwaniak natrafił na stare składy zakopanego radzieckiego sprzętu. Mówię Ci. Wszyscy tam się pchali niezależnie od tego jakie opowieści krążyły w eterze. Oprócz bandziorów, to i paru „szczęściarzy” trafiło na mięsacze, psy, snorki a nawet na pijawkę. Ha ha ha! Pamiętam te panikę jak ktoś puścił plotę, że po wysypisku biega pijawka. Paru chłopaków z Pchlego Targu tylko pukało się w głowę. Przestali jak pewnego ranka znaleźli dwóch bandziorów i jednego stalkera, wyssanych do sucha. Wiesz to był chyba jeden, jedyny raz jak Joga przysłał do Dzikiego kolesi z propozycją wspólnego załatwienia problemu. Ta sytuacja dawała im obu po kieszeniach i to mocno. No i załatwili problem. Tuż obok lasu który skrywa ścieżkę do Doliny Mroku ekipa natknęła się na tego pieprzonego wampira. Ładowali do niego ze wszystkich luf. Wpompowali w gnoja tyle ołowiu co starczyłoby na kilkanaście sztuk osłon przeciwatomowych. Serio, nie robię jaj. No i koniec końców utłukli bestię ale sami też zaliczyli kilka wtop w drużynie. Problem zaczął się chwile później. Jeden z bandziorów podszedł do skasowanego stalkera i zaczął zbierać z niego fanty. Kumple zabitego zobaczyli to i doskoczyli do gościa. Wywiązała się pyskówka, potem szarpanina i w końcu padł pierwszy strzał. Pamiętasz taki stary film „Wściekłe Wilki”, a może to były „Wściekłe Psy”. Nie pamiętam. Taki popularny gangsterski film z lat 90 ubiegłego wieku. Tam była taka scena w czasie której miłośnicy kina dostawali zbiorowego orgazmu. Kilku twardzieli stoi w kółku, mierzą do siebie z pistoletów i pyskują jak przekupki na rynku. W pewnym momencie wszyscy naciskają spust. BAM! BAM! BAM! I napisy końcowe.

Dokładnie tak samo wyglądała ta sprzeczka między stalkerami a bandytami. Oczywiście wiadomo, że to jeszcze bardziej popsuło atmosferę na wysypisku. Z resztą frajerzy z kryminału to nie jedyny powód dla którego uważa się wysypisko za dobre miejsce testowania nowych. Trafisz tam chłopie niekiedy na konkretne skupiska anomalii. A jak i anomalii sporo, to i artefakty aż się same rwą do plecaka. He he he. Dobra Zielony, ja się zbierać będę. Odespać kapkę muszę te ostatnie dni. Spoko za jakiś czas opowiem Ci o innych miejscach wartych odwiedzenia. Ha ha ha! Gdzie byłem? Słuchaj stary ja byłem prawie wszędzie. Nawet raz dotarliśmy do tej autostrady, która prowadziła do samej Prypeci. Ale nie wspominam tego raczej miło. Dobra nie nudź już. Jeszcze znajdzie się czas na inne opowiastki. Ty lepiej ucz się teraz jak właściwie wykorzystać ten artefakt. To tymczasem młody.

"Artefakt doskonały"

Proszę, proszę. Kogo to moje piękne oczy widzą!? Witaj kolego. Dobrze słyszałeś. Czemu tak znowu wybałuszasz oczy zupełnie jak przy naszym pierwszym spotkaniu? Zielony? Nie kolego. Ty już nie jesteś zielony. Prawie pół roku w strefie i ciągle żyjesz. Nie siedzisz na dupie wśród kotów tylko śmigasz. Skąd wiem? Czyżbyś zapomniał młody, że ja wszystko wiem? He he he! Pamiętasz jak tu dreptałeś w miejscu czając się na sposobność pogadania ze mną? No widzisz. Nie będę Ci wstawiał jakichś horoskopowych pierdół, ale wtedy coś mnie tak pizgało, takie jakby proszę ja Ciebie, przeczucie, że jesteś jeden z tych kotów co to mimo mleka pod nosem dadzą sobie radę. Z resztą na cholerę strzępię jęzor. Jesteś, żyjesz i gitara. Słucham? Pytasz co u mnie? Zważywszy na to, że my tu w strefie prowadzimy dość aktywny tryb życia to trochę się działo. No na co czekasz? Wyjmuj Kozaczka i klapnij sobie przy ognisku. Znam ten Twój blask w oczach. Czekasz na kolejne opowiastki, ale założę się, że sam masz już wiele do opowiadania. Kotów ci u nas dostatek.

