Jump to content

Mroczne niebo


Alvarin
 Share

Recommended Posts

Moje pierwsze opowiadanie. A dokładniej pierwsze dwa rozdziały. Jak się spodobają to dorzucę kolejne. Pozdrawiam:) _______________________________________________________ "Mroczne niebo" Rozdział I - Przesłuchanie -co wam odbiło koty pie***one? Rzekł nerwowo jakiś stalker w mundurze Nowej Zony, przyciskając do ziemi młodego człowieka w obszarpanej kurtce używanej przez najmłodszych stażem obywateli Zony -Ile razy trzeba wam powtarzać, żadnych strzelanin na terenie naszej bazy! Jak się nazywasz? -Mi... Michaił... Wycedził przez zęby leżący na ziemi chłopak ledwo panując nad emocjami. Nieco dalej drugi "nowozonowiec" sprawdzał jak poważne są rany drugiego stalkera, a wokół zdążył się już zgromadzić mały tłumek gapiów. Nie ważne jakie są okoliczności, ale ludzi dziwnym trafem zawsze ciągnie tam, gdzie się coś dzieje, zawsze ciekawość bierze górę i nie inaczej jest też tutaj, w najbardziej niegościnnym rejonie na planecie, którą nazywamy naszym domem... Następne wydarzenia potoczyły się bardzo szybko, a przynajmniej tak się Michaiłowi wydawało. Zabrali mu właściwie cały ekwipunek, związali mu ręce i zaprowadzili do jakiegoś zamkniętego pomieszczenia. Pokój jak właściwie wszystko w zonie nie wyglądał zbyt zachęcająco. Nikt tu sobie nie zaprzątał głowy odmalowaniem ścian czy wymianą mebli. Jedyne okno było dość dokładnie zabite deskami, jednak przez szpary przedostawały się pojedyncze promienie zachodzącego słońca. Posadzono go na krześle, które sprawiało wrażenie, że zaraz się rozpadnie pod jego ciężarem, a było ono oprócz starego biurka jedynym wyposażeniem pomieszczenia. - "Jedne drzwi, jedno okno, jedno krzesło, jedno biurko... i to można tutaj już uważać za luksusowe pomieszczenie a do tego ciągła kosa ponurego żniwiarza nad karkiem... po co ja się tu pchałem?" - pomyślał chłopak, kiedy drzwi za nim się otworzyły i ktoś przez nie wszedł do pomieszczenia. Minął krzesło Michaiła i usiadł na biurku zakładając nogę na nogę. Postać wyciągnęła z kieszeni paczkę papierosów i zapaliła jednego. Paląc, z rozbawieniem obserwowała pojawiające sie na twarzy chłopaka zdziwienie. Ale jaka mogła być jego reakcja kiedy przed nim w promieniach słońca i oparach dymu siedziała na biurku... kobieta! Ubrana była jak każdy inny człowiek w Zonie do tego stopnia, że gdyby założyła jakiś hełm lub maskę przeciwgazową praktycznie nie byłoby szansy się tego domyślić dopóki by się nie odezwała. - Zamknij jadaczkę, bo Ci odpadnie, a jeszcze Ci się przyda jeżeli nie chcesz skończyć w najbliższej anomalii - Powiedziała dużo ostrzejszym głosem niż mógłby się spodziewać. Jej twarz nie należała do najpiękniejszych. Krótkie, ostrzyżone na jeża włosy i całkiem spora narośl na lewym policzku sprawiały, że nie była pociągająca, ale na bezrybiu i rak ryba... - Mam cię przesłuchać i zdecydować co z tobą zrobić... więć lepiej będzie, jak grzecznie mi powiesz co się tu do jasnej cholery stało. Zaciągnęła się papierosem, po czym zgasiła go na narośli na policzku i rzuciła peta za siebie jednocześnie schodząc z biurka i nachylając się nad Michaiłem tak, że ich nosy prawie się stykały - będziesz grzecznym chłopczykiem i zaczniesz współpracować z mamusią, czy mamusia ma ci załatwić ostatnie lanie w Twoim życiu? Patrzyli sobie chwilę prosto w oczy, całkowicie bez ruchu. Michaił mógłby przysiąc, że ona nawet nie oddychała. Nie wytrzymał jednak i zwiesił głowę omal jej przy tym nie uderzając czołem w nos - Dobrze, powiem co tylko chcesz. Kobieta wyprostowała się, podeszła do okna i oparła się o ścianę wpatrując się przez szpary w deskach w krajobraz roztaczający się za oknem - A więc wytłumacz mi, dlaczego to zrobiliście, dlaczego złamaliście jedną z najważniejszych naszych zasad - poza areną jeśli nie zostaniemy zaatakowani z zewnątrz - całkowity zakaz używania broni? - Chyba muszę zacząć od samego początku. Jestem Michaił, a ten którego postrzeliłem, to Andriej, mój kolega...-przełknął slinę, i dokończył prawie szeptem- ...z wojska... Słysząc to kobieta odwróciła się wyraźnie zainteresowana - Proszę proszę, mamy wojskowych... kolejny powód, żeby ci wsadzić kulkę w łeb... ale przynajmniej jesteś szczery, więc może ten fakt zostanie między nami, jeżeli dobrze sie ze wszystkiego wytłumaczysz... Jestem Michaił, a ten którego postrzeliłem, to Andriej, mój kolega z wojska. Ja jestem zwykłym starszym szeregowym, służyłem w IV brygadzie piechoty stacjonującej w jednostce kilka km na wschód od Kijowa. Andriej natomiast był patologiem. Cywilnie wspomagał naszych lekarzy, kiedy docierały do nas jakieś "materiały" z wewnątrz zony. Jakieś resztki mutantów i stalkerów, a że facet był... przepraszam, jest jednym z najwybitniejszych umysłów wsród lekarzy to pomimo tych wszystkich tajemnic wojskowych miał pełen dostęp do tego całego ścierwa, bez niego wojskowi nic by nie osiągnęli. Zawsze jednak dbano, żeby wszelkie PDA i inne dokumenty zabierać zanim dostał ich na stół. Raz chyba jednak coś przegapili i jeden z PDA trafił w jego ręce. Dopiero