Witam wszystkich. Chciałbym wam przedstawić moje opowiadanie, zainspirowane uniwersum Stalkera, choć jego akcja dzieje się z dala od Czarnobyla. Zachęcam do komentowania - z chęcią poczytam wasze pozytywne opinie (to dla własnej satysfakcji), jak i krytyczne komentarze (dzięki nim może poprawię i rozbuduję to opowiadanie). Zapraszam do lektury!
PROLOG
Atol Bikini znajduje się na Oceanie Spokojnym wchodząc w skład Wysp Marshalla. W 1946 roku Amerykanie przeprowadzili tutaj pierwsze testy bomby atomowej. Łącznie dokonano 20 prób, ostatnia z nich miała miejsce w 1956 roku. To tu zdetonowano największą Amerykańską bombę - Shrimp w ramach operacji Castle Bravo. W wyniku eksplozji załoga Japońskiego kutra, oddalonego od miejsca eksplozji o 150-170 km zapadła na chorobę popromienną i wkrótce zmarła. Opad radioaktywny dotarł także na okoliczne archipelagi.
Mieszkańcy wysp Bikini na czas prób przesiedleni zostali na atol Rongerik. Jednakże wyspy nie były w stanie wykarmić nowo przybyłych mieszkańców, którzy cierpieli głodem. Na przełomie lat 60’ i 70’ powrócili na Atol Bikini. Kolejne badania wykazały jednak, że gleba wciąż jest skażona, a promieniotwórcze pierwiastki wchłaniane są przez rośliny, w tym stanowiące głównie pożywienie dla mieszkańców kokosy. W 1978 roku mieszkańcy zostali ponownie przesiedleni trafiając na wyspę Kili.
HANS HERRING I JEGO ASYSTENTKA
Siedziałem ściśnięty z moimi towarzyszami na kanapie śmigłowca. Wirnik z hukiem rozcinał powietrze, maszyna poruszała się naprzód. Co jakiś czas zerkałem na doktorantkę Swietłanę, asystentkę doktora Herringa. Mój wzrok zatrzymywał się na dłużej na jej dorodnych piersiach, po czym zjeżdżał niżej. Głowę zaprzątała mi wówczas jedna myśl. Na nogach ma rajstopy czy pończochy? Niestety, spódniczka, choć krótka, zasłaniała wystarczająco, bym nie był w stanie dostrzec manszety. O ile oczywiście byłyby to pończochy. Gdybym tylko zdołał się nieco schylić, może udam, że muszę zawiązać buta…
- Doktorze Kowalsky? - Z zamyślenia wyrwał mnie profesor Herring. Szybko odwróciłem wzrok w stronę mojego rozmówcy i ujrzałem jego paskudną, pomarszczoną twarz. Za sprawą wąsika kojarzył mi się z Adolfem Hitlerem, choć nie był do niego w ogóle podobny. Z resztą to nazwisko. Jego dziadek z pewnością pracował z Wernerem von Braunem. Mimo niechęci do Herringa czułem, że się rumienię, przyłapany na nieprzyzwoitych myślach.
- Jaki jest wzór na ewolucję? - Tak, na pewno interesuje go ewolucja. Znowu zaczyna dyskusję, by udowodnić swoją wyższość. Tylko dlaczego wybrał mnie na swoją ofiarę? Zawsze byłem dobry w pisaniu, ale nie w mówieniu. Dlatego może z łatwością mnie pokonać, by podbudować swoje ego. A może chodzi o Swietłanę? Pewnie chce jej zaimponować. Czy może widział, jak zerkam na jej opięty ciasną bluzką biust? Może wyczytał w moich myślach… Stop! Jakie znowu czytanie w myślach? Zejdźmy na ziemię.
- logarytm z X2 odjąć logarytm z X1 dzielone przez delta t. Gdzie X1 to początkowa, a X2 końcowa wartość cechy - zachowuję się, jak student pierwszego roku na odpowiedzi ustnej. Muszę przejść do ataku a nie grać, jak mi Herring zagra.
- a delta t? - to już pytanie jest bezczelne.
- nie muszę chyba tłumaczyć fizykowi, co znaczy delta t - punkt dla mnie!
- a skąd fizyk może wiedzieć, jakie oznaczenie literowe powymyślali sobie biolodzy? W końcu matematyka to obca wam dziedzina - zagotowałem się wewnątrz. Kto zdecydował się wziąć na podkład tego bufona? I ta jego Swietłana. Po co facet zabiera seksowną asystentkę na egzotyczny atol? Za dobrze znałem się na biologii, bym nie znał odpowiedzi na to pytanie.
- sporo korzystamy z matematyki w genetyce. Chociażby przy wyliczaniu frekwencji genotypów i fenotypów. Ale to już za skomplikowane tematy dla fizyka. - Czuję, że mogę go zapędzić w kozi róg.
- Za skomplikowane dla fizyka? Przecież my opisujemy, jak działa świat. Nic nie jest zbyt skomplikowane dla fizyka. Może być najwyżej niegodne uwagi.
- Skoro genetykę uważa pan za niegodną uwagi, to jest pan książkowym przykładem ignoranta. A na ignorancji wyrasta pseudonauka. - Atmosfera w śmigłowcu robiła się coraz bardziej napięta.
- Pseudonauka nie stworzyłaby podwalin pod budowę śmigłowców. Chce pan powiedzieć, że lecimy dzięki pseudonauce czy dzięki fizyce?
- Jak Pana dopadnie zapalenie wyrostka robaczkowego, to niech też pan szuka pomocy u fizyka.
- Wtedy pójdę do lekarza. Nie do biologa. A kiedy będzie robił mi zdjęcie Roetgenowskie, wtedy już będzie niemal fizykiem.
- Niemal fizykiem? To prawie, jak Pan - jestem pewien, że gdyby nie zapięty pas bezpieczeństwa, to Herring rzuciłby się na mnie. W helikopterze zapadła absolutna cisza, było słychać każdy oddech i każdy szmer. Aż nagle…
Tum, tu dum, tu ru tum, tu tum tu tum - Z telefonu wydobył się temat przewodni z Parku Jurajskiego. Muzyczkę włączył doktor Jose, przesympatyczny geolog z Universidad de Chile w Santiago. On również nie znosił Herringa, w końcu Herring był fizykiem. Jednak Jose słabo znał angielski i za pewne nie zrozumiał zbyt dużo z wypowiadanych we złości zdań. Włączenie utworu nie było żadnym atakiem na Herringa, a raczej efektem ekscytacji związanej z ekspedycją. Chilijczyk szturchnął mnie w kolano i pokazał palcem przez okno. Naszym oczom ukazał się Atol Bikini.
* * *
Lądowanie przebiegło bez żadnych trudności. Zgodnie z planem śmigłowiec wylądował w północnej części atolu, na wyspie Bikini. Profesor Bridges, biolog morski specjalizujący się w mięczakach i organizator całej wyprawy, wyciągnął tradycyjną papierową mapę i poprowadził grupę.
- Za mną - rzekł krótko i ruszył przed siebie. Cała ekipa poszła za nim, siedmiu naukowców, jedna seksowna asystentka, której do grona naukowców zaliczyć nie potrafię i dwaj nasi piloci. Mieliśmy spędzić najbliższe trzy tygodnie badając przede wszystkim wpływ promieniowania na tutejszą florę i faunę zarówno na wyspie, jak i w morzu. W końcu to tutaj Amerykanie przeprowadzali testy jądrowe. Jednakże nie każdy w naszej ekipie jest biologiem. Geologa Jose interesują przemiany skał w wyniku testów nuklearnych i wpływ na ukształtowanie dna morskiego. Pomagać będzie mu chemik, doktor Ligotti - prawdziwy Włoch, który swój plecak wypełnił paczkami makaronu i pasty pomidorowej. A co robić będzie doktor Herring? Podejrzewam, że w główniej mierze badać będzie Swietłanę. Jestem pewien, że jego plecak wypełnia strój lekarza i seksowna bielizna dla jego asystentki.
Nasza piesza wycieczka nie trwała długo. Dotarliśmy do domów opiekunów wyspy - zbudowanych z pandanów, popularnych na Atolu Bikini drzew. Budynki były opuszczone, ale nadawały się do spędzenie w nich kilku tygodni. Jedyne, czego było nam tu potrzeba, to dachu nad głową, który miał nas chronić przed deszczem i słońcem.
- Dotarliśmy na miejsce - rzekł profesor Bridges - pamiętajcie. To nie są nasze domy. Robimy włamanie, ale w imię nauki. Musimy zostawić je w lepszym stanie, niż je zastaliśmy. Podzielimy się trójkami. Jose, Giorgio i Yuki zamieszkają domek po lewej. ja, Selen i Marc bierzemy domek obok, a na prawo zamieszkają Hans , Swietłana i Brad. A ten w dali będzie dla pilotów.