Ahh. Nie ma to jak porządny łyk dobrej wódki, co nie kolego? Czasami są takie chwile kiedy człowiek kuli się po ryj w błocie wypatrując kolejnej Pijawy, słońce przypieka jak jasna cholera, a plecak dodatkowo łupie po plecach jak jakaś włócznia. Żebyś Ty wiedział jak mi wtedy tęskno za mały łyczkiem Kozaka. Z resztą nie tylko ja taki łasy na procenty jestem. Trzy czwarte stalkerów to tak okrutne moczymordy, że w życiu byś nie pomyślał.

Był taki jeden. Z Polski pochodził. Mirek go wołali. Mirosław. Może i Mirek, ale ksywę to on miał, proszę ja Ciebie, Dromader. Co? Nie no kolego, ja sobie doskonale zdaję sprawę z tego, że to niepoprawne. Co Ty sobie myślisz, że jak ja prosty stalker co lubi oglądać dno kieliszka za często to już w tej łepetynie się trochę inteligencji tlić nie może? Nie przerywaj. Mirek… Dromader znaczy się, był wyjątkowym stalkerem. Od momentu jak tylko pojawił się w Kordonie nie mógł usiedzieć na tyłku. Z tego co opowiadał Wołodia to koleś od razu za kasę przytarganą z zewnętrznego świata zakupił u Sidorowicza rozklekotaną Peemkę, jakieś bandaże, antyseptyki, trochę wody i starą, połataną kurtkę, bo bidul był. W swetrze samym pomykał. Kolejne dni spędzał na wypadach co raz dalej i dalej. Podczas gdy niektóre koty będąc tu jeszcze trzeci czy czwarty dzień nadal płaszczą zadki koło chaty Wilka, on dotarł samodzielnie do Waleriana, sprzedał jakiś znaleźny szmelc, dokupił wody i medykamentów, a później ruszył w kierunku zachodniego przejścia do Wysypiska. Jeden z wartowników mówił, że Walerian osobiście kazał za tym łebkiem wysłać dwóch chłopaków, żeby mieli go na oku i ewentualnie sprowadzili z powrotem. Chuj wielki z tego wyszedł bo młody zgubił tych kozaków i rozpłynął się nieopodal tego małego wąwozu. Ci, którzy łebka zapamiętali postawili już na nim krzyżyk, a ten ni z tego, ni z owego pojawił się u Sidorowicza. Ba! Żeby tylko się pojawił. Szczyl przytargał ze sobą siedem artefaktów! Czujesz bluesa kolego? Siedem pieprzonych artefaktów. Niektórzy ze starszych wyjadaczy prychają co prawda, że nic specjalnego. Dwie Meduzy, Świecidełko i inne małe bzdety, ale nie o to się tu rozchodziło. Przeszedłem się wtedy do Wala i spytałem czy wie o tej akcji. Odparł, iż wie i też w głowę zachodzi skąd ten mały, niedoświadczony szczyl zgarnął tyle za pierwszym podejściem w głąb Zony no i, kolego, jakim cudem przeżył? Podyskutowaliśmy trochę i postanowiło się, że trzeba Mirosława wybadać. Co prawda żaden z kotów nie nadawał się na przyjaciela bo sami roztrzęsieni i bojaźliwi, a z kolei my to za stare wygi byliśmy. Ale koniec końców zagraliśmy w otwarte karty. Znalazłem Mirka dwa dni później jak wracał z Wysypiska targając na plecach worek ze znaleźnym sprzętem. Zagadnąłem go, spytałem czy mnie poznaje i czy wie kto to jest Walerian. Chłopek nie w ciemię bity był. Okazało się, że zna nas wszystkich dość dobrze. No w każdym bądź razie, na tyle na ile dało się nas poznać z różnych opowiastek, które krążą tam i ówdzie. Zapytałem wprost czy nie pójdzie ze mną bo ja i moi koledzy chcemy się dowiedzieć paru rzeczy o nim. Trochę nieufny był, co w sumie dobrze o nim świadczyło, ale powlókł się za mną grzecznie.