później, już w Zonie, powiedział mi o tym co na nim było i że w ogóle go znalazł. Wtedy jednak, w dniu kiedy ta historia miała się dla mnie rozpocząć na dobre usłyszałem od niego jedynie: - Czy nadal mogę Ci ufać? To było całkowite przeciwieństwo dzisiejszego dnia. Zimny jesienny wieczór, deszcz lał jak z cebra. Przemykałem pomiędzy budynkami mojej jednostki do koszarów, gdzie czekało na mnie ciepłe łóżeczko i suche ubranie. Już w środku stanąłem przed lustrem wycierając twarz materiałowym "znaczkiem pocztowym" który wszyscy nazywali dumnie "ręcznikiem". Przyzwyczaiłem się w domu do o wiele większych ręczników, no ale trudno. Sam tego chciałem decydując się na karierę zawodowego żołnierza. Jak widać mam nosa do podejmowania złych decyzji. Najpierw wojsko, potem Zona. A do tego mijał własnie rok od ślubowania. nie tak sobie wyobrażałem pierwszą rocznicę. Mieliśmy opijać ze znajomymi po służbie ten dzień, ale przyszła spora dostawa mięska z Zony i większość musiała zasuwać dziś dłużej niż ustawa przewiduje. Mnie się udało moją robotę wykonać szybciej i wymknąć się "po angielsku" zanim ktokolwiek sie zorientuje, że skończyłem i rozkaże mi pomagać innym. Chrzani mnie czy się zorientują, że mnie nie ma i bd miał przerąbane czy nie. Najwyżej będzie musiał postawić kapralowi kilka butelek kozaka i będzie po kłopocie. Facet już nie raz udowadniał, że ma dar przekonywania przełożonych... Dostaje dziennie tyle kozaków, że mógłby otworzyć sklep monopolowy, bo towar do niego miałby za darmo. Przebrałem się w suche rzeczy i walnąłem się na łóżku, kiedy do pokoju wszedł Andriej. Przysiadł na krawędzi, i szepnął -Czy nadal mogę Ci ufać? -A może tak dzieńdobrywieczór najpierw? - odburknąłem -Jak zwykle w dobrym humorze co? Ale nie mam czasu na żarty, mogę Ci zaufać, czy nie? Podniosłem się na łokciach i spojrzałem mu w twarz, która była dziwnie napięta. Widać było, że coś go trapi -Oczywiście, że tak. Zawsze możesz na mnie liczyć, zwłaszcza po tym jak... -Tak, tak, zawsze sobie to wypominasz, ale to było dawno i nieprawda. Zresztą co to za przysługa. Teraz chodzi o coś o wiele większego. Rozejrzał się po pustym pokoju jakby bał się, że ktoś sie schował pod łóżkiem. W pokoju były jeszcze 4 inne łóżka, ale wszystkie były puste. Nie wiedziałem do jakiej roboty ich teraz zagonili i powoli czułem, że będę miał z tego powodu kłopoty. Nie wiem, czy już można mówić o dezercji w takim przypadku, kiedy "tylko" opuszcza się służbę, ale powoli czułem, że ten dzień nawet jak nie zauważą mojego braku na placu i tak będzie miał poważne konsekwencje - i nie myliłem się... Rozdział II - Rozmowa nad szpitalnym łóżkiem -Co z nim? -Wyliże się. Większość to niegroźne rany postrzałowe. Nie stracił też jakoś strasznie dużo krwi. Może być porządnie osłabiony, ale ma kosmicznego farta, że skończyło się to tylko tak. Szybko udzieliliśmy mu pomocy i za kilka tygodni będzie w stanie ruszyć znowu w Zonę. -Czy mogę z nim porozmawiać doktorze? -Wszystko zależy od niego, czy będzie na siłach. Ja nie widzę żadnych przeciwwskazań. -Dziękuję za to co pan zrobił. -Tja... ja go załatałem, a pan go przesłucha i pewnie skończy się jak zwykle kulką w łeb... wielka mi wdzięczność za moją pracę -Złamali nasze prawo, muszą ponieść konsekwencje jeżeli nie mają naprawdę dobrego wytłumaczenia Jedyne co pamiętał odkąd Michaił odtworzył do niego ogień, to nie kończące się pasmo bólu. Podobno został trafiony kilka razy, ale były to niegroźne postrzały ramion i brzucha i wszystko będzie w porządku. Ciekawe, czy to prawda, czy tylko go pocieszają. Pomimo środków znieczulających podanych podczas operacji ciągle czuł niesamowity ból, którego źródło ciężko było określić, bo promieniował na całe ciało. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Było całkiem spore, były w nim trzy wejścia, po jednym na każdej kolejnej ścianie, a wzdłuż jedynej pozbawionej drzwi stała ogromna szafa z jakimiś preparatami. Tuż obok tej szafki stało łóżko na którym leżał. Na stole nieopodal leżały różne narzędzia chirurgiczne. Wszystkie ułożone w idealnym porządku, gotowe do kolejnej operacji. Tuż nad jego głową zwisała resztka żyrandola, jednak pozbawiony był wszystkich kloszy, żeby żarówki dawały mocniejsze światło. Było to chyba jednak zrobione tylko dla żartu, bo z 6 żarówek tylko 2 się świeciły, jedna była stłuczona, a trzy pozostałe jeśli były kiedykolwiek wkręcone, to musiały się chyba wybrać na spacer. Dopiero teraz zauważył stojącą w najdalszym kącie pokoju dwójkę ludzi. Rozmawiali o czymś ściszonymi głosami. Właściwie rozmawiali o kimś i nawet wiedział chyba o kim, w końcu ciągle sie na niego patrzyli. Jednego pamiętał. To on go zoperował, wyciągnął mu nadmiarowy ołów z ciała i pobawił się igłą z nitką zaszywając jego rany. No dobra, robił to całkiem sprawnie, ale mógłby kuźwa użyć jakiegoś znieczulenia... Był to jakiś lekarz, ubrany w kitel, który kiedyś chyba był biały, teraz jednak ciężko było rozpoznać pierwotny kolor. Sam mężczyzna był starszym jegomościem w okularkach i ze śmieszną białą bródką oraz całkowitą łysiną na głowie. Najbardziej niesamowite było jednak jego spojrzenie. Dziwnie głębokie i spokojne. Jakby nic go już nie mogło zaskoczyć, jakby widział w życiu już wszystko. Drugi mężczyzna był wysokim, postawnym facetem dobiegającym może do czterdziestki, a może nawet był młodszy ale widać też było po nim wpływ strefy. Ubrany w egzoszkielet swoim widokiem musiał wzbudzać podziw innych. Z jednej strony sprawiał wrażenie człowieka bardzo zmęczonego życiem, a z drugiej kogoś za kogo warto oddać życie, bo on nie zawacha się oddać swojego za swoich ludzi. Bo kiedy będzie miał do podjęcia trudną decyzję to podejmie ją od razu i będzie ona najlepszą jaką ktokolwiek mógłby podjąć. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Jednak kiedy zauważyli wzrok Andrieja doktorek wyszedł z pomieszczenia, natomiast ten w egzoszkielecie podszedł do łóżka. -Witaj wśród żywych Andriej. Mówią na mnie Widmo i jak może słyszałeś dowodzę Nową Zoną. Złamaliście razem z tym drugim jeden z najistotniejszych punktów naszego regulaminu, więc przykro mi, ale będę musiał Cię przesłuchać. Im szybciej wyjaśnimy tą sprawę tym lepiej. Lepiej dla Ciebie. Czy jesteś w stanie teraz ze mną porozmawiać? -A mam jakiś wybór? - powiedział nieco słabym głosem Andriej -Masz, ale nie jest on zbyt ciekawy. Ktoś w tej chwili przesłuchuje... -Michaiła... -Michaiła, zgadza się. Jeżeli zrzuci on całą winę na Ciebie, a Ty nawet nie spróbujesz przedstawić swojej wersji to możesz mieć duże problemy. Dlatego powiedz mi całą prawdę o tym co spowodowało, że stanęliście jak jacyś durnie na środku bazy i zaczęliście do siebie mierzyć? Znałem Michaiła od kilku lat. Można powiedzieć, że pracowaliśmy razem. Byłem patologiem i badałem obiekty przywiezione przez wojsko z Zony, a on służył w jednostce w której pracowałem. Miałem kiedyś dość nieprzyjemną przygodę w jednostce, podpadłem wojsku. Prawie. Nie ma sensu wchodzić w szczegóły, gdyby jednak nie Andriej, to prawdopodobnie opalałbym się teraz przez kraty gdzieś na Syberii. Gdy jednak zaczęła się moja podróż do Zony (choć jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy) był paskudny listopadowy dzień. Wiało, lało i ogólnie szlak człowieka trafiał na samą myśl o opuszczeniu ciepłego i cichego schronienia w laboratorium. Na szczęście nie musiałem tego robić. Żołnierze właśnie wnosili do laboratorium i rzucali na kupkę w kącie kolejną partię obiektów z zony. Spokojnie założyłem kombinezon ochronny. Takie były wymagania. Przy badaniu każdy musiał nosić kombinezon, w końcu wiadomo co to zwłoki miały w sobie, co sprawiło, że została z nich tylko kupa mięsa? Poprosiłem żołnierza, który właśnie wnosił kolejne zwłoki, aby rzucił je prosto na stół. Rozpocząłem oględziny ciała, kiedy nagle coś zapikało w kurtce człowieka na stole. Rozejrzałem się czy nikt inny tego nie usłyszał, a następnie sięgnąłem do kieszeni i szybko przełożyłem do kieszeni fartucha znalezione PDA. -Wladimir, muszę sobie zrobić przerwę, nie najlepiej się poczułem - powiedziałem do znajomego przeglądającego kilka stołów dalej wnętrzności jakiegoś snorka i pieczołowicie notując wyniki autopsji na jakiś papierach. -oka, tylko wyź wryć szybko, coby się tryp nie zaśmirdzał -spoko, zresztą one i tak śmierdzą jak cholera, więc co za różnica? Wladimir jednak tylko odmachnął ręką. Za cholerę nie wiem czemu tak dziwnie mówi, ale nigdy w to nie wnikałem. W tej jednostce każdy miał jakieś swoje tajemnice, a przekonałem się na własnej skórze, że im mniej się wie, tym lepiej się śpi. Pognany ciekawością zamknąłem się w swoim gabinecie i zacząłem przeglądać PDA. Był tam pamiętnik, prawdopodobnie prowadzony przez trupa przy którym go znalazłem. Mówił bardzo dokładnie o tym jak się dostał do Zony i co tam znalazł... wyobraź sobie artefakt, który w odpowiednich warunkach tworzy inne artefakty... po dogłębniejszym zbadaniu go stanowiłby nie kończące się źródło artefaktów... pomyśl, jakie to możliwości... pomyśl, jakie to pieniądze... Decyzja była prosta - wyruszam do Zony w poszukiwaniu tego artefaktu. Wiedziałem jednak, że samotnie mi się nie uda. Znałem tylko jedną osobę której ufałem na tyle żeby jej powiedzieć o moim planie, a do tego mieć nadzieję, że się do mnie przyłączy. Kilka minut później byłem już w koszarach, i rozmawiałem z Michaiłem na temat moich planów. Nie bez oporów, ale się zgodził do mnie dołączyć. Kolejnym krokiem było załatwienie transportu do zony. na szczęście w PDA było nazwisko kontaktu, który może umożliwić przebycie Kordonu bez większych problemów z wojskiem. Człowiek ten, który w późniejszych wpisach pojawiał się jako Bankier, podobno w każdą drugą środę miesiąca kontaktował się z profesorem radiologii na uniwersytecie kijowskim. Znalezienie tego profesora w dobie internetu nie sprawiło mi żadnych trudności, teraz trzeba było tylko czekać na drugą środę miesiąca i zobaczyć z kim się ten profesor spotka. Zawsze była szansa, że tego dnia będzie miał mnóstwo spotkań z różnymi ludźmi, ale liczyłem, że stalkera da się rozpoznać nawet w tłumie jeśli się go spodziewa. Nie myliłem się.