Powiedzieć, że byłem wkurzony, to jakby nic nie powiedzieć. Miałem spędzić trzy tygodnie z tym gburem i jego ladacznicą, której widok z resztą oddziaływał na moje zmysły. Zbyt dawno nie spędzałem czasu z kobietą. Teoretycznie mógłbym się z kimś zamienić, ale nie ma co ukrywać. W społeczności biologów Herring jest spalony, ma tu samych wrogów. Może Giorgio by się z nim dogadał, ale nie opuści Jose. Opowiadał mi, jak to poznali się na studiach, lecz potem ich drogi się rozeszły. W końcu mogą spotkać się po latach. Nie miałem wyjścia. Dobrze, muszę się wziąć w garść. I tak całe dnie będziemy spędzać na badaniach naukowych, na łonie natury i w głębinach oceanu. Do pokoju będziemy wracać tylko na sen. Widząc, że wszyscy rozchodzą się po domkach, wziąłem swój plecak i zakwaterowałem się. Napompowałem materac i pościeliłem swoje prowizoryczne spanie. Herring w tym czasie palił fajkę przed wejściem do domku, po czym zaczął biegać po wyspie z licznikiem Geigera. Ja ułożyłem głowę na poduszce nieświadomy nawet, kiedy zasnąłem.
GLON MORDERCA
Kolejny dzień był bardzo pracowity. Mieliśmy wstać o świcie. Obudził mnie Herring.
- Wstawaj śpiochu, pora na badanie - Ostatnią rzecz, jaką marzyłem zobaczyć o poranku, to twarz wąsatego nazisty.
- Co, jakie badanie? - przecierałem oczy i zbyt wiele nie ogarniałem.
- Jak to jakie? A po co tu przyjechałeś? Badanie dna morskiego. Nie zaśpij, bo profesor Bridges mówił, że kto nie uczestniczy w rozkładaniu pontonu, ten nie płynie.
- Panie Kowalsky, jaką pije pan herbatę? - zapytała Swietłana. Jakże się przy tym pięknie uśmiechnęła.
- Poproszę czarną. Tylko z cukrem - co prawda widok Swietłany wyjątkowo osładzał mi poranek, lecz potrzebowałem czegoś więcej, by przykryć sobie gorycz Herringa.
- A dla Ciebie Hans to co zwykle?
- Tak Swietłano.
- Gdyby był pan fizykiem, to może i pan poderwałby jakąś dziewczynę - rzucił Hans. Dziwne, że ja nie rzuciłem się na niego.
- A Pan jest ze Swietłaną? Od kiedy to dziewczyny lecą na gburowatych fizyków?
- Zanim zacząłbym obrażać ludzi, pochodziłbym trochę na siłownię. No chyba, że ma pan jakąś awersję do wysiłku FIZYCZNEGO. Ja w czasach studenckich uprawiałem boks. - Widziałem błysk w oku Hansa. Przemilczałem jego słowa, choć i ja należałem do sekcji sportowej na studiach. Zająłem nawet trzecie miejsce w mistrzostwach regionu w badmintonie. Na szczęście wkrótce pojawiła się Swietłana z herbatą i atmosfera uległa rozluźnieniu.
- Proszę, oto pańska herbata, panie Kowalsky.
- Mów mi Brad. Swietłano, też dzisiaj wyruszasz na morze? - Lody przełamane. Jesteśmy na “ty”. Starałem się nie zapuszczać wzrokiem na jej biust. Przynajmniej nie wtedy, kiedy patrzy.
- Nie, dziś będę z Hansem prowadziła badania na lądzie. Będziemy pobierali próbki, by po powrocie sprawdzić, jakie promieniotwórcze izotopy występują na wyspie. A ty co dziś porabiasz?
- Póki co czekam, aż piloci polecą i wrócą z naszym sprzętem: pontonem i wyposażeniem nurkowym. A do tego czasu pozwiedzam wyspę. Przyjrzę się tutejszej faunie lądowej - Bardzo chciałem zaproponować wspólne zbieranie próbek Swietłanie. Jednakże wówczas dołączyłby się do nas Herring, a jego towarzystwa bym nie zniósł. W takiej sytuacji samotność wydawała się rozsądnym rozwiązaniem. Gdy wychodziłem z domku, mijałem pilotów, którzy szykowali się do odlotu. Powinni wrócić za jakieś 4 godziny. Miałem zatem trochę czasu na zwiedzanie i plażowanie w radioaktywnym raju. Spacerując po wyspie natknąłem się na profesora Bridgesa
- Dzień dobry profesorze - zagadałem.
- Dzień dobry. Wystarczy John. Nie jesteśmy na uczelni. Tutaj to niemalże wakacje. Jak minęła pierwsza noc na wyspie? - Nieźle, już z drugą osobą dzisiaj przechodzę na ty.
- Byłaby lepsza, gdybym nie musiał słuchać chrapania doktora Herringa.
- Mam wrażenie, że jesteś do niego uprzedzony.
- Słyszał profesor… tzn. pan yyyy słyszałeś naszą dyskusję w śmigłowcu - powiedziałem zakłopotany i zdenerwowany, gdy wróciły wspomnienia tej kłótni.
- Słyszałem i byłem pod wrażeniem, jak wyrabiasz się w dyskusjach. Jeszcze trochę i je polubisz.
- Nie lubię kłócić się z ludźmi. I nie rozumiem, dlaczego profesor zaprosił doktora Herringa do zespołu.
- nie profesor, tylko John, jesteśmy przecież na wakacjach. Hans jest specjalistą od izotopów promieniotwórczych, wnosi cenną wiedzę, co więcej zapewnia nam bezpieczeństwo badając poziom promieniowania wszystkiego, co żywe i martwe.
- Ale dlaczego muszę dzielić z nim pokój? On jest do mnie uprzedzony.
- Ktoś musiał. A miałem wrażenie, że podoba ci się jego asystentka. Twoja obecność sprawi, że między Hansem i Swietłaną do niczego nie powinno dojść…nie chcemy, aby kobieta zaszła w ciążę na radioaktywnej wyspie. A poza tym mam wrażenie, że też nie jesteś bez winy. Prawdopodobnie Hans usłyszał o tym, co mówiłeś na temat fizyków. Jak to szło “Fizycy żyją w świecie liczb nie dostrzegając rzeczywistości?”
- Opis ten idealnie pasuje do Herringa.
- Oddychaj świeżym powietrzem, ciesz się słońcem. Ja mam jeszcze kilka spraw do ogarnięcia przed przylotem śmigłowca. I przemyśl moje słowa, może trzeba się samemu najpierw otworzyć na Herringa.
- Dowidzenia John - rzuciłem na odchodne i ruszyłem na spacer wzdłuż plaży. Fale leniwie obmywały plażę. Po lewej rosły kępki niewielkich zarośli, a dalej palmy kokosowe i pandamy. Kiedyś musiał to być raj na Ziemi. Dziś jest wyjałowioną pustynią, skażoną ludzkim dążeniem do zagłady. Człowiek realizując własne, egoistyczne cele nie zawaha się przed zniszczeniem wszystkiego. Jego ofiarą padł Atol Bikini. Z resztą opad promieniotwórczy po wybuchu bomby Shrimp dosięgnął także inne pobliskie atole i wyspy. Czy wraz z rozwojem techniki człowiek nie doprowadzi do zagłady całej planety? Świat już teraz jest na krawędzi katastrofy. Wędrując w zamyśleniu natrafiłem na plaży na kępkę glonów. Pewnie zainteresowałoby one doktor Selen, specjalistkę od flory podmorskiej. Miałem z resztą okazję z nią pogadać wczoraj wieczorem. Okazała się być przemiłą kobietą, która mimo zbliżającego się wieku emerytalnego wciąż była w pełni sił i zapału do kontynuowania pracy naukowej. Dla mnie glon, to był po prostu glon. To co mnie bardziej zainteresowało, to zaplątane w glona truchło ryby. A zatem jest jakieś życie w tych wodach. Szczątki były mocno objedzone, niemalże do kości. Wówczas przyleciała mewa, zwabiona łatwą, choć marną zdobyczą. W wyniszczonym nuklearnymi testami środowisku nawet taki obiad był wiele wart. Dlatego też mimo mojej obecności ptak podjął ryzyko i podfrunął do zdobyczy. Dzieliło nas może trzy metry. Starałem się nie ruszać, by go nie wystraszyć. Zwierzę powoli podchodziło do łupu jednocześnie bacznie mnie obserwując. W końcu jednym kłapnięciem dzioba chwyciło rybę. Wówczas glon jakby pochwycił ptaka - jego zielone witki oplotły się wokół głowy. Mewa trzepotała skrzydłami, lecz nie była w stanie się uwolnić. Walka trwała jakiś kwadrans. Później łomotanie skrzydłami ustało. Zwierzę wciąż oddychało, choć były to jego ostatnie chwile życia. W końcu wyzionęło ducha. Glon upolował mewę. Chwyciłem leżący w pobliżu patyk. Może nie było to najrozsądniejsze posunięcie, jednak ciekawość wygrała z rozsądkiem. Zacząłem dotykać glona patykiem, lecz nie reagował. Zdawał się być zwyczajnym glonem. Było to coś, co z pewnością wymagało zbadania. Jednakże bałem się wziąć go gołymi rękami. Zacząłem się rozglądać za czymś, co mogłoby mi pomóc go złapać. Niestety nic nie wpadło w moje ręce. A gdy przyszła kolejna większa fala, glon odpłynął wraz z nią, zabierając wraz ze sobą świeżutką mewę. Moje największe odkrycie naukowe w życiu odpłynęło właśnie do oceanu. KURWA MAĆ! Wdech, wydech, wdech, wydech. Już dobrze, spokojnie, spokojnie. To dopiero pierwszy dzień. Spędzimy tu trzy tygodnie. Będzie jeszcze czas dorwać tego glona, choćbym miał go pochwycić gołymi rękoma.