Dotarliśmy do Waleriana akurat jak zaczęło się ściemniać. Na stół powędrowała butelka Kozaka. Taak. Powiem Ci kolego, że w ten sposób nieopatrznie popełniliśmy jeden z największych błędów. Pytasz jaki? Widzisz. Mirek młodzikiem nie był, ale wódki to on w życiu nie próbował. A jak już spróbował naszego Kozaczka. W jednej chwili rzeczowo odpowiadał na pytania dotyczące tego jak przetrwał tyle czasu sam w dziczy i skąd ma te artefakty, ale w kolejnej łypał tylko okiem na butelkę. A z niej ubywało, oj ubywało i to w piorunującym tempie. Do północy na stole stała już cała cholerna bateria Kozaków a ten nadal trzymał fason. Waleriana nawet to bawić zaczęło, co było też ewenementem na skalę światową, bo on wiecznie jakiś taki zgaszony chodził.

Nie, Mirek nie okazał się być czarodziejem, he he he. Wiesz u nas się mówi o takich że urodzeni pod szczęśliwą gwiazdą. Chłopak był zdeterminowany i wiedział czego chce, a to już połowa sukcesu. Czemu tu trafił? No owszem, opowiedział nam to. Podobno w jego kraju ścigało go wojsko za, czekaj jak on to mówił? Niedopełnienie obowiązku wobec ojczyzny? Chyba tak. W każdym bądź razie zapewniał, że tam jest gorąco i wolał Strefę a nie pierdel. W sumie nie dziwiłem się chłopakowi, ale z drugiej strony żeby wybierać między pierdlem a Zoną? To tak jakbyś wybierał między młotem a kowadłem. Mniejsza o to. Miał silną wolę i chciał coś tutaj osiągnąć. Wiesz, w pewnym momencie można go było stawiać za wzór dla innych kotów. Zorganizowany, zaradny, skuteczny. Miał też w sobie sporo szacunku do życia drugiego człowieka. Sam widziałem jak raz odpuścił bandziorowi, którego chwilę wcześniej własnoręcznie rozbroił. Nie uwierzyłbyś jaką minę miał ten przydupas Jogi, ha ha ha! Niestety pewna rzecz odcisnęła na nim małe piętno. Dokładnie tak przyjacielu. Kozak. Mirek co raz więcej kasy przepuszczał na Kozaka. Owszem, chodził na wypady dalej. Zawsze sam jak ten palec i zawsze wracał bez ani jednej ryski. I artefakty znosił też w sporych ilościach. Ogólnie stalker z niego rósł, jak się patrzy. Tylko te butelki po wódce, które codziennie rano zrzucał ze swojego posłania mówiły mi, że z chłopakiem niedobrze się dzieje.

Inni stalkerzy podeszli do tego raczej z rozbawieniem. Nadali mu prędko ksywę Dromader, a on nawet nie zaprotestował. Mirek zawsze był chętny, żeby postawić kolejkę, a nawet całą skrzynkę wódy. Znalazł sobie kilkunastu kompanów i czasami urządzali takie harce, że nawet wojskowi rezygnowali ze sprawdzania kto tak rozrabia. Szczerze mówiąc to Dromader z chłopakami robili taki burdel że głowa puchła. Na porządku dziennym były przyjacielskie mordobicia, strzelanie w powietrze czy tam do jakichś butelek, bijatyki uskuteczniane ze sztachetami w rękach czy też próby upolowania Mięsacza gołymi rękami. Raz Wilk przyłapał ich jak napruci w trzy dupy wybierali się do Jogi z granatami i nożami. Mirek był w stanie tylko wybełkotać, że... "idą na przyjacielską konwersację". Wilk się wpienił, nawrzeszczał, co by pogrozić spluwę odbezpieczył, granaty zabrał, a resztę zagonił kopami do piwnic żeby trzeźwieli. Ten obraz trochę zmącił nam w głowie, bo przecież Mirek znany był z tego, że niepotrzebnie przemocy nie używał. Uzgodniliśmy z Sidorowiczem wtenczas, żeby odciąć młodego od dostaw Kozaka. Ni cholery nie zdało to egzaminu. Dromader się pokapował, że Sidorowicz mu nie sprzeda to zaczął, rozumisz, naciągać innych chłopaków, żeby mu nabyli trunek. I nie było mocnego na Dromadera. Pił na umór. Po dwóch miesiącach ustawicznego balangowania zaczął dostawać delirki. W nocy bredził coś o niespotykanych artefaktach, o polach artefaktów, które spełniają życzenia, o jaskini, z której dochodzi fioletowy blask zbawienia i prawdziwego szczęścia dla człowieka. Chłopie, ileśmy się natrudzili, żeby go wyrwać z tego stanu. Łebmajstra się sprowadziło, a ten to wiesz konował jak się patrzy. Jakieś tam flakoniki powyjmował i zaczął chłopaka poić i kombinować. W końcu, bodajże po tygodniu Mirek zaczął wracać do siebie. Jak już wytrzeźwiał na dobre odbyliśmy z nim poważną pogadankę. Ja, Walerian, Wilk i Szarak. Obiecał poprawę, stwierdził, że nie weźmie już alkoholu do ust, że brzydzi się tym szajsem i takie tam. Nie wiem czego mu Łebmajster nalewał do gardła, ale jakiś skutek to odniosło.

