Jump to content

Yossarian

Redaktor
  • Content Count

    812
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    51

Yossarian last won the day on June 25

Yossarian had the most liked content!

Community Reputation

1739 Przyjacielski

2 Followers

About Yossarian

  • Rank
    Przewodnik

Profile Information

  • Ruble
    2458
  • Frakcja
    Renegaci
  • Procesor
    i7 960
  • Płeć
    Mężczyzna
  • Miejscowość
    ビエルスコビャワ
  • Broń Główna
    Satyra w krótkich majteczkach
  • RAM
    16GB DDR3
  • Karta graficzna
    Nvidia Quadro 4000
  • System operacyjny
    Winda 8.1 64bit

Recent Profile Visitors

3266 profile views
  1. Bileciki do kontroli proszę - czyli bliskie spotkania z kontrolerem Przyjemnego oglądania.
  2. Mało tego. Imputuje się im skłonności pedofilskie Chociaż w tym kraju może chodzić o "czarnych" niekoniecznie wg. koloru skóry
  3. Start statku Sojuz MS-14 z robotem na pokładzie odbędzie się już 21 sierpnia. Skybot F-850 będzie zdobywał cenne umiejętności i wspomagał pracę kosmonautów w ramach projektu cyber-załoga. Armia rosyjska pokłada wielkie nadzieje w robotach budowanych w ramach projektu Final Experimental Demonstration Object Research (F.E.D.O.R.), przez wojskową agencję badawczą Advanced Research Fund. Docelowo mają to być w pełni autonomiczne maszyny-zabójcy, które będą zdolne do wykonywania najbardziej karkołomnych misji na polach walki na Ziemi i w przestrzeni kosmicznej. Kreml nie ukrywa, że ich rolą będzie ochrona instalacji kosmicznych, baz na Księżycu i Marsie oraz w przyszłości kosmicznych więzień dla najgroźniejszych przestępców. Oczywiście nasi sąsiedzi za nic mają sobie prośby Organizacji Narodów Zjednoczonych i najbardziej znanych ludzi świata technologii, o zaprzestanie rozwoju algorytmów sztucznej inteligencji i robotów przeznaczonych do masowego zabijania ludzi. Skybot F-850 już teraz może poszczycić się niezłymi zdolnościami. Potrafi strzelać z pistoletu i broni maszynowej oraz poruszać się pojazdami i podnosić ładunki o masie do 20 kilogramów. Może też w ciekawy sposób konwersować z ludźmi. Roskosmos zapowiedział, że ma plan wysłania Iwana na pokład Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Start statku Sojuz MS-14 odbędzie się już 21 sierpnia. Skybot F-850 będzie zdobywał cenne umiejętności i wspomagał pracę kosmonautów w ramach projektu cyber-załoga. Agencja wylicza, że koszt pobytu ludzi w kosmosie to kilka milionów dolarów. Roboty mogłyby bez problemu ich wyręczyć w przeprowadzaniu eksperymentów i zaplanowanych zadań, i to przy małych nakładach finansowych. W dodatku roboty mogą pozostać na orbicie przez lata, tymczasem dla ludzi taki pobyt wiązałby się z poważnymi problemami zdrowotnymi. Po roku 2025, Międzynarodowa Stacja Kosmiczna ma zostać zlikwidowana lub przekazana w prywatne ręce. Prawdopodobnie przejmą ją firmy, które będą kontynuowały swoje eksperymenty m.in. ze świata medycyny. Wówczas najlepszym i najtańszym rozwiązaniem staną się zaawansowane humanoidalne roboty takie jak Iwan. Plan Kremla jest też odpowiedzią na wizję Donalda Trumpa i Pentagonu, która zakłada stworzenie Amerykańskich Sił Kosmicznych. Przypomnijmy, że na orbicie jest już robot o nazwie CIMON od Airbusa i IBM-a. Dysponuje on zaawansowanymi algorytmami sztucznej inteligencji i możliwościami obliczeniowymi słynnego Watsona. Robot wygląda jak kula do kręgli i jest w pełni autonomiczny. Źródło: https://www.geekweek.pl/news/2019-08-13/rosyjski-robot-bojowy-iwan-leci-na-ziemska-orbite-bedzie-uczyl-sie-sztuki-przetrwania/ YouTube