* * *
Czas nieubłaganie mijał i słychać już było nadlatujący śmigłowiec. Udałem się zatem do punktu lądowania czekając aż radioaktywny kurz opadnie. Licznik Geigera akurat zbytnio nie hałasował, jednak takie ustaliliśmy zasady - żadnego wchodzenia w obłoki kurzu wzniecony przez helikopter. Zebrała się już cała “morska” ekipa. Oprócz mnie, był jeszcze John, Yuki i Marc. Yuki jest ichtiologiem, przyjechał ocenić, jak odradza się ekosystem po testach nuklearnych. Miał na sobie koszulkę z Godzillą ziejącą radioaktywnym promieniem. Kiedy ziewał, sam przypominał Japońskiego potwora. Marc natomiast specjalizuje się w rafach koralowych. Śmiejemy się nieco z niego, że będzie tutaj bezrobotny. W końcu eksplozje nuklearne zniszczyły wszelkie rafy na atolu. Był jednak zdania, że będzie mógł zaobserwować powstawanie rafy od nowa. Mieliśmy wspólnie naszykować sprzęt i wypłynąć w morze. Wyciągnęliśmy ponton i zaczęliśmy go pompować. Potem każdy wyciągnął swój sprzęt nurkowy - butlę, maskę i płetwy. Zapakowaliśmy wszystko na ponton i zwodowaliśmy go. Nie był to komfortowy rejs - jednostka pływająca ledwo mieściła cztery osoby, a słaby silnik elektryczny z trudem pozwalał pokonać niewielkie fale. Mimo to odpłynęliśmy nieco od brzegu i jeden po drugim zanurzyliśmy się w ciepłych wodach atolu Bikini. Nasz pierwszy cel - krater po bombie Shrimp zrzuconej w ramach operacji Castle Bravo. To był największy wybuch w historii archipelagu. Z resztą znacznie większy, niż przewidywali naukowcy. I najbardziej śmiercionośny. Potwierdziły to oględziny dna morskiego. W trójkę - ja, Marc i Yuki wskoczyliśmy do morza. Profesor John Bridges pozostał na pontonie. To miał być szybki zwiad. Ze względu na promieniowanie nie mogliśmy spędzić zbyt dużo czasu pod wodą. Poza tym tak na prawdę nie było czego oglądać. Na dnie znajdował się wielki krater po wybuchu bomby atomowej. Wokół nie istniało żadne życie. Nie spotkaliśmy nawet żadnej ryby czy bezkręgowca. Na myśl przychodziło mi tylko jedno określenie - podwodna pustynia. Pobrałem kilka próbek wody. Po powrocie na ląd obejrzę je pod mikroskopem. Być może znajdę jakiś plankton. Po godzinie nasz czas minął. Wypłynęliśmy na powierzchnię, a John pomógł się nam wgramolić z powrotem na ponton. Mimo tytułu profesora, miał on dopiero 42 lata i był bardzo sprawny fizycznie. Później wolnym tempem wróciliśmy do brzegu. Tam czekała na nas Swietłana.
- Chodźcie szybko, chodźcie! - w oczach dziewczyny widać było mieszankę przerażenia, ekscytacji i zaciekawienia.
- Co się stało? - zapytał John.
- Musicie to zobaczyć. Pojawiła się łódź - Nie była to dobra wiadomość. Nie byliśmy tu do końca legalnie, choć sprawa ta nie była aż tak jasna z prawnego punktu widzenia. W każdym razie wszyscy mieliśmy wizy pozwalające na wstęp na terytorium Stanów Zjednoczonych. Mimo to wolelibyśmy być tu sami.
- Co to za łódź? - zapytałem i wyskoczyłem z pontonu.
- Amerykańskiej Marynarki - gdy wyrzuciła to z siebie widać było, jak schodzi z niej napięcie.
- Niech to szlag! - wrzasnął Marc i wyskoczył z pontonu. Wspólnie wepchnęliśmy naszą łódź na plażę.
- Chodźcie za mną - rzekła Swietłana i pobiegła wzdłuż plaży. Ruszyliśmy za nią. Po kilku minutach dostrzegliśmy pozostałych członków naszej ekspedycji. Wpatrywałem się w morze szukając łodzi, lecz nie mogłem jej znaleźć. Zaraz jednak ją dostrzegłem. Znajdowała się na plaży, osiadła na mieliźnie. Na boku widniał napis U.S. Navy.
- To typowa łódź patrolowa, mieści do 15 członków załogi. - rzekł Herring
- Czyli już po nas, mamy na wyspie 15 marines - zaczął dramatyzować Marc.
- Nie, nikt nie wszedł na ląd. Obserwowałem ją, jak tylko zbliżyła się do brzegu.
- A zatem są w środku - powiedział John. Wówczas spod pokładu łodzi wyszedł Jose.
- Tam nikogo nie ma. Widać, że gdzieś im się spieszyło, bo zostawili nadgryzione śniadanie.
* * *
Poinformowaliśmy o tym incydencie straż wybrzeża i udaliśmy się na naradę. Z jednej strony zdemaskowaliśmy się, co narażało na szwank całą naszą ekspedycję. Z drugiej ze statku zniknęli ludzie. Być może uratowali się gdzieś dopływając do jednej z wysp Atolu Bikini i mogą potrzebować pomocy. Opowiedziałem także moim towarzyszom historię o polującym na mewy glonie.
- Ale nie zapomniałeś zabrać na spacer kapelusza? Słońce mocno dziś przygrzewało - zażartował Jose, a reszta ekipa wybuchła śmiechem.
- Mam nadzieję, że nie wykorzystałeś już całego zapasu rumu na trzytygodniowy pobyt - dodał Giorgio. I to ma być naukowa śmietanka. Dzięki za wsparcie.
Wówczas jednak po mojej stronie stanął niespodziewany sprzymierzeniec - Zamiast rechotać jak żaby w porze godowej, może byście przypomnieli sobie podstawy nauki - rzekł doktor Herring. - Naczytaliście się tyle książek, że świata poza nimi nie widzicie. Skoro doktor Kowalsky widział glona-mordercę, to musimy to zbadać.
Po tych słowach nabrałem nieco szacunku do Herringa. Okazało się, że nie jest zaślepionym niechęcią do mnie fizykiem, lecz potrafi opowiedzieć się także po mojej stronie.
OSAMOTNIENI
Kolejnego dnia ponownie czekało nas zejście pod wodę. Wczoraj i dziś rano piloci helikoptera latali nad atolem, szukając rozbitków z pustej łodzi. Nikogo jednak nie znaleźli. Cała ta sprawa jest bardzo tajemnicza.