  • Dodatnia 4
Link to comment
Share on other sites

Rozdział III - A więc chcesz jechać do Zony? -Artefakt tworzący nowe artefakty, tak? - spytała z drwiną w głosie tajemnicza kobieta-stalker - słyszałam różne historyjki, ale ta jest nadzwyczaj głupia... -Głupia, oj głupia... cały czas sobie pluję w brodę, że w niego uwierzyłem. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem o co chodzi Andriejowi. Przyszedł do mnie do koszarów i przedstawił mi wizję wielkiej przygody na której możnaby się bardzo wzbogacić. Tamtej nocy w ogóle nie mogłem usnąć. Cały czas roztrząsałem wszystkie za i przeciw. W sumie co miałem do stracenia? Niewiele. Co jest warte życie szeregowca na obrzeżach stolicy Ukrainy? Niewiele... A tyle mogłem zyskać... Rano od razu udałem się do Andrieja, żeby powiedzieć mu, że wchodzę w to. Ucieszył się, ale im bliżej byliśmy momentu wyruszenia do zamkniętej strefy czarnobylskiej tym trudniej nam było się uśmiechnąć. Kilka dni później umówił nas na spotkanie z kimś, kto miał nas przerzucić do Zony... Nie wiem, czy powinienem mówić, że spotkanie miało miejsce bardzo późno w nocy, czy już bardzo wcześnie rano. Czekaliśmy w samochodzie pod pewnym mostem nad Dnieprem około 4:30. W pewnym momencie z naprzeciwka nadjechał jakiś czarny suv. Jeśli dobrze kojarzę to było BMW x5. Zatrzymał się, i mrugnął światłami. Odpowiedzieliśmy tym samym, i przesiedliśmy się do niego. -Bankier, prawda? -A wy jesteście chętnymi na skorzystanie z mojego biura podróży? Uprzedzam, że sposób transportu nieco odbiega od standardów klasy biznes w samolotach pasażerskich... Bankier z Andriejem dogadywali szczegóły naszej podróży, a ja mogłem się mu przyjrzeć. Szykownie ubrany mężczyzna w sile wieku, w eleganckim samochodzie. Jego głos był bardzo niski i opanowany, ale jego twarz była całkowitym przeciwieństwem głosu. Był niespokojny, cały czas się rozglądał, nie potrafił utrzymać wzroku w jednym miejscu. Gdyby nie powaga sytuacji, to chyba zacząłbym się z niego śmiać. -A więc tak, zostaniecie zapakowani w skrzynie z zaopatrzeniem dla wojska w Kordonie. Będziecie mieli 3 skrzynie. Po jednej na każdego z was i jedną na sprzęt. Będę osobiście na miejscu rozpakowywał towary tak jak zawsze. Wtedy jestem sam w magazynie i nikt mi nie przeszkadza. Wypuszczę was ze skrzyń, ubierzecie się, a kiedy się ściemni wymkniecie się z bazy. Baza, to bardzo duża nazwa dla tego czegoś. Trzy budynki w tym dwa piętrowe, jeden parterowy i dodatkowo barak na kółkach. Wy będziecie w tym parterowym i wyjdziecie spokojnie drzwiami na północ. Wojskowi są baaardzo odważni, ale tylko w świetle dnia. W nocy jedyni żołnierze obserwujący teren to dwaj żołnierze na dachach piętrowych budynków ze szperaczami obserwującymi okolicę. Ale nie przejmujcie się nimi. To moi znajomi, "nie zauważą" was. W tej okolicy nie powinno być ani anomalii, ani bandytów, mutanty też się tam raczej nie zapuszczają, więc powinniście bez problemu dotrzeć do wioski wolnych stalkerów. Pasuje wam takie coś? -Pewnie. Kiedy to będzie miało miejsce? -Kiedy mi zapłacicie. -A już się łudziłem, że spotkałem ukraińską Matkę Teresę która oprowadzi nas po Czarnobylu za ładne oczy - wyrwało mi się z drwiną w głosie. Obaj panowie spojrzeli na mnie krzywo i wrócili do swojej rozmowy -Wiecie panowie... - rzekł ponownie Bankier dokładnie omiatając nas wzrokiem - doszły mnie słuchy, że sami jesteście wojskowymi, a w tym przypadku pieniądze nie są najważniejszą rzeczą jaką mogę od was dostać... Załatwcie mi skrzynię amunicji do broni maszynowej kaliber 5.45 a ja załatwię wam transport... -Że co? - prawie krzyknąłem wzburzony - a skąd mamy takie coś wytrzasnąć? Myślisz, że naboje rosną na drzewach? -Czasem w jednostkach wojskowych ginie część zapasów i nikt się tym strasznie nie przejmuje... Jeżeli to cię pocieszy, to ja w Was wierzę. A teraz koniec spotkania. - odwrócił się od nas i zapalił silnik dając nam wyraźnie znak, że pora abyśmy opuścili samochód. BMW odjechało pozostawiając mnie sam na sam z Andriejem i moimi ponurymi myślami. -Andriej, jak ty gościa właścieie znalazłeś? Na takich ludzi się nie wpada pod budkąz kebabem? -Nie było to łatwe tego możesz być pewien. I raczej nie próbuj tego nigdy robić. Opowiem Ci o tym kiedyś ale teraz nie mamy czasu do zmarnowania. Wsiadaj czas zacząć kompletować wyposażenie. W tych gaciach które masz na sobie to możesz co najwyżej poderwać jakieś mewy na plaży, do Zony wujek Andriej załatwi Ci strój wieczorowy, a Ty w tym czasie pokombinuj co z tą przeklętą amunicją... Kolejna noc podczas której nie mogłem zasnąć. Andriej kombinował cały sprzęt dla nas, ubrania, jakieś chemikalia, apteczki, wykrywacze anomalii, liczniki Giegera i tym podobne, ja miałem skołować uzbrojenie. Przewracałem się z boku na bok roztrząsając kolejne scenariusze, ale tylko jeden wydawał mi się wykonalny, ale jednocześnie nie miałem po jego realizacji po co wracać do świata zewnętrznego jeśli nie udałoby mi się znaleźć w zonie czegoś naprawdę cennego. Zostało mi wrócić obrzydliwie bogatym, lub