Co ciekawe, Mirek dotrzymał obietnic. Mijały już trzy miesiące odkąd przestał drinkować. Wilk rozgłosił wśród kotów i kumatych, że jak którykolwiek da Dromaderowi choćby kroplę wódki to skończy z Kolcem w tyłku. Miruś się trzymał dzielnie. Zaczął częściej chodzić na wypady. Znowu przynosił artefakty, proste bo proste, ale miał za to stały dopływ gotówki. Wiele razy poratował niektórych chłopaków jak brakowało im kasy. Kiedyś widziałem go jak kupował dwóm wystraszonym kotom spluwy, ubrania i leki. Wiedział co znaczy być pierwszakiem. Wydawało się, że wszystko jest git, no nie? Otóż nie. Po jakimś czasie przywlókł się do mnie jeden z kotów i poprosił o chwilę czasu. Przysiedliśmy pod zardzewiałą ciężarówką no i mówię mu, żeby zrzucił ciężar z serca. Łebek opowiedział mi jak to w nocy słyszy Dromadera nadającego przez sen. Podobno nadal bredził coś o jakiejś jaskini i tym fioletowym świetle. Musiałem sam to obadać. Podkradłem się jednej nocy nieopodal jego wyrka i nasłuchuję. Faktycznie. Ten kot miał rację.

Nie mówiłem nic Walerianowi. Postanowiłem sam wybadać chłopaka i pewnego razu poszedłem za nim. Akurat wybierał się na kolejny ze swoich wypadów. Szliśmy tak dobre pół dnia. Dromader zapędzał się w takie miejsca, o których nawet ja czy inne wygi nie wiedzieliśmy. Podążanie za nim okazało się być wyzwaniem na miarę wyprawy do samego reaktora. Pakował się prosto na jakieś pola anomalii. Dookoła szalały cholerne Elektro, na ziemi leżały Galarety, a raz przeciskałem się za nim niecałe piętnaście metrów od cholernego Wiru! Raz wpadł prosto w stado Snorków. Mówię Ci kolego byłem zlany potem jak panna młoda w noc poślubną. Myślałem, że zaraz przyjdzie mi skoczyć prosto w to stado bestii z nożem ręce, ale gdzie tam! Mirek jak opętany rozprawiał się po kolei z każdą z nich. Przyznam, że mnie samemu ciarki po plecach przebiegły jak zobaczyłem tę jego twarz... dziwnie spokojną, a Snorki szlachtował nożem jak jakiś cholerny rzeźnik. Nie chcę z niego robić bohatera, ale naprawdę emanował wtedy jakąś nadludzką siłą.

W końcu zabił wszystkie bestie i poszedł dalej. Niedobrze mi się robiło kiedy przechodziłem przez to pobojowisko. Wszędzie walały się kawałki wnętrzności, kamienie i trawa zachlapane krwią a dookoła unosił się niezbyt miły dla nosa smród niestrawionego żarcia z żołądków Snorków. Mus to mus. Polazłem dalej.