Pogoda była bardziej znośna, niż dzień wcześniej. Palące słońce chowało się co jakiś czas za chmurami dając chwile wytchnienia. Na pontonie poza mną znaleźli się tym razem Jose Morales, Giorgio Ligotti i Yuki Yakazuki. O ile Hiszpan i Włoch wydawali się pełni energii, tak Japończyk wyglądał na siłą zerwanego z łóżka. Tym razem wybrał koszulkę z Hedorą, potworem z filmów o Godzilli, który zrodził się z przemysłowych zanieczyszczeń środowiska. Morales natomiast płynął bez koszulki, by pokazać wszystkim swój tors gladiatora. Mówił, że chce się opalić, ale podejrzewamy, że myśl na opalanie przyszła mu wówczas, gdy dowiedział się, że Świetłana pomoże nam w wodowaniu pontonu. Tego dnia mieliśmy płynąć w pobliże wyspy Bokonfuaaku. Ze względu na silne promieniowanie musieliśmy uporać się w godzinę. Podpłynęliśmy dosyć blisko brzegu, dzięki czemu mogliśmy zakotwiczyć ponton. Giorgio pozostał w łodzi, a ja wraz z Jose i Yukim założyliśmy sprzęt i zanurzyliśmy się w wodzie. Sytuacja wyglądała tutaj nieco lepiej. Wśród rumowisk skalnych i pozostałości raf przemykały co jakiś czas niewielkie rybki. Liczyłem na złapanie żywych okazów, lecz były one zbyt szybkie. Nie pozostało mi nic innego, jak wyciągnąć kuszę. Wówczas uszłyszalem nietypowy hałas. Obróciłem się i ujrzałem toczące się skały. Nieco powyżej znajdował się Jose. Z między skał natomiast wyłoniła się potężna macka. Geolog nie miał szans w porę przed nią uciec i został pochwycony. Macka oplotła się wokół jego nogi. Zaraz pojawiła się kolejna, która chwyciła go za rękę. Pierwszy raz w życiu widziałem tak duże macki. Zacząłem płynąć w kierunku Jose, ile tylko miałem sił w nogach. W międzyczasie dopłynął do niego Yuki. Japończyk miał przy sobie podręczny nóż i ruszył do ataku. Dźgał nożem macki ośmiornicy. Ta nie pozostawała mu dłużna. Na swoich mackach posiadała ostre haczyki, które z każdym muśnięciem wyrywały kawałki skóry. Woda zaczerwieniła się od krwi - zarówno ludzkiej, jak i ośmiorniczej. Wypaliłem z kuszy przebijając mackę, ale zwierzę zdawało się w ogóle nie reagować na ból. W końcu ośmiornica oplotła się wokół szyi Hiszpana. Ranny Yuki nie dawał za wygraną. Dopłynąłem do Jose i próbowałem rękami rozplątać mackę, głowonóg był jednak znacznie silniejszy. Dźgany przez Yukiego wypuścił jeszcze porcję czarnego atramentu. Ostatnie, co widzieliśmy, to znikający w szczelinie skalnej geolog. Obok leżała jego butla z tlenem. Spojrzałem na mojego towarzysza z Japonii. Był blady, stracił sporo krwi. Pomogłem mu w wynurzeniu. Jednocześnie nie mogłem pogodzić się z tym, że Jose mógł stracić życie w wyniku ataku przedziwnej ośmiornicy. Nigdy nie słyszałem o śmiertelnym ataku ośmiornicy na człowieka. I nie widziałem tak potężnych macek, z tak ogromnymi haczykami. Gdy dopłynęliśmy na powierzchnię, ujrzałem w oddali ponton i pomachałem w jego stronę. Giorgio włączył silnik i podpłynął w naszą stronę. Później wciągnął rannego na pokład.
- a gdzie Jose?
- został na dole. Wrócę po niego, ale daj mi nóż.
Bez zadawania zbędnych pytań Włoch odnalazł nóż na pokładzie i dał mi go do ręki. Zanurzyłem się i popędziłem w stronę skalnej szczeliny. Zajrzałem do środka, lecz wydawała się być opustoszała. Obróciłem się za siebie. Za mną przepłynęła ośmiornica ciągnąc za sobą zmasakrowane ciało Jose. Nie miałem wątpliwości, że mój przyjaciel jest martwy. Głowonóg był prawdziwym potworem, z wyciągniętymi mackami osiągał 6 metrów długości. Napęd dawały mu przedziwne płetwy na tułowiu. Stałem w bezruchu patrząc, jak zwierz odpływa w dal. Do moich oczu napłynęły łzy. Właśnie straciłem kolegę. Jednak nawet w chwilach żałoby instynkt samozachowawczy bierze górę. Gdy w oddali ujrzałem zwabionego krwią rekina, wynurzyłem się na powierzchnię i wskoczyłem do pontonu. Ujrzałem przy okazji rannego Yukiego. Japończyk stracił przytomność. Jego rany wyglądały paskudnie.
- Zaatakowała nas ośmiornica. Jose nie żyje.
To były jedyne słowa wypowiedziane na pokładzie. W milczeniu wracaliśmy do brzegu. Opatrywałem rany kolegi. Gdy byliśmy już blisko brzegu, Giorgio powiedział:
- coś jest nie tak. Nikogo nie ma.
obróciłem się w stronę brzegu. Rzeczywiście, na plaży było pusto. Co więcej, w oddali widać było dym. Wepchnęliśmy ponton na plażę. Giorgio został pilnować rannego Yukiego, ja pobiegłem w stronę wioski. Potrzebowaliśmy coś w rodzaju noszy, by przenieść Japończyka. Dobiegłem do domków, lecz nikogo tam nie było. Wyrwałem drewniane drzwi od jednego z budynków i pobiegłem z powrotem na plażę. Niestety, musieliśmy radzić sobie sami. Przełożyliśmy Yukiego na drzwi i zaczęliśmy ciągnąć do wioski. Zaprowadziliśmy go do domku, który od przybycia na wyspę dzielił z Giorgio i tragicznie zmarłym Jose. Mieliśmy opiekować się nim na zmianę. Giorgio zaoferował się, że weźmie pierwszą wartę. Mnie natomiast równie mocno, co los naszego kolegi, martwiła pustka w naszej wiosce. Poszedłem zatem na zwiad. Skierowałem się w stronę unoszącego się nad wyspą dymu. Wychodząc z zarośli ujrzałem straszny widok - nasz helikopter stał w płomieniach. Gęsty, czarny dym wydobywał się z kokpitu, który był całkowicie spalony. Nie było już szans na ugaszenie maszyny. Nie dość, że straciliśmy śmigłowiec, to także łączność ze światem, gdyż właśnie w nim znajdowało się radio. To była katastrofa. Zacząłem przeszukiwać teren wokół śmigłowca. W oddali leżały dwa dziwne kształty w zaroślach. Poszedłem w nich kierunku. Im byłem bliżej, tym bardziej uświadamiałem sobie, że są to ludzkie sylwetki. Przyśpieszyłem kroku, aż w końcu zacząłem biec. Nie miałem już wątpliwości. Dotarłem do leżącego bliżej mnie. To był nasz pilot Greg. Sprawdziłem puls - nic nie wyczułem. Przyjrzałem się bliżej, miał trzy rany na klatce piersiowej. Pobiegłem do drugiego człowieka, to był pilot Fred. On także miał rany na klatce piersiowej. Wyglądało na to, że obaj zostali zastrzeleni. Zacząłem rozglądać się wokół z trwogą w sercu o pozostałych moich towarzyszy. Co robić? Co robić? Wołać Giorgio? Ale wtedy Yuki zostanie sam. A jeśli są tu inni ranni? Krążyłem wokół spalonego śmigłowca przeczesując zarośla, ale nie znalazłem nikogo innego. Na piasku za to było pełno odcisków wojskowych butów. Chciałem położyć się i wyć z rozpaczy, ale musiałem wrócić do moich ocalałych towarzyszy. W ciągu kilku godzin straciliśmy Jose, dwóch pilotów, zostaliśmy uwięzieni na wyspie, a reszta naszych towarzyszy zaginęła. Pozostały nam tylko trzytygodniowe zapasy żywności, a wszystko, co możemy znaleźć na wyspie do jedzenia, jest radioaktywne. Wyprawa naukowa przemieniła się w walkę o przetrwanie.
* * *
Była to bardzo ciężka noc. Gdy nie spałem, to przynajmniej nie śniłem. Zamykając oczy wciąż widziałem ośmiornicę ciągnącą za sobą ciało Jose, jak i martwy wzrok pilotów. Dziś dopiero zorientowałem się, ile dźwięków wydaje ta z pozoru martwa wyspa. A po ostatnich wydarzeniach czułem, że każdy dźwięk może zwiastować śmierć. Szum fal, cykanie świerszczy, czasem nawet śpiew ptaków, odgłosy szurania i kopania przez jakieś małe zwierzątka. Czuwaliśmy także nad rannym Yukim zmieniając się co dwie godziny. Podczas mojej warty usłyszałem dziwne drapanie. Poderwałem się na równe nogi. Drapanie nasiliło się. Mieliśmy czuwać w nocy nad naszym kolegą, lecz nikt z nas nie był gotowy stawić czoła niebezpieczeństwu. Szuranie było coraz donośniejsze, a lekkie drzwi mieszkańców Atolu Bikini miały jedynie zapewnić im odrobinę prywatności przed oczami sąsiadów, a nie wytrzymać atak nieznanych drapieżników. Atol Bikini był kiedyś miejscem spokojnym, beztroskim, dającym tubylcom schronienie i wyżywienie. Nie było tu wojen, przestępczości i nieznanych mięsożerców. Czasy jednak się zmieniły. W końcu jedna z desek niewytrzymała. W drzwiach pojawiła się głowa potężnego szczura. Przebudzony Giorgio zaczął krzyczeć coś po Włosku. Szczur musiał być wielkości grubego kota. A biorąc pod uwagę, jak masywne miał ciało, prawdopodobnie tutaj to kot byłby przekąską szczura. Łańcuchy pokarmowe trzebaby na tej wyspie rysować od podstaw. Zwierz próbował przecisnąć się przez wyrwaną dziurę. Widziałem jego paskudną, głowę pokrytą pęcherzami i zdeformowane kończyny. Prawdopodobnie radioaktywne środowisko nie sprzyjało jego zdrowiu. Rozejrzałem się na szybko po pokoju. Wziąłem krzesło i przyłożyłem nim szczurowi po głowie. Zwierzę jednak nie traciło animuszu. Na szczęście było zaklinowane w drzwiach. Otworzyłem je gwałtownie i chciałem wystawić z zawiasów wraz z agresywnym gryzoniem. Na zewnątrz były już jednak kolejne szczury. Nie miałem wyjścia, musiałem zabić napastnika. Następne ciosy krzesłem nie dawały oczekiwanych rezultatów. W końcu jednak od krzesła odłamała się noga zamieniając się w ostry szpikulec. Wbiłem go szczurowi w oko dobijając się do mózgu. Zwierzę umarło w konwulsjach. Przygotowałem się na atak kolejnych szczurów. Te jednak widząc śmierć swojego pobratymca rozpierzchły się. Wkrótce jednak usłyszałem szuranie z drugiej strony. Stwory te próbowały zrobić podkop. Uzbrojony w kołek z nogi krzesła przygotowywałem się do ataku. Giorgio w tym czasie zrobił prowizoryczną pochodnię z nogi krzesła i pościeli. Na szczęście mieliśmy w kącie domku czysty spirytus. Gdy zostałem w pokoju, Włoch poszedł z drugiej strony budynku i ogniem przepędził agresorów. Po powrocie wspólnymi siłami naprawiliśmy uszkodzenie w drzwiach. Była dopiero trzecia w nocy, ale nie zmrużyłem oka już do rana.