umrzeć w Zonie próbując nim zostać, bo wojsko mi nie wybaczy tego, co planowałem zrobić. Rozdział IV - Jeśli coś może pójść źle, na pewno tak będzie Piątek po południu. Wszystko było gotowe. Andriej skołował sprzęt, a około dziewiętnastej mieliśmy się stawić w hangarze Bankiera na obrzeżach miasta. Tam mieliśmy zostać "zapakowani i wysłani" do Czarnobyla. Została tylko moja część umowy - zdobycie uzbrojenia dla nas i amunicji w charakterze zapłaty dla Bankiera. Wszystko miało się odbyć właśnie w piątek. Co to ma za znaczenie? Nikt w koszarach za bardzo już nie przestrzega regulaminu. Wszyscy tylko myślą o przepustkach na weekend, a cała reszta poza paroma służbistami była podchmielona. Żal im siedzenie ściskał, że inni spotkają swoich bliskich i znajomych, a oni będą musieli siedzieć w jednostce, więc pili po służbie na umór. Jeśli miało się udać, to tylko dzisiaj. Około godziny siedemnastej z flaszką schowaną pod ubraniem udałem sie w kierunku arsenału. W piątki siedzi tam Sasza i wszystkiego pilnuje. Nie było żadnej dodatkowej straży bo i po co? Kto by się włamał do składu amunicji w środku bazy wojskowej? Plan był więc prosty: zaprzyjaźnić się z Saszą za pomocą płynnych procentów. Potem już zostało tylko liczyć na jego słabą głowę i można byłoby do woli buszować po składzie. Zapukałem do drzwi i nie czekając na zaproszenie wszedłem do środka. Na krześle za czymś w rodzaju lady siedział Sasza. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałem. Wysoki mięśniak z kwadratową szczęką i kieszonkowym mózgiem, a jedynym co go odróżniało od Arnolda Swarzeneggera było to, że Sasza nie miał większych szans na karierę filmową. Nie to, żebym ja był jakimś przystojniakiem... Ale gość miał w swojej postawie coś co powodowało chęć do ucieczki. Ciężko powiedzieć nawet co to było poza oczywiście jego postawą. Akurat był w trakcie przeglądania jakiegoś "świerszczyka" i nawet nie zwrócił uwagi na moje pojawienie się w pokoju. No a przynajmniej udawał, że mnie nie widzi. -Hej stary, co tak tu siedzisz z nosem na kwinte? - starałem się, żeby mój głos brzmiał pewnie i żeby nie było widać drżenia moich nóg - wszyscy albo się pakują, albo sprawdzają czy wódka nie zwietrzała, a ty oglądasz jakieś gazetki? Podniósł na mnie swoją głowę i musiałem przyznać jedno - w życiu nie widziałem tak tępego wyrazu twarzy! Znam kilka buldogów które mają bardziej inteligentnie wyglądające pyski... -Czeego tu chce? -Cała moja ekipa dostała przepustki. Tylko mnie karnie usadzili tutaj. No i tak siedzę i patrzę, że się alkohol marnuje i trzeba by go wykorzystać. A do lustra przecież pić nie będę, no to zacząłem szukać kogoś, kto napije się ze mną i trafiłem tutaj. Mówiąc to wyciągnąłem flaszkę. Nie wiedziałem, że stać mnie na tak głupi tekst ale Sasza inteligencją nie grzeszył, więc jakaś nadzieja była... -To niech szuka gdzie indziej, ja absy... abtys... ja nie pijący jesteem... K***a mać, tego mi brakowało... W całym naszym kraju jest może ze trzech abstynentów a ja musiałem trafić akurat na jednego z nich. Niewiele myśląc rzuciłem się przez ladę, żeby uderzyć go butelką w głowę i spróbować ogłuszyć. Pech chciał, że coś było rozlane tuż przed ladą i poślizgnąłem się robiąc artystyczny fikołek spadając na ziemię po drugiej jej stronie. Butelka poszła w drzazgi, a płyn rozlał się po podłodze. Ruch ręką z butelką tuż przed upadkiem był jednak na tyle czytelny, że nawet taki gamoń musiał się zorientować co chciałem zrobić. Poczułem soczystego kopniaka w bok, aż zwinąłem się z bólu. -czego ty chcieć? Ty próbowałeś mnie uderzyć? Przy czym pochylił się nade mną, mocnym uściskiem dłoni złapał mnie za głowę i podciągnął za nią nieco do góry. Nagle drzwi się otworzyły i kantem oka dostrzegłem w nich znajomego kaprala Łapę, tego o którym już wspominałem, a który zawsze wyciąga mnie z bagna którego sobie narobię. Niewiele myśląc wyciągnąłem zza pasa nóż wojskowy i wbiłem go na oślep w stojącego nade mną olbrzyma. Los chciał, że trafiłem w gardło. Poczułem na ręku ciepłą posokę płynącą z rany jaką zrobiłem. Sasza upadł koło mnie dławiąc się w spazmach własną krwią, po czym znieruchomiał. Łapa przeskoczył zwinnym ruchem przez ladę i dopadł do mnie w momencie kiedy się podnosiłem z ziemi. -Co ty wyprawiasz, Pogrzało cię już zupełnie? -Łapa, spadaj stąd. Nie chcę, żebyś miał kłopoty a ja i tak mam już przerąbane... Nie miałem wyjścia musiałem to zrobić. -Co się ku**a z tobą dzieje, Michaił? -Mówię ci, idź stąd. I pamiętaj nic nie widziałeś! Nie mogę Ci nic powiedzieć. Złapał mnie za fraki i obrócił do siebie. Spoglądając mi prosto w oczy mówił powoli, starając się mówić jak najwyraźniej, prawie sylabizując. Czułem się, jakbym był małym dzieckiem któremu wszystko trzeba mówić wielkimi literami bo inaczej nic nie zrozumie. - Nie mogę cię z tego wybronić jeśli nie dowiem się co tu się stało, więc gadaj ośle! Spuszczając głowę podniosłem nieco zakrwawiony nóż i zawstydzonym głosem powiedziałem -Nie zmuszaj mnie tak jak on, do zrobienia czegoś, czego bym potem bardzo żałował. Błagam