  4. A po co zaprzątać sobie głowę nauką? Szare komórki trzeba oszczędzać. Niektórzy przez całe życie niespecjalnie je eksploatują Sprzed paru lat, ale pomijając cyferki za "usługę", chyba dalej aktualne, https://natemat.pl/148063,lewy-dyplom-magistra-zamiast-pieciu-lat-na-uczelni-dostaniesz-go-w-piec-dni-handel-falszywkami-kwitnie
  5. 8 sierpnia na centralnym poligonie doświadczalnym Marynarki Wojennej Federacji Rosyjskiej (WMF) w rejonie miejscowości Nionoksa w obwodzie archangielskim doszło do wybuchu i pożaru, w wyniku którego dwie osoby zginęły, a od siedmiu do piętnastu kolejnych zostało rannych. Według oświadczenia Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej (MO FR), do wypadku doszło podczas testu silnika odrzutowego na paliwo ciekłe. Około godz. 12 czasu lokalnego w Siewierodwinsku zanotowano krótkotrwały wzrost promieniowania tła. Rosyjskie Ministerstwo Obrony nie informuje jakie typu pocisk uległ zniszczeniu. Mógł to być model manewrujący zasilany paliwem ciekłym lub rakietowy pocisk balistyczny, również na paliwo ciekłe. Tego typu broń znajduje się na wyposażeniu rosyjskiej Marynarki Wojennej. Mógł być to również prototyp rakiety nowej generacji Agencja prasowa TASS początkowo poinformowała, że do wypadku doszło na nieokreślonej jednostce pływającej Floty Północnej WMF w swojej bazie macierzystej w Siewierodwinsku, leżącej ok. 30 km na wschód od Nionoksy. Inne źródła, powołujące się na oficjeli, informowały, że wybuch mógł nastąpić na jednostce testowej lub barki bez własnego napędu. Informacja MO FR zawiera tylko określenie ośrodek testowy. Po wypadku,WMF zdecydowała o zamknięciu obszaru przestrzeni powietrznej, obszaru lądowego i akwenu morskiego nad Morzem Białym o długości ok 30 km i szerokości 8 km (co daje powierzchnię około 250 km2). Ksenia Judina, rzeczniczka władz miejskich w Siewierodwinsku poinformowała o krótkotrwałym wzroście promieniowania tła. Departament Ochrony Ludności sprecyzował później, że dwa czujniki zautomatyzowanego systemu monitoringu radiacyjnego zanotowały odczyt 0,11 milisiwertów (mSv) na godzinę. Gdyby promieniowanie było nieustające, w przeliczeniu na jeden rok byłaby to wartość ponad 964 mSv. Średnie tło promieniowania naturalnego na Ziemi wynosi 2,4 mSv/rok. Zatem krótkotrwała wartość promieniowania po wypadku na poligonie była znacznie wyższa od poziomu naturalnego. Później poinformowano, że poziom promieniowania uległ znormalizowaniu. W międzyczasie pojawiły się niepotwierdzone doniesienia, że mieszkańcy okolic otrzymali instrukcje dotyczące podjęcia środków ostrożności w celu uniknięcia narażenia na promieniowanie. MO FR oświadczyło z kolei, że żadne szkodliwe substancje nie zostały wyemitowane do atmosfery, a promieniowanie tła jest na normalnym poziomie. Wśród poszkodowanych i zabitych są pracownicy przemysłu obronnego, którzy zostali ewakuowani na pokładzie śmigłowca transportowego Mi-8. Warto odnotować, że zgodnie z fotografiami opublikowanymi przez media, personel ratunkowy był ubrany w kombinezony przeciwradiacyjne i wyposażony w liczniki Geigera-Müllera Analiza Co ciekawe, anglojęzyczna wersja strony agencji TASS powołującej się na oświadczenie MO FR, informowała o silniku odrzutowym na paliwo ciekłe, podczas gdy rosyjska wersja o silniku na paliwo ciekłe. Inna