ODNALEZIENI
- Jose nie żyje! Yuki jest ranny! Jak się cieszę, że was widzę - obudziły mnie krzyki w języku angielskim z wyraźnym włoskim akcentem. Czyli jednak udało mi się zdrzemnąć, ale musiało być już po wschodzie słońca. Czułem się fatalnie. Nie dość, że mało spałem, to bolały mnie wszystkie kości. Rzuciłem okiem na Yukiego, miarowo oddychał, spał. Wyszedłem przed budynek. Była tam nasza ekipa. Na szybko spojrzałem na twarzach sprawdzając, czy wszyscy przybyli. Był John Bridges, rozpoznałem Selen Gomes i Marca Tarquesa. Ujrzałem także Swietłanę i uśmiechnąłem się nawet na widok Hansa Herringa. Wszyscy żyli. Nie wyglądali jednak najlepiej. Brudne twarze, podkrążone oczy i podarte ubrania. Nie tylko ja miałem za sobą ciężką noc.
- Co tu się stało? - zapytałem zasłaniając jednocześnie oczy przed oślepiającym słońcem.
- Przyleciało tu Amerykańskie wojsko. Dwa helikoptery - zaczął opowiadać profesor Bridges - wylądowali na plaży. Byłem wówczas z Marciem i Selen na wzgórzach. Widzieliśmy, jak nasz helikopter zaczął płonąć i słyszeliśmy strzały. Odszukaliśmy Hansa i Swietłanę, po czym ukryliśmy się na noc w lesie. Obawiam się, że nie jesteśmy już tu bezpieczni.
- byłem wczoraj przy helikopterze. Zastrzelili Freda i Grega. Bydlaki. Śmigłowiec kompletnie spalony. Jesteśmy tu uwięzieni.
- Nie zupełnie. Jest jeszcze Amerykańska łódka - rzuciła Swietłana.
* * *
Po posiłku zrobiliśmy przegrupowanie. Giorgio koniecznie chciał zostać z Yukim. Do pomocy przydzielony został mu Marc. Hans i Swietłana mieli natomiast wspiąć się na wzgórze i wypatrywać nadlatujących Amerykańskich helikopterów. Niestety żaden z nas nie miał broni palnej. Jednakże z wykorzystaniem naszych ostrych noży i tutejszej roślinności zrobiliśmy dzidy. Broń może prymitywna, ale i skuteczna w walce ze szczurami. Gorzej, gdyby doszło do starcia z Amerykańskimi żołnierzami. Yuki leżał w łóżku, gorączkował. Co jakiś czas wybudzał się ze snu, majaczył, po czym znowu zasypiał. Niestety, zapas leków mieliśmy ograniczony. W razie większych problemów mieliśmy ewakuować się helikopterem. Teraz jednak byliśmy go pozbawieni. Dlatego wyrzucona na brzeg łódź była naszą jedyną nadzieją. Przed podróżą zjedliśmy ciepły posiłek. Najkrótsza droga do łodzi prowadziła wzdłuż plaży. Postanowiliśmy jednak jak najmniej rzucać się w oczy, co oznaczało przedzieranie się poprzez gęste chaszcze. Podróż nie była zatem łatwa i szybka.
- John, czy spędzając noc w lesie spotkaliście jakieś dziwne zwierzęta? - zagadałem profesora Bridgesa
- widzę, że duch naukowca nie opuszcza Cię nawet w najmroczniejszych chwilach - odrzekł z uśmiechem profesor.
- Dzięki temu mogę choć przez chwilę nie myśleć o tym, co się stało
- Fakt, praca pomaga uciec od problemów. Dlatego zostałem profesorem
- praca naukowa była ucieczką? - zapytałem, choć nie wiedziałem, czy powinienem
- tak. po śmierci córki. Zginęła w wypadku samochodowym. Wracając do tematu Selen zidentyfikowała dziwne paprocie. Mówi, że do tej pory takich nie widziała. A Marc mówił coś o nocnych ptakach, których nie potrafił przypisać do żadnych znanych mu gatunków.
Dalszą drogę przeszliśmy już w ciszy. Po godzinie trudnego marszu dotarliśmy na miejsce. Wyszliśmy na plażę. Łodzi jednak już tu nie było.
* * *
Nastroje w obozie były bardzo ponure. Straciliśmy jedyną sensowną alternatywę na wydostanie się z wyspy. Do tego stan Yukiego wcale się nie poprawiał, w ranę wdało się zakażenie. Po posiłku szybko roześliśmy się do pokojów. Mimo mej niechęci postanowiłem zagadać swojego współlokatora.
- Hans, wiesz, co tu się naprawdę dzieje?
- W tej chwili mogę tylko podejrzewać. Zaczęliśmy prowadzić ze Swietłaną pomiary poziomu promieniowania. Póki co uzyskałem w kilku miejscach bardzo wysokie wyniki.
- Tu nie chodzi o promieniowanie. Uszkadza ono DNA, powoduje mutacje, nowotwory, niszczy skórę i narządy wewnętrzne. Ale my tu mamy doczynienia z gatunkami, jakie nie występują nigdzie indziej.
- Endemity są typowe dla izolowanych populacji wyspowych, tyle wiem, jaki fizyk.
- Gigantyczne szczury? Potężna ośmiornica z haczykami na mackach? Glon-ptakożerca? Te stwory nie są dziełem natury. - wyrzuciłem z siebie to, co leżało mi sercu już od pewnego czasu. Coś, co przyszło mi do głowy na widok glona atakującego mewę. Lecz do tej pory bałem się powiedzieć tego głośno. A nawet przyznać przed samym sobą. Obawiałem się oceny moich kolegów. A najbardziej docinków Herringa. Teraz jednak było mi wszystko jedno.
- Śmiała hipoteza.
- Ale jakże trafna. Nie bez powodu Amerykanie strzegą tak tej tajemnicy.
- mówisz o spisku, tajnych eksperymentach wojskowych i mutantach. Należy być bardzo ostrożnym na tak grząskim gruncie.
- dlatego potrzebujemy dowodów. Będziemy musieli zabrać ze sobą jakieś okazy.
- podziwiam twój zapał naukowca
- to chyba coś nowego? - zapytałem pamiętając dotychczasowe docinki Herringa
- Nowego? Fakt, nigdy nie przepadałem za biologami. Uważają, że mają monopol na swoją dziedzinę, odrzucają punkt widzenia innych naukowców. Wiesz może, jak ciężką przeprawę z paleobiologami mieli Alvarezowie prezentując dowody na uderzenie asteroidy 66 mln lat temu?
- Alvarezowie nie pozostawali im dłużni w swoich komentarzach na temat paleontologów.
- A dziwisz im się? A dziwisz się mi? Gdy Twoja praca naukowa, poparta dowodami, obliczeniami i liczbami jest odrzucana przez środowisko, bo “Ty się nie znasz?”
- Nigdy tak nie mówiłem.
- Ależ tak, twoje słowa to “Fizycy nie rozumieją rzeczywistości”
- Brzmiało to trochę inaczej, jest wyrwane z kontekstu i nie mówiłem tego personalnie o Tobie
- A kogo miałeś na myśli? W ten sposób buduje się podziały. A nam potrzebna jest jedność. I w nauce i na wyspie. Dlatego przyjąłem zaproszenie profesora Bridgesa, choć nie przepadam za wszystkimi tu obecnymi. Ale Ty jesteś akurat równy gość. - powiedział z uśmiechem Hans. Po raz pierwszy zobaczyłem uśmiech na jego twarzy. A ja jako równy gość musiałem jakoś ugościć swojego towarzysza i nie pozostało nam nic innego, jak otworzyć butelkę whisky z mojego bagażu i wypić bruderszafta.