cię, nie wtykaj nosa w tą sprawę, za bardzo cię lubię, żeby ci zrobić krzywdę... Spojrzał na mnie krzywo tymi swoimi cholernie zielonymi oczami, odwrócił się na pięcie i wyszedł bez słowa. Nie zajmowałem się ukryciem zwłok. Raz, że nie miałem na to czasu. Dwa, że przez brak Saszy oraz plamę krwi i tak by się szybko zorientowali, że coś jest nie tak. Trzy, że czułem do siebie niesamowite obrzydzenie po tym co zrobiłem. Pierwszy trup na moim koncie. Nie nadaję się do zabijania, ale teraz nie było już odwrotu, trzeba było wchodzić w to gówno coraz dalej, bo nie było już gdzie wracać. Szybko załadowałem na wózek kilka pudełek z amunicją, oraz kilka pistoletów dla mnie i Andrieja. Dotarcie do magazynów bankiera w piątek tak jak sądziłem nie sprawiło mi większych kłopotów, nikt się nie przejmował mną ani w jednostce, ani poza nią. Każdy miał co innego na głowie niż zadawanie niewygodnych pytań. Na szczęście, bo nie byłbym w stanie zachować teraz pokerowej twarzy... Na miejscu wszystko już było gotowe. Przekazałem Bankierowi opłatę "za bilet" a ten wskazał mi moją skrzynię. Była całkiem spora i wyłożona kilkoma poduszkami. Podróżowałem już w lepszych warunkach, ale nie wybrzydzałem. Ważne, że wszystko było załatwione i jechaliśmy do Zony na spotkanie przeznaczenia. W czasie jazdy zastanowiła mnie jedna rzecz. Zona czarnobylska. Najbardziej niebezpieczne i zakazane miejsce na ziemi. Czemu i co ciągnie tam coraz to nowych ludzi? Co MNIE do niej przyciągnęło? Kilka dni temu byłem starszym szeregowym w wojsku ukraińskim. pieskie życie, ale jednak. W tej chwili prawdopodobnie jestem poszukiwanym zbiegiem i jadę w miejsce, do którego nikt przy zdrowych zmysłach nigdy nie chce dotrzeć z własnej woli, do miejsca, którym straszy się niegrzeczne dzieci... Zmęczony emocjami opadłem z sił i w końću końcu przysnąłem. Obudził mnie odgłos odciąganego wieka mojej skrzyni. Kiedy zostało oderwane zobaczyłem przerażoną twarz Bankiera. Coś poszło nie tak. Znowu...

  • Dodatnia 1
Link to comment
Share on other sites

Moje moje. Możecie je znaleźć jeszcze w kilku miejscach w necie, ale nie jestem pewien czy mogę je podawać. Tak czy siak wszędzie zawiera (prawie) to samo i jest podpisane tak samo - Alvarin, ewentualnie Alvarrin. A kolejne rozdziały będą się pojawiać w miarę ich pisania. Teraz trochę mniej czasu, ale dzięki waszym pozytywnym opiniom w ciągu 2-3 dni jak będę miał wenę powinien się pojawić dalszy ciąg. Dzięki za pozytywne komentarze, to one dodają sił do pisania;]

Link to comment
Share on other sites

  • 3 weeks later...

Skończyłą się sesja, więc Mroczne Niebo powraca mam nadzieję w glorii i chwale;] Rozdział V - jak kaczki na strzelnicy Widmo po prostu chłonął każde moje słowo nie zważając na to, że z każdym słowem tracę siły. -I co było dalej? - zapytał Andrieja z wyraźnym zniecierpliwieniem w głosie. Jak to inni? Jak to kto inny siedzi teraz za szperaczami?- spytałem z niedowierzaniem i zrezygnowaniem. Obok Bankier otwierał z głośnym skrzekiem skrzynię w której siedział Michaił. -Nie wiem k***a, nie wiem. Jest sporo opcji ale obawiam się, że mogli ich przyskrzynić za otrzymywane wyrazy wdzięczności w kopertach. Jeżeli zaczną gadać jestem udupiony. Idę z wami, teraz wszędzie będzie mi lepiej niż tutaj... -Przecież będziemy jak kaczki w sezonie polowań - rzucił gramoląc się ze skrzyni Michaił -A masz inne wyjście? Skrzyń nie sprawdzają zbyt dokładnie przy wjeździe do bazy, ale przy wyjeździe wszystkie muszą być rozbite na pojedyncze ścianki, żeby nie było ryzyka, że przeszmugluje jakieś artefakty bez wiedzy wojska. Nie macie jak wrócić, tutaj zostać też nie możecie. Trzeba iść do przodu. -Jak sobie chcesz Bankier, ale ani ja ani Michaił szczerze mówiąc nie mamy ochoty na Twoje towarzystwo. Docieramy wspólnymi siłami do wioski kotów i tam każdy idzie swoją drogą. No i nie mamy sprzętu dla ciebie -Poradzę sobie jakoś. Przygotujcie się, za kilka godzin wyruszamy. Gruba kurtka skórzana z kapturem, grube dżinsy, ciepła bielizna i pełne buty. I to miała być cała nasza ochrona podczas pierwszych dni. Nie wiem właściwie po co to zakładaliśmy, skoro nie daje prawie żadnej ochrony. Równie dobrze moglibyśmy wyskoczyć w hawajkach i klapkach. Jedyne co dawało nadzieję na przetrwanie to pistolety w kaburach i ostre noże za pasem. Nie napawała też otuchą wizja walki z uzbrojonymi po zęby wojskowymi. Ale jaki miałem wybór... Ale dość tego optymizmu, bo tego typu rozważania przerwał mi właśnie głos Bankiera: -Ruchy panowie! Droga wolna, idziemy! Nie pamiętam ani nigdy wcześniej, ani nigdy później, żeby mi serce biło tak mocno, żebym aż je słyszał. Krok po kroku przemieszczaliśmy się przez ogarniętą mrokiem bazę wojskowych. Tak jak to opisał wcześniej bankier. Nie wiem komu przyszło do głowy nazywanie to dumnym słowem baza. 3-4 budynki i to na pewno w momencie budowy nikt nie myślał, że będą wykorzystywane przez wojsko. Kiedyś to zapewne było wiejskie gospodarstwo rolne, teraz przystosowane do wymagań naszych czasów. Można sobie było wyobrazić jak