Niecałe pół godziny później dotarliśmy do małej jaskini. Od razu mnie coś tknęło. W końcu bredził o tych swoich jaskiniach w snach. Obserwowałem go z odległości może niecałych czterdziestu metrów. Mirek wyjął z plecaka saperkę i zaczął kopać pod drzewem, które rosło obok. Po chwili wykopał jakieś zawiniątko, odpakował i zobaczyłem, że trzyma w rękach kilof. Następnie wszedł, proszę ja Ciebie, nieco głębiej w tę jaskinię i za chwilę usłyszałem jak napierdziala tym kilofem w skałę. Podpełzłem bliżej i zajrzałem do środka. Dobra chwila minęła jak zobaczyłem go w tej ciemności. Naparzał w te skały jak oszalały, a one kruszyły się jakby były ze szkła. W pewnej chwili coś głucho tąpnęło i cała konstrukcja poszła w pizdu! Pomyślałem, że już po nim i skoczyłem szybko, żeby odkopać chłopaka. Kolego nie uwierzysz nawet jakie było moje zdziwienie. W całym korytarzu nie było ani grama gruzu, a przede mną rozpościerało się takie jakby wejście w głębsze partie tej jaskini. Chwilę pokręciłem się zdezorientowany na pięcie, bo ni cholery nie wiedziałem co robić. Myślałem sobie, gdzie jest ten pieprzony gruz? O co chodzi, przecież przed chwilą chłopak naparzał w ścianę jak zawodowy górnik i wszystko zawaliło mu się na głowę, a teraz? Chciałem się odwrócić i po prostu wracać do Kordonu, ale jak to u rasowego stalkera, ciekawość zwyciężyła. Chwyciłem się za broń nieco mocniej i ruszyłem przed siebie. Im dalej szedłem tym bardziej ogarniał mnie strach, bo dookoła wszystko było obleczone fioletową poświatą. Identycznie jak w snach tego kolesia. Ale nic to. Postanowiłem, że dowiem o co się rozchodzi albo zginę. Byłem pewien, że kroiła się niezła afera. No i dotarłem na sam koniec.

Wiesz, to była taka mała salka. Powiedzmy coś wielkości połowy takiej typowej sali gimnastycznej. Dość wysoka. Jej sufit był tak odległy, że ledwo co można było go dostrzec, ale nie ginął w cieniu, bo tak samo jak reszta ścian jarzył się lekkim fioletowym światłem. Z niższych partii ścian wyrastały takie dziwne, kolorowe kryształy. Rozumisz zupełnie jak w tych głupawych historyjkach fantastycznych o posępnej królowej, tabunach krasnoludków i rycerzach polujących na smoczyce czy tam smoki. Powierzchnia była bardzo delikatna, nigdzie nie było żadnych chropowatych miejsc. Wszystko takie wymuskane i gładkie. Rzuciłem okiem gdzie podział się Mirek i zobaczyłem go jak leży na środku sali i trzyma coś kurczowo. Trochę niepewnie podszedłem bliżej, a im bliżej byłem tym bardziej cały fiolet połyskujący tutaj zaczynał pulsować. W pewnej chwili zaczęła mnie co raz mocniej i mocniej piec głowa. Nie boleć, piec. Tak jakby ktoś położył Ci na głowie ledwo co wyparzone prześcieradło. Ale nie poczułem się nawet zbytnio zaniepokojony wiesz? Ta jaskinia i to co tam pulsowało wpływało na mnie wyjątkowo kojąco. Zacząłem walczyć sam ze sobą, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli ulegnę temu, to już stąd chyba nie wyjdę. Powoli, ostrożnie stawiając kroki zbliżałem się do Mirka. Po chwili stanąłem nad nim i przyjrzałem się tej rzeczy, którą trzymał przy sobie. Co ciekawe, on trzymał ją przytkniętą do ust i ssał. Nie kłamię przyjacielu, on ją ssał jak małe dziecko maminego cyca. Ta rzecz? Jakby Ci to opisać. Wielka jak ludzka głowa, niesymetryczna z postrzępionymi brzegami, a jednocześnie równa i gładka. Pulsowała tym przyjemnym i ciepłym fioletem najmocniej ze wszystkiego. Prawie widziałem swoje odbicie w tym czymś. Jednak najbardziej przeraziło mnie to, że za mną w pewnym momencie zobaczyłem twarz mojej babci, Panie świeć nad jej duszą. Skoczyłem wtedy jak oparzony. Nagły przypływ sił przydał się. Chwyciłem Mirka za ramię i potrząsnąłem energicznie. Raz, drugi, trzeci. Nic nie dało. Na dodatek poczułem od niego alkohol. No i wiesz, wtedy rozkminiłem, że trzeba by obadać co to za szajs tak łapczywie spija z tego kamulca. Przejechałem palcem a potem wsadziłem go sobie do gęby. Tak. Dobrze kombinujesz. Tak, ja wiem, że to dziwne w cholerę! Z tego pieprzonego czegoś sączył się najprawdziwszy alkohol! Czysty spiryt przyjacielu! Stanąłem jak wryty. Przejechałem palcem jeszcze raz, ale tym razem nie poczułem nic innego jak tylko wodę. Zwykłą wodę! Zerknąłem jeszcze raz na powierzchnię kamienia i znowu zobaczyłem jak zza moich pleców wyłania się babuszka.