PLAN AWARYJNY
Najbliższe zamieszkane wyspy wchodzą w skład Atolu Rongelap. Z wyspy Bikini jest tam ponad 120 km. Maleńki ponton, jaki mieliśmy do dyspozycji, nie byłby w stanie sprostać otwartemu morzu, nie zabrałby także całej załogi. Mieliśmy jednak plan. Chcieliśmy wykorzystać ściany domków do budowy tratwy. Pomieściłaby ona całą naszą ekipę, a także zapas prowiantu i wody, jakie nam pozostały. Do tratwy zamontowalibyśmy silniczek z naszego pontonu, a paliwa powinno wystarczyć do pokonania trasy. Na szczęście wynieśliśmy kanistry z benzyną z helikoptera, aby nie obciążać maszyny podczas ewentualnych lotów. Czekające nas zadanie nie było jednak łatwe. Nie mieliśmy do dyspozycji maczet czy pił do drewna. Nasze wyposażenie ograniczało się do noży sekcyjnych, skalpelów, noży do smarowania masła. Niewiele, jeśli chce zbudować się tratwę. Zabraliśmy się zatem do ciężkiej pracy. Zaczęliśmy rozbierać od lat nieużywane domostwa tutejszej ludności. Marc i Selen w tym czasie wyruszyli na poszukiwania czegoś, czym moglibyśmy połączyć elementy w jedną całość. Niestety oznaczało to dla nich wyjście na plażę.
- widzę, że znasz się nie tylko na fizyce - zagadałem Swietłanę podczas pracy przy demontażu ściany jednego z domostw.
- jeśli chcesz przeżyć na Ukrainie, to musisz umieć sobie radzić
- pochodzisz z Ukrainy? Z którego regionu?
- urodziłam się w Kijowie. Ale moi rodzice pochodzili z Prypeci. Zostali przesiedleni po awarii elektrowni. Po wybuchu wojny emigrowałam do Berlina, gdzie mogłam kontynuować moje studia z fizyki. To tam poznałam Hansa.
- jakie masz plany, jak wrócisz już z tej wyspy?
- Chciałabym prowadzić badania w Zonie. Od czasu drugiego wybuchu, w 2006 roku dzieją się tam przedziwne rzeczy. Słyszałeś chyba opowieści? - odpowiedziała Swietłana bez chwili zawahania.
- Słyszałem różne historie, ale zazwyczaj autorstwa nadużywających alkoholu stalkerów.
- Łatwo Ci mówić. Jakbyś chociaż zbliżył się do Zony, to byś gadał inaczej. A w Zonie nie przetrwałbyś ani jednego dnia.
- Pewnie masz rację - stwierdziłem tylko po to, by uspokoić sytuację. - A skoro mówimy o Zonie, to może i pogadamy o żonie? Planujesz brać ślub?
- O ile znajdę odpowiedniego kandydata na męża i ojca - mój podstęp się udał. Już wiem, że Swietłanę i Hansa nic nie łączy. Mogę swobodnie działać.
- a Ty jakie masz plany?
- ja będę po prostu kontynuował swoją pracę naukową. To jest jedyna rzecz, która sprawia mi satysfakcję w życiu. Nie licząc pięknych kobiet.
- a ile poznałeś w życiu pięknych kobiet?
- wiem tylko tyle, że najpiękniejszą poznałem na Atolu Bikini. - Swietłana zarumieniła się nieco, lecz nic nie odpowiedziała. A ja nie wiedziałem, jak w tej chwili pociągnąć dalej rozmowę. Pracowaliśmy sobie dalej w milczeniu, aż w końcu nie mogąc znieść niezręcznej ciszy zacząłem pomagać Hansowi.
- jak Ci się rozmawia ze Swietłaną? - nic nie ujdzie jego uwadze
- bardzo dobrze, to sympatyczna dziewczyna
- sympatyczna i bardzo zdolna. Ma szansę sporo osiągnąć w świecie nauki.
- tak samo jak Ty?
- Nie, ja prowadzę małe badania i piszę niewiele wnoszące prace naukowe. - Hans wyprostował się i wypiął dumnie pierś, język ciała zaprzeczał jego słowom - Ale to nie ważne. Cieszę się z tego, że dzięki temu zaczynam rozumieć, jak działa świat. A raczej wydawało mi się to do tej pory. Przez tą wyspę odnoszę wrażenie, że cała moja wiedza jest nic nie warta.
- Uwierz mi, ja mam tak samo.
Gdy pracowaliśmy przy rozbiórce domostw, do obozu wbiegła zziajana Selen.
- ratunku, ratunku, Marc jest ranny, sama nie dam rady go tu przyprowadzić!
* * *
Pobiegliśmy w kierunku, która wskazała nam Selen. Sama była już zbyt zmęczona, by biec razem z nami. Po kilku minutach dotarliśmy do naszego kolegi. Marc leżał na plaży krzycząc z bólu. Szybko zauważyłem, w czym rzecz - glon-ptakożer owinął mu się wokół nogi. Trzymał się tak mocno, że noga robiła się sina. Twarz Marca była natomiast blada. Próbowaliśmy zdjąć glona rękoma, lecz nie mieliśmy wystarczająco siły. Jedyną nadzieją był transport Marca do obozu. Giorgio chciał przejść z drugiej strony rannego, by wziąć go pod ramię. Wówczas grunt pod nim się zapadł, a Giorgio zniknął w tumanach kurzu. Spojrzeliśmy szybko w dół. Nie był głęboki - miał może metr głębokości. Giorgio nie był w nim jednak sam. Znajdowała się tam także przedziwna bestia. Stwór miał wężowatą głowę, pysk pełen ostrych zębów, a resztę ciała osłaniał kołnierz, niczym u Australijskiej agamy. Kołnierz ten prawdopodobnie jeszcze przed chwilą rozpostarty i przysypany piaskiem imitował równy grunt zasłaniając znajdujący się pod nim dół, w którym znajdował się potwór. Stwór był bardzo szybki. Chwycił Giorgiego zębami za gardło, nim ten zdążył się zorientować, co się stało. Potem rozpostarł kołnierz zakrywając to, co dzieje się w dole. Staliśmy osłupieni nie wiedząc jak mu pomóc. Z resztą na pomoc było już za późno. Giorgio zginął w milczeniu, przy akompaniamencie krzyczącego z bólu, a także z przerażenia Marca. Na Atolu Bikini śmierć przybiera najdziwniejsze formy.
PACJENT
Nie pozostało nam nic innego, jak ostrożnie zabrać Giorgio i pomóc mu dojść do obozu. Widać było, że Włoch wyraźnie cierpi, czemu wyraz dawał grymas na twarzy i jęki bólu. I był to nie tylko ból fizyczny, ale i psychiczny
- Co to było? Co zabiło Marca? - krzyczał - Co to za przeklęta wyspa?
- Ciszej Giorgio - upomniał go Hans. - widziałeś, co tu się czai. A co tu jeszcze jest, o czym nie wiemy? Siedźmy cicho, jeśli chcemy wyjść z tego żywi.
I tak już w milczeniu pokonywaliśmy kolejne metry, wspierając na ramieniach Giorgio, który to pojękiwał co jakiś czas z bólu. Czuliśmy się jak na polu minowym. Każdy krok mógł być naszym ostatnim. Ta dziwna bestia prawdopodobnie wykopuje dół i rozpościera kołnierz, by ów dół zasłonić. Gdy zostanie przysypany piaskiem, jest nie do wykrycia na plaży. Niczego nie świadoma ofiara wchodzi na kołnierz, ten się składa i nieszczęśnik spada w dół stając oko w oko z bestią. Taki los spotkał Marca, a może spotkać i nas. Lecz nic nie mogliśmy na to poradzić. Staraliśmy się iść po śladach, którymi przybiegliśmy. Wierzyliśmy, że w ten sposób unikniemy piaskowego potwora. Na szczęście nie natrafiliśmy na kolejną pułapkę. Giorgio trafił do domku, w którym leżał już Yuki. Urządziliśmy tam szpital polowy, w którym Swietłana pełniła poniekąd rolę pielęgniarki, choć nie miała żadnego wykształcenia w tym kierunku. My z resztą też nie. Nasza wiedza ograniczała się do podstaw pierwszej pomocy, a szafka z lekami do apteczki na wypadek nagłych urazów. Dobrze chociaż, że mieliśmy tam antybiotyki, które utrzymywały Yukiego przy życiu. Japończyk pewnie nie byłby zadowolony ze swojego nowego, hałaśliwego współlokatora. Jednak z powodu odniesionych obrażeń i tak przesypiał większość czasu. Z resztą naszym największym zmartwieniem była noga Marca. Jak zdjąć z niej to cholerstwo? Profesor Bridges próbował podważyć witki glonu za pomocą łyżki, szybko jednak glon oplótł się wokół niej i wyrwał profesorowi z rąk.