kiedyś pasły się tu krowy. Dziś krowy tu mieszkajace nosiły zielone mundury i kałasze, ale na szczęście widocznie na noc grzecznie wracają do obory. Nigdzie nie było ani śladu żywej duszy, widzieliśmy tylko w oddali omiatające ziemię światła szperaczy. Bankier znowu odziany tylko w garnitur był raczej biznesmenem. Nie wróżyłem mu długiego życia po wybraniu profesji stalkera. Wreszcie dotarliśmy na skraj bazy. Nie była ona duża, ale staraliśmy się chodzić jak najciszej, skuleni jak najniżej i praktycznie każdy krok był okupiony nerwowym wyczekiwaniem w ciemnościach - zauważył nas ktoś czy nie? Dopiero wtedy ruszaliśmy dalej. Przeczyło to wszystkiemu co każe zdrowy rozsądek, chęci jak najszybszego poruszania się i opuszczenia terytorium wroga, ale w Zonie panują inne zasady gry... Teraz przed nami były już tylko pola dzielące nas od wioski kotów. Problemem były jednak te przeklęte szperacze. Przeglądały wszystko w promieniu kilkuset metrów od bazy. Pokonywanie tego pola przypominało w pewnym sensie taniec. Kiedy światła przemieszczały się w jedną stronę, my jak najszybciej przemieszczaliśmy się za najbliższą zasłonę. Nie wiem ile trwał ten balet, ale kiedy po pokonaniu biegiem ostatnich kilku metrów padliśmy ze zmęczenia pod jakimś drzewem uderzyła mnie po raz pierwszy tak wyraźnie myśl, że to koniec świata jakiego znałem. Tutaj każdy, bez wyjątku jest moim śmiertelnym przeciwnikiem... Nie potrafię powiedzięć ile czasu szliśmy na północ wzdłuż czegoś, co kiedyś było asfaltową drogą. Godzinę, może więcej... Teraz wśród resztek spękanego asfaltu można było podziwiać przeróżne okazy roślin. To był asfalt któremu dosłownie należała się kosiarka. Natura wbrew temu co mówią naukowcy bardzo szybko się odrodzi. Konieczny jest tylko jeden warunek. Człowiek musi przestać istnieć, a przynajmniej przebywać na danym obszarze, a natura zaraz pokazuje swoją siłę. Myślimy o sobie jako o potężnych stworzeniach, władcach ziemii, istotach niemal idealnych... Każdy kto choć raz był w Strefie wie kim jest tak naprawdę człowiek wobec potęgi przyrody. Mniej niż zerem... Wreszcie jednak nastał świt. Cudownie różowe niebo z dala na horyzoncie zapowiadało piękny dzień. I w tych pierwszych promieniach nowego dnia zobaczyliśmy w oddali nasz pierwszy cel - wioskę stalkerów. Zrobiła ona na mnie ogromne wrażenie. Bankier szybko gdzieś zniknął, Andriej też miał jakieś swoje sprawy na głowie, za to ja miałem mnóstwo wolnego czasu więc wybrałem się na wycieczkę po osadzie. Całą wioska to było kilka zrujnowanych domów wzdłuż szerokiej, wydeptanej ścieżki. Kiedyś była tu pewnie droga gruntowa, albo coś w tym stylu. Teraz porastały ją jakieś nieokreślone chwasty pocięte siecią wydeptanych mniejszych i większych ścieżek prowadzących do kolejnych domów. Jednak to domy zrobiły na mnie największe wrażenie. Zniszczone przez nieubłagany czas, częsciowo zawalone, z oknami pozabijanymi dyktą lub zwykłymi deskami. Niektóre nadpalone albo wręcz spalone, o których istnieniu świadczyły tylko pogorzeliska. Było tu też jednak o wiele więcej ludzi niż się spodziewałem. Ciężko policzyć, gdyż każdy był czymś zajęty, gdzieś się spieszył. Widać też było, że nowi dość często się to pojawiają bo moja nieznana im przecież twarz nie zwróćiła jednak niczyjej uwagi. Tylko mała grupka śpiąca na ziemi wokół ogniska przypominała, że dzień dopiero wstał. Mój pierwszy dzień w Zonie... -Wyglądasz na nieźle zagubionego młody. Co Cię tu przywiodło? - usłyszałem zniekształcony przez maskę przeciwgazową głos gdzieś z lewej strony. Przypatrywał mi się jakiś stalker. Ubrany był w brązowy, szeroki płaszcz mogący skrywać pod spodem jeszcze jakieś opancerzenie i kaptur na głowie. Do tego miał na sobie jeszcze taką charakterystyczną maskę przeciwgazową zakrywającą tylko nos i usta a całą resztę twarzy zostawiającą odkryte. W prawej ręce trzymał opuszczony do ziemi jakiś mocno przerobiony karabin. Nosił ślady wieloletnich przeróbek bo teraz nawet ciężko było powiedzieć co to pierwotnie było. Miał domontowany chałupniczo jakiś kurewski celownik, jakieś dodatkowe pojemniki na amunicję dla szybszego przeładowania, coś co wyglądało na granatnik i tego typu bajery. Facet z tym działem mógłby iść zapolować na tygrysa. I mówię tu raczej o czołgu, nie o zwierzaku... Nie wiedziałem co odpowiedzieć, więc postanowiłem na razie zachować ciszę -Zbyt rozmowny to ty nie jesteś co? Chodź, usiądziemy przy ognisku. Przy strzelającym wesoło płomieniu zawsze to raźniej. - i nie czekając na nic usiadł na jakiejś metalowej skrzyni przy ognisku wśród śpiących stalkerów. Nie mając nic lepszego do roboty przysiadłem się do niego na skrzyni i wypaliłem -Skąd tu tyle ludzi? Myślałem, że zona jest opustoszona? Że będzie tu ciężko spotkać kogokolwiek, a tu co? -Wiesz młody, przede wszystkim miło by było jakbyś się przedstawił. Dobrze wiedzieć z kim się rozmawia. Wiesz, taka oznaka szacunku dla rozmówcy. A że jesteś jak widzę sporo młodszy to powinieneś to zrobić pierwszy. No ale czego nie wyssałeś cycka matki tego teraz już się