rosyjska agencja prasowa, RIA Nowosti, opisała z kolei feralne urządzenie jako silnik rakietowy na paliwo ciekłe. Należy dodać, że poligon w Nionoksie służy do testowania pocisków manewrujących, napędzanych silnikiem odrzutowym, jak i rakietowych pocisków balistycznych na paliwo ciekłe i stałe czy pocisków przeciwlotniczych na paliwo stałe. Większość silników odrzutowych jest zasilana paliwem ciekłym, dlatego wskazywanie w informacji na rodzaj paliwa wydaje się zbędne. Inaczej jest w przypadku silnika rakietowego, gdzie wykorzystanie różnych rodzajów paliwa jest powszechne i jego rodzaj jest istotny z punktu widzenia działania i przeznaczenia silnika. Istnieje zatem kilka typów pocisków i jednostek napędowych, które mogły ulec katastrofie. Jeśli zniszczeniu uległ silnik rakietowy, to mógł to być napęd morskiego pocisku balistycznego R-29RMU Siniewa/RSM-54 (w kodzie DIA/NATO Skiff, indeks GRAU 3M27) lub jego rozwinięcie R-29RMU2.1 Łajner. Każdy z trzech stopni tych pocisków jest napędzany silnikami rakietowymi na paliwo ciekłe. Siniewa znajduje się na uzbrojeniu strategicznych okrętów podwodnych o napędzie jądrowym projektu 667BDRM Delfin (w kodzie NATO: Delta IV), gdzie zastąpiły po 2007 starszą wersję R-29RM Sztil. Każdy z pocisków przenosi 10 głowic jądrowych o mocy 100 kT każda. Łajner został przetestowany po raz pierwszy w 2011 i wszedł do służby trzy lata później. Przenosi do 12 głowic po 75 kT każda. Jeśli założyć, że w wypadku eksplodował silnik odrzutowy, to mogą to być różnego typu pociski manewrujące lub przeciwokrętowe, będące na wyposażeniu WMF, począwszy od pocisków z rodziny 3M-54 Kalibr, Ch-35 Uran, P-700 Granit czy P-800 Oniks. Mógł to być także pocisk starszego typu, dlatego podatny na awaryjność, który mógł być wykorzystany jako pocisk-cel dla obrony przeciwrakietowej (np. P-15 Termit). Inną opcją jest awaria pocisku będącego w fazie opracowania lub rozwoju. Rosja prowadzi obecnie program testowy wyposażonego w głowicę jądrową pocisku manewrującego 9M730 Buriewiestnik o napędzie nuklearnym, który wcześniej miał sprawiać problemy. Tajemnicą pozostaje dokładna charakterystyka układu napędowego, a mianowicie jaki typ silnika jest zastosowany. Według źródeł rosyjskich może to być pochodna silnika na paliwo ciekłe RD-0410, opracowywanego w latach 1965-1980. Obecnie trwają bowiem prace nad jego udoskonaloną wersją w ramach projektu TEM na potrzeby badań kosmosu. Wypadek mógł dotyczyć także będącego w fazie rozwoju hipersonicznego pocisku manewrującego 3M22 Cirkon, który ma być napędzany silnikiem strumieniowym z naddźwiękową komorą spalania (Supersonic Combustion Ramjet, Scramjet). Silniki tego typu także są zasilane paliwem ciekłym. Pocisk miał zostać dotąd przetestowany czterokrotnie, ale dotąd nie ujawniono jego fotografii. Do końca 2019 miał zostać przetestowany na fregacie rakietowej RFS Admirał Gorszkow (417), projektu 22350 Źródło: https://www.milmag.pl/news/view?news_id=2683