- A może ucieknie pod wpływem ognia? - zaproponował Hans
- Kurwa, najlepiej obetnijcie mi tą nogę i dajcie spokój. - krzyczał Marc.
- To nie taki głupi pomysł - rzucił profesor Bridges. - Ale zastosujemy środki chemiczne. Przynieście mi spirytus
- Byle szybko, nie wiecie, jak to cholerstwo boli!
Swietłana podała butelkę spirytusu. Profesor śmiało polał nią nogę Marca. Glon rzeczywiście uciekał przed alkoholem. Na nieszczęście rannego biologa jego jedyną drogą ucieczki było wnętrze jego ciała. Marc zaczął się wić i krzyczeć. Przytrzymałem go wraz z Hansem, by szamocząc się nie zrobił sobie krzywdy. Nigdy w życiu nie czułem takiej siły u drugiego człowieka. Po kilku chwilach jego noga wydawała się być wolna. Pełna była tylko krwawiących punkcików, którymi glon wniknął do środka.
- I co teraz zrobimy - zapytała Selen?
- Kurwa, obetnijcie mi tą nogę, albo sam to sobie zrobię! - krzyczał Marc
- Spokojnie, spokojnie. Widzę jeszcze jedno rozwiązanie. Swietłano, przynieść whisky.
* * *
Upiliśmy Marca. Liczyliśmy, że alkohol w organizmie zmusi glona do opuszczenia swojego gospodarza. Niestety, na darmo. Widocznie stężenie było wciąż zbyt małe. Przynajmniej uśmierzyliśmy Marcowi nieco bólu. Coraz mniej krzyczał, a po kolejnej kolejce zaczął nawet się nieco uśmiechać, żartować i śpiewać. W rubaszny sposób zaczepiał Swietłanę. W końcu zasnął. Obawiamy się najbardziej tego, że będziemy go musieli utrzymywać w tym stanie aż do powrotu do cywilizacji. A ten mógł zająć jeszcze kilka dni. W końcu i my, wycieńczeni całym dniem położyliśmy się spać. Początkowo zamykając oczy widziałem wpadającego w dół Giorgio, paskudny pysk piaskowej bestii, albo słyszałem krzyk Marca, któremu glon wnikał w nogę. W końcu jednak zasnąłem. Chyba powoli przyzwyczajam się do potworności tej wyspy.
* * *
Obudziły mnie przeraźliwe krzyki i jęki. Dobiegały z domku szpitalnego. To z pewnością Marc. Musiał już zacząć trzeźwieć. W takim tempie skończy nam się whisky, nim opuścimy wyspę. Została przy nim Swietłana. Mogłem zatem spać spokojnie. Przewróciłem się zatem na drugi bok i przymknąłem oczy. Zasnąłem. Znalazłem się nad jeziorem. Dawno nad nim nie byłem. Jeździłem tam na weekendy z rodzicami. Teraz byłem jednak sam. Wędrowałem brzegiem. Nie wiedzieć kiedy, znalazłem się w pociągu. Jechałem nad morzem. w przedziale ze mną był Hans. Był zły na mnie…
- Pomóżcie, pomóżcie! - Swietłana szturchała mnie w ramię.
- wstawaj, potrzebujemy pomocy, natychmiast - Swietłana była blada. Zerwałem się z łóżka i pobiegłem za nią. Zaraz za nami ruszył Hans. Dziewczyna poprowadziła nas do pokoju z chorymi. Znajdowało się tam kilka potężnych krabów. Przypominały kraby pustelniki, lecz były znacznie większe, z rozstawionymi kończynami miały metr średnicy. Podobnie, jak pustelniki, i te zamieszkiwały znalezione w okolicy domki. Lecz zamiast muszli ślimaków niosły na grzbietach ludzkie czaszki. Jednak to nie osobliwe schronienie rzucało się w oczy najbardziej. Posiadały one pary potężnych i jak widać, bardzo ostrych szczypiec. Dobrały się one do Marca i Yukiego. Rozczłonkowywały chorych żywcem. Rzuciliśmy się na nie ze stojącymi w rogu krzesłami, lecz tylko je połamaliśmy. Zwierzęta nic sobie z tego nie robiły, odcinając kończyny naszym towarzyszom. Swietłana pobiegła po pomoc do innych domków. Ja z Hansem natomiast zaczęliśmy polewać kraby whisky i próbowaliśmy podpalać. Nie było to łatwe. Zwierzęta były nad wyraz zwinne, a ich ostre szczypce trzymały nas na dystans. Z resztą widzieliśmy, do czego są zdolne. Patrzyliśmy, jak nasi koledzy tracą życie w straszliwy sposób. Gdy przybył profesor Bridges i Selen, było tak na prawdę po wszystkim. Kraby nie interesowały się nami, zdrowymi ludźmi. Natomiast chorych błyskawicznie poćwiartowały i trzymając w szczypcach wynosiły do morza. Profesor Bridges zatrzasnął drzwi domku, w którym było jeszcze kilka osobników i podpalił cały budynek.
* * *
Do rana już nie zmrużyłem oka. Wystawialiśmy warty, by cały czas ktoś obserwował okolicę, lecz nawet w chwilach spoczynku nie mogłem zasnąć. Z resztą podobna przypadłość dopadła chyba każdego w obozie. Chciałbym powiedzieć, że po śmierci Giorgio, Yukiego i Marca oraz pilotów atmosfera w obozie stała się wyjątkowo ponura. Fakt jest jednak taki, że już po śmierci Jose nastrój wszystkich był na tyle paskudny, że nie mógł być gorszy. A my nie mieliśmy czasu do stracenia. Musieliśmy zbudować tratwę. Prace szły nader sprawnie, być może właśnie napędzała nas żałoba i chęć zapomnienia o dotychczasowych wydarzeniach. W przerwie w pracy zagadałem profesora Bridgesa
- Jaki w ogóle jest sens życia?
- Sen życia? Dobre sobie. Wiem, że nie ma głupich pytań, ale to jest źle sformułowany problem badawczy.
- A jak ty byś go sformułował?
- Pytając o sens życia zakładasz od razu, że jakiś sens życia jest. Ja bym zapytał, czy życie ma sens?
- z punktu widzenia biologii sensem życia jest przedłużenie gatunku i wydanie potomstwa
- I znowu błędne założenie. Wydawanie potomstwa i przedłużenie gatunku jest jedynie skutkiem życia. Oczywiście ewolucja faworyzuje te populacje, które dążą do rozrodu i przekazują swoje geny. Inne po prostu wyginą. Ale czy istnienie samo w sobie nadaje sens życiu?
- Jaki zatem widzisz sens życia?
- Ja? Nie widzę żadnego. Cokolwiek nie zrobisz, nic nie jest na zawsze. Świat zmierza do rozpadu. I tak ostatecznie nasz gatunek wyginie. Słońce eksploduje pochłaniając naszą planetę. Jedyne, co możemy zrobić, to dobrze wykorzystać ten krótki czas, jaki został nam dany na Ziemi. Możesz go przesiedzieć w łóżku ze smartfonem w ręku, a możesz wylądować na Atolu Bikini. Ostatecznie nie ma znaczenia, ile pracowałeś, ile prac badawczych napisałeś. To tylko liczby. Znaczenie ma to, co sam doświadczyłeś. Nie żałuję, że tu przyjechałem, choćbym miał tu zginąć.
- ja odnajduję sens w swoim wkładzie do nauki
- a dla kogo ten wkład? Dla kilku takich pasjonatów, jak ja i ty. Przyznaj się. Oboje jesteśmy naukowcami, oboje jesteśmy biologami. Ale ile przeczytałeś moich prac o mięczakach? Większość naszych badań służy grupce pasjonatów.
- Nie do końca tak jest, te badania czytają także popularyzatorzy nauki, którzy potem przedstawiają to szerszej publiczności
- Problem w tym, że szersza publiczność się zawęża. Szerzy się natomiast pseudonauka, płaskoziemcy, antyszczepionkowcy i kreacjoniści.
- Skąd u profesora taki dekadentyzm?
- po prostu z wiekiem uświadamiasz sobie, że niektóre rzeczy, za którymi goniłeś, są już bez znaczenia
Sam nie wiedziałem, jak odpowiedzieć na to stwierdzenie. Zastanawiałem się nad sensem życia i jego wartością. Gdyby życie nie miałoby sensu to i nie miałoby znaczenia. A zatem śmierć nie byłaby niczym strasznym. Wizja ta wydawała mi się zbyt okrutna i nie byłem w stanie przyjąć punktu widzenia profesora Bridgesa. Ale sensu życia jak do tej pory również nie odnalazłem. Pod wieczór wróciłem do mojego pokoju. Hans leżał w łóżku i patrzył się w sufit. Swietłana krzątała się jeszcze nieco po pokoju i na zewnątrz, ale i ona wkrótce się położyła. Sam szybko zasnąłem. Wysiłek fizyczny robi swoje. Rano obudził mnie krzyk Swietłany.