Bystry to ja może nie jestem, ale pojąłem szybko co to oznaczało. Kopnięciem wytrąciłem Mirkowi to coś z rąk, podniosłem go za fraki, zarzuciłem sobie na plecy i pociągnąłem za sobą w kierunku wyjścia. Nie uwierzyłbyś jak wtedy cała sala wariowała i dosłownie mieniła się kolorami! Fiolet, róż, jaskrawa biel, czerwień. Dokoła nas wirowały szare cienie, niebieskie błyski, zielone ogniki. Pod sufitem wiły się żółte języki ognia, a pęknięcia w ścianach skrzyły się wściekle pomarańczowo. Te wszystkie kolory widziałem nawet jak zamknąłem oczy! Wdzierały się prosto w czaszkę i nie dawały spokoju. Przez chwilę wydawało mi się, że ktoś igra z moimi myślami, bo niespodziewanie ogarnęła mnie ochota powrotu tam i szukania artefaktów. Czułem, że znajdę tam niewyobrażalne bogactwo, tony artefaktów, a przede wszystkim spełnienie marzeń!

W końcu wydostałem się z tego kolorowego piekła. Sam ledwo żywy, z napieprzającą wściekle głową wyciągnąłem ze sobą nieprzytomnego Mirka. Nawiasem mówiąc był zalany w trzy dupy. Ostatkiem sił wysłałem sygnał S.O.S. do Waleriana i kilka godzin później zwaliła się nam na głowy cała ekspedycja ratunkowa.

Obudziłem się kilka dni później w Kordonie. Sam Sidorowicz siedział przy moim wyrku i natychmiast zaczął wypytywać co się stało. Walerian posłał wcześniej po Sacharowa i teraz wszyscy wpatrywali się we mnie oczekując co powiem. No i opowiedziałem. Nawet Sacharow kręcił głową z niedowierzaniem.

Co to było pytasz? Przyjacielu. To była demonstracja możliwości Zony. Tydzień później wróciliśmy w to samo miejsce a po jaskini nie został nawet ślad. Słyszałeś już na pewno te historyjki powtarzane między kotami o niewyobrażalnie wielkim monolicie spełniającym życzenia, który znajduje się gdzieś w centrum Strefy? Sacharow odmówił postawienia jakiejkolwiek diagnozy. W sumie to każdy z nas milczał, ale każdy też wiedział swoje. Według mnie to, co odkrył Mirek okazało się być czymś na wzór monolitu. Ten dziwny fioletowy kamień, który przy nim znalazłem musiał w jakiś sposób poznawać najskrytsze myśli człowieka i spełniać jego życzenie, a to że trafił akurat na pijaka? Nie dziw się tak. Nieprawdopodobne mówisz? Niemożliwe? Przyjacielu niektórzy ze starszych stalkerów powiadają, że niezbadane są ścieżki Zony. Nie wiem o niej wszystkiego. Nie wiemy o niej praktycznie nic. Myślisz, że jak wyrwiemy jej parę artefaktów to mamy ją na własność? Jeszcze długa droga przed nami przyjacielu. Długa droga. Niezbadane są ścieżki Zony.

Bywaj zdrów. Jutro ponownie wyruszam. Jeszcze żaden stalker nie dotarł na zachodnie tereny Strefy. Mówią, że od Limańska na zachód jest już tylko nicość. Zobaczymy. Tymczasem trzymaj się przyjacielu, dbaj o siebie. Strzemiennego.

=====================

  • Dodatnia 4
Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.

Comunity