  6. Międzynarodowy zespół ekspertów przeprowadził zakrojone na szeroką skalę badania związane z uwalnianiem się promieniotwórczych substancji z sarkofagu, który powstał tuż po katastrofie w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Raport zbiegł się w czasie z emisją na HBO rewelacyjnego filmu o nazwie Czarnobyl, który dokładnie opisuje wydarzenia związane z katastrofą. Stał się on najpopularniejszym w historii telewizji i zwrócił uwagę ludzi z całego świata na problem odpowiedniego zabezpieczenia tego miejsca. Najnowszy raport przeraził nie tylko władze Ukrainy, ale również organizacje zajmujące się monitoringiem obiektów jądrowych, które mogą stanowić potencjalne zagrożenie dla ludności. Okazuje się, że stary sarkofag znajduje się w opłakanym stanie i może rozpaść się w każdej chwili, co doprowadzi do ponownej emisji substancji promieniotwórczych. Co prawda Czarnobylska Elektrownia Jądrowa jest już chroniona przez nowy, potężny sarkofag, który góruje nad starym i jest największą lądową konstrukcją powstałą w historii ludzkości, to jednak zawalenie się tego pierwszego może doprowadzić do zagrożenia zdrowia ludzi pracujących na miejscu, a nawet do uwolnienia się substancji radioaktywnych, gdyż nowy sarkofag nie był projektowany na taki rozwój wydarzeń. Wewnątrz nowego sarkofagu znajduje się stary sarkofag, który jest w opłakanym stanie. Inżynierowie i naukowcy od jakiegoś czasu mają plan rozbiórki starego sarkofagu, ale w obliczu nowych danych o zagrożeniu jego rozpadem, będą musieli zweryfikować swoje projekty i znacząco przyspieszyć prace likwidacyjne, zanim będzie za późno. Nowy sarkofag ma wytrzymać ok. 100 lat, ale jeśli stary rozpadnie się w niekontrolowany sposób, jego bezpieczeństwo znacznie się obniży. Przedsięwzięcie polegające na rozbiórce obiektu ma pochłonąć 80 milionów dolarów. To wszystko będzie wiązało się z kolejnymi ogromnymi wydatkami, na które rząd Ukrainy nie tylko nie może sobie pozwolić, ale również nie dysponuje takimi funduszami, a przecież w grę wchodzi bezpieczeństwo nie tylko mieszkańców tego kraju, ale również całego kontynentu. Prace demontażowe starego sarkofagu mają zakończyć się w 2023 roku. Do tego czasu miejmy nadzieję, że konstrukcja wytrzyma, a w okolicy Czarnobyla nie wystąpią wstrząsy sejsmiczne, masowe powodzie, pożary lasów i inne groźne zjawiska, bo ponownie wszyscy znajdziemy się w poważnym niebezpieczeństwie. Źródło: https://www.geekweek.pl/news/2019-08-09/sarkofag-na-elektrowni-jadrowej-w-czarnobylu-jest-w-tragicznym-stanie/
  7. @vidkunsen "Piekło na Pacyfiku" Prawie mój rówieśnik https://www.filmweb.pl/film/Piekło+na+Pacyfiku-1968-37617 @tom3kb Dość osobliwie się dogadywali w tej "Kukułce". Jeżeli mnie pamięć nie myli to wynikiem tych pogadanek były bliźniaki
  8. Niebo nad północną półkulą Ziemi w wielu miejscach zauważalnie zmieniło kolor. To niezwykłe wydarzenie miało miejsce z powodu ogromnych pożarów na Syberii, gdzie łączna powierzchnia pożaru według niektórych szacunków przekroczyła 30 tysięcy kilometrów kwadratowych. To tyle, ile powierzchnia Belgii. Pożary na Syberii objęły obszar nawet 4 milionów hektarów! Doniesienia o zmieniających się kolorach nieba docierają z różnych miejsc. Na przykład w niemieckiej Saksonii sfotografowano zachodzące Słońce w dziwnym - pomarańczowym, fioletowym i czerwonym - odcieniu. Również w ciągu dnia można było zauważyć zmianę kolorów nieba, ale było to znacznie trudniejsze ze względu na kąt padania promieni słonecznych na Ziemię. Najprawdopodobniej zjawiska optyczne są bezpośrednio związane z pożarami na Syberii, gdzie płoną rozległe obszary tajgi. Dym wędruje już tysiące kilometrów i dociera do Kanady, a także USA. Sytuacja jest tak poważna, że Rosja rzuciła do walki z pożarami prawdziwą armię. Zmobilizowano rekordową liczbę samolotów gaśniczych i helikopterów, mimo to ogień wciąż się rozprzestrzenia i