- On zniknął, nie ma go!
- Co się stało?
- Hans zniknął!
OSTATNIA DOBA NA WYSPIE
Zniknięcie Hansa bardzo skomplikowało nasze plany. Tratwa była już na ukończeniu i planowaliśmy nazajutrz wyruszyć w podróż ku cywilizacji. Profesor Bridges zabronił opuszczanie obozu po wypadku Giorgiego. Mało prawdopodobne, by Hans wykazał się taką niesubordynacją. Może jednak czegoś szukał? Czy mógł go zwabić jakiś tutejszy drapieżnik? Widziałem już tu takie stworzenia, że jestem w stanie uwierzyć we wszystko. Swietłana twierdzi, że po wszystkich wypadkach ma bardzo lekki sen i z pewnością obudziłby wychodzący z domku Hans. Jednak i ona ciężko pracowała przy budowie tratwy i była zmęczona. Ostanie wydarzenia źle na nią wpływają. Uważa, że Hans po prostu zniknął. Żal mi tej dziewczyny. Choć i ja sam nie zauważyłem momentu, w którym Hans miałby opuścić pomieszczenie. Jego buty zostały w środku, tak samo ubranie. Musiałby wyjść w piżamie - lub zostać wyciągnięty przez jakiegoś drapieżnika. Nigdzie nie było jednak śladów dzikiego zwierzęcia. Ustaliliśmy najbardziej prawdopodobną wersję - Hans wyszedł z domku za nagłą potrzebą i wówczas to musiało wydarzyć się coś złego. Najbardziej prawdopodobne wydawało się odnalezienie go w pobliskich zaroślach. Szukaliśmy długo, lecz bezskutecznie. Zapuszczaliśmy się coraz dalej od obozu, lecz nie było ani śladu obecności Herringa. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Wróciliśmy do obozu. Tratwa była już niemal gotowa, postanowiliśmy jednak czekać jeszcze jeden dzień. Wieczorem położyłem się wcześnie spać. Gdy już przysypiałem, poczułem czyjąś obecność. Otworzyłem oczy. Nade mną stała Swietłana.
- Słuchaj Brad… wydarzyło się tu tyle strasznych rzeczy. Ciężko mi to wszystko znieść. Ja… ja chciałabym się po prostu przytulić.
- hmmm, no dobrze - powiedziałem przesuwając się, by zrobić Swietłanie miejsce. Na początku naszego wyjazdu marzyłem o tej chwili, teraz jednak, po tym, co się tu działo, nie czułem niemal nic. Objąłem Swietłanę. Patrzyliśmy sobie w oczy. Czułem, jak napięcie ostatnich dni ze mnie schodzi, jak mięśnie się rozluźniają. Zacząłem się zastanawiać, czy nie potrzebowałem tego bardziej, niż ona. Jej wyraz twarzy powoli się zmieniał. Nabierała rumienców, a w jej oku pojawił się błysk. W końcu pocałowała mnie. Na początku delikatnie, nieśmiało. Drugi pocałunek był już jednak dużo bardziej namiętny i zdecydowany. Dziewczyna miała duży temperament. Po pocałunku zacząłem zasypywać całusami jej szyję. A potem zjechałem niżej, do dwóch dorodnych piersi. Przypomniało mi się, jak wpatrywałem się w nie, lecąc na tą wyspę. Jak marzyłem by jej zdobyć. Nie mogłem jednak spędzić całej nocy na jej piersiach. W końcu przyszła pora, by ruszać w dal, a raczej w dół. I tak w końcu znalazłem się między udami. Stłumione, siłą powstrzymywane jęki dziewczyny niosły się po wyspie. Było mi wszystko jedno, czy przyciągną one tutejsze drapieżniki. Byłem gotów zginąć spleciony z ciałem Świetłany. Śmierć przy nie byłaby lepsza, niż życie w samotności.
* * *
Rano obudziłem się u boku Ukrainki. Jej oczy były pełne życia, radości, może też i zawstydzenia. Chciałbym poleżeć jeszcze u jej boku, ale musieliśmy się szykować do podróży. Nie chciałem, by nakrył nas profesor Bridges. Byłby bardzo niepocieszony. Czułem, że wszystkie zagrożenia odeszły w dal, że mógłbym spędzić już całe moje życie na wyspie, razem ze Swietłaną. Było trzeba jednak wstać z łóżka i zderzyć się z brutalną rzeczywistością. Dopóki nie dopłyniemy do archipelagu Rongelap, dopóty nie możemy się cieszyć, że uszliśmy z tego cało. Śmierć na Bikini mogła nadejść w każdej chwili. Ubraliśmy się i zrobiliśmy herbatę. Wówczas przyszedł do nas Bridges. Miał wyjątkowo zasępioną minę.
- Co się stało? - zapytałem
- Selen nie żyje.
- Co!? Jak to? - wybiegłem z domku.
- Stój Brad! Nie chcesz tego oglądać. Nie wiele z niej zostało. Naprawdę Brad. Nie mam pojęcia, jak to się stało. Spaliśmy w jednym domku, zamknęliśmy drzwi od środka… A rano, gdy się obudziłem…- głos zamarł mu w gardle, profesor zaczął płakać.
- Profesorze, bardzo mi przykro, ale proszę wziąć się w garść. Chociaż na moment. Musimy tylko zwodować tratwę i ruszyć w rejs. Opłaczemy zmarłych na Rongelap. Musimy opuścić tą wyspę.
- macie rację. Pora opuścić tą przeklętą wyspę.
Zaczęliśmy szykować się do rejsu. Właściwie przed nami nie było już wiele pracy. Zwodowaliśmy tratwę i załadowaliśmy zapasy na pokład. Mieliśmy wodę pitną i jedzenie, a także kanistry z benzyną. Gdy byliśmy gotowi do odpłynięcia, profesor stanął na brzegu.
- Powodzenia, ja tu zostaję.
- Coo takiego? Nie ma mowy. Tu nie da się przeżyć.
wyciągnął kotwicę i popchnął naszą tratwę w stronę morza.
- To ja sprowadziłem śmierć na tych ludzi. Ja odpowiadam za to, że się tu znaleźliśmy. Zostanę z moimi ludźmi. Wy musicie uciec do cywilizacji. Jesteście młodzi, całe życie jeszcze przed wami. Musicie opowiedzieć o tym, co tu się wydarzyło.
- Ależ profesorze - zaoponowałem, po czym odpaliłem silnik i zacząłem zawracać kreśląc duży łuk na wodzie. Tratwa nie była jednak zbyt zwrotna. W trakcie tego manewru z wody wyłonił się człekokształtny stwór. Miał zielonkawo-niebieską skórę, przypominał człowieka, lecz miał przygarbioną sylwetkę małpy i był potężnie zbudowany. Posiadał także potężny ogon zwieńczony rybią płetwą. Przypominał skrzyżowanie Fantomasa ze świątecznym karpiem. Jego Citroen DS musiał jednak leżeć gdzieś głęboko na dnie morza, gdyż do poruszania używał silnych mięśni ud. Stanął tuż przed profesorem. Widziałem w jego oczach, że pogodził się z losem. Mięśnie jednak cały czas chciały walczyć o życie. Stwór wyprostował się i uderzył go w głowę. Ten zamroczony upadł do wody. Stwór zanurzył się. Przez chwilę trwała nawet szamotanina, na powierzchni wody na zmianę pojawiały się białe i zielone ręce. W końcu jednak ruch ustał i tafla wody zamarła. Całość akcji trwała tylko kilka chwil. Gdy dotarłem na miejsce, po profesorze pozostały jedynie zanikające już kręgi na wodzie. Nie było szans na ratunek. A ja nie odpowiadałem już tylko za siebie, lecz także za Swietłanę. Spojrzałem w jej przerażone oczy. Skierowałem się w stronę wyjścia z atolu i odpaliłem silnik. Objąłem mocno moją towarzyszkę podróży. Czułem, jak płyną jej łzy po policzkach. Jedenaście osób przybyło na wyspę Bikini. Lecz tylko dwie uszły żywo z tej wyprawy. To był już koniec. Patrzyliśmy, jak wyspa robi się coraz mniejsza. Zostawialiśmy to wszystko za sobą. Jednak za nami zostawali także nasi przyjaciele, którym nie było dane opuścić tej wyspy. Zginęli w makabrycznych okolicznościach. Przyjechali prowadzić badania naukowe, za co zapłacili najwyższą cenę. Ale to wszystko już za nami. Wracaliśmy na Wielką Ziemię.