nie nauczysz. Mówią na mnie Stary. Dlaczego? Bo jestem jedną z pierwszych osób jakie dotarły do zony po drugim wybuchu kiedy tylko wyszło na jaw, że można się na tym dorobić. Taki cholerny pionier. Ale do rzeczy... Skąd tu tyle ludzi pytasz? A skąd Ty się wzięłeś na tym zadupiu? Pełno tu wszelkich mend społecznych chcących uciec przed prawem. Tam, na zewnątrz, czeka ich schylanie się po mydełko pod prysznicem, tutaj prawem jest trzymana spluwa. To im pasuje. Inni po prostu chcą sobie zrobić fotkę na jebanego twarzbooka czy jak tam to się wabi. Wiesz, dziubek, aparat z rogu a w tle zwłoki rozerwanego przez nibypsy człowieka. +10 do respektu. Jeszcze inni przybywają tu dla forsy albo przygody. No i tak się zbiera ta nasza wesoła gromadka. Pojawiają się tutaj, bo to dość naturalne. Pierwsza zamieszkała osada na drodze do centrum zony, do tego jeszcze w miarę cisza i spokój. Wielu stąd potem wyrusza, ale sporo ginie w pierwszej lepszej anomalii, a całej reszcie miękną faje jak tylko nocą usłyszą wycie snorka, zawracają do tej wiochy i boją się dalej ruszyć, a wracać do świata zewnętrznego zazwyczaj nie ma gdzie i nie ma jak. No i wiadomo, że są ludzie tacy jak Sidorowicz. Gość się rozsiadł tutaj spasionym dupskiem i ani myśli gdziekolwiek się ruszać. Skupuje wszystko co mu przynoszą z narażeniem życia stalkerzy za marne grosze a potem je opyla za grube kokosy nie wiadomo jak, nie wiadomo gdzie ani za ile. Po prostu siedzi i nic nie robi, a konto bankowe samo rośnie kiedy inni dostarczający mu artefakty dostają od niego tyle kasy, że nie zwracają im się nawet koszty wyprawy po nie. Jakbym go kiedyś dostał w swoje łapska... - to mówiąc zawiesił spojrzenie w ognisku i znieruchomiał z zamyśleniu przypominając nieco posąg. W pewnym momencie spostrzegłem idącego w moją stronę Andrieja. Szedł szybkim, zdecydowanym uchem. Widać było, że mu się spieszy. -Słuchaj Michaił, jest sprawa. Musimy się udać do Zatonu. Nie pytaj po co, później Ci powiem. Tak czy siak zdecydowałem sie zabrać z nami Bankiera... -Tego popaprańca? Facet może ma łeb do interesów, ale tutaj zginie jak tylko wyściubi nos z tej wiochy a my razem z nim. -Żebyś sie nie zdziwił, żebyś się nie zdziwił... tak czy siak znalazłem stalkera, który nas zaprowadzi do Zatonu. Nazywają go Tygrys. Obawiam się jednak, że żaden z nas nie ma tyle kasy ile on żąda za taką wycieczkę. Ale powiedział, że ma dla nas pewną propozycję. Nie wiem co to za propozycja, ale chcę, żebyś był przy mnie kiedy będzie nam ją przedstawiał. Bankier jest już na miejscu, chodźmy. -Michaił, mam jedno pytanie, mogę? - powiedziała kobieta stalker dziwnie słodkim i niewinnym głosem z dziwnym uśmiechem na ustach i podchodząc do krzesła na którym siedział przesłuchiwany chłopak przesadnie zarzucając przy tym biodrami na boki -Po cholerę mi opowiadasz te pierdoły?!? - prawie krzyknęła, a jej twarz błyskawicznie pokryła się gniewnym grymasem, jednocześnie uderzając pięścią z całej siły w klatkę piersiową Michaiła. Zrobiła to z taką siłą, że krzesło razem z nim przewróciło się do tyłu łamiąc sie przy tym w kilku miejscach. Uderzenie było tak niespodziewane i tak mocne, że zaparło mu na chwilę dech w piersiach -czy ty myślisz pieprzony gnojku, że będę słuchała tych pierdół w nieskończoność? Przejdź wreszcie do rzeczy!!! Po co mi to? -Ale... -Żadnych ku**a ale! Nie mam czasu na zmarnowanie! Myślisz, że jesteś najważniejszy na tym zadupiu? Że nie mam nic innego do roboty tylko słuchać historii twojego nędznego życia? -Seva, co ty wyprawiasz? - W progu otwartych drzwi stał Widmo. Ani Michaił, ani kobieta nazwana Sevą nawet nie zauważyli kiedy ten wszedł do pomieszczenia - nie pozwolę na żadne samosądy! Masz zadecydować o tym co z nim zrobić, ale chcę się o tym dowiedzieć zanim sprawdzisz nożem jak gość wygląda od środka. Czy ty musisz na każdym kroku udowadniać wszystkim wokół jaka to z ciebie twarda suka i jak to sobie świetnie radzisz w miejscu zdominowanym przez facetów? Wszyscy już to wiemy, więc możesz wreszcie odpuścić. - odwrócił się w stronę drzwi i nieco donioślejszym głosem powiedział - Świetlik! Grzanka! Odprowadzić więźnia do celi! - na ten rozkaz w drzwiach natychmiast pojawiło się dwóch ubranych w pancerze PSZ stalkerów, którzy podnieśli Michaiła z ziemi i wyprowadzili z celi. -Słuchaj Seva - zaczął zaraz po wyprowadzeniu Michaiła z pokoju Widmo - dobrze wiesz, że normalnie bym nie ingerował w przesłuchanie, bo świetnie się znasz na swojej robocie, ale tego tutaj potrzebujemy w całości. Coś mi się wydaje, że wie o czymś ciekawym, czymś co może niesamowicie wzmocnić naszą frakcję. Tego całego Bankiera nie wiadomo gdzie szukać, a ten postrzelony, Andriej... czy jak mu tam... Nie żyje. Doktorek nie zauważył jakiejś kulki która została w jego ciele i powodowała ciągły krwotok wewnętrzny. No i się skończyło. Więc musi przeżyć. Przynajmniej do momentu, aż powie nam wszystko czego potrzebujemy. Później możesz z nim zrobić co chcesz...

  • Dodatnia 1
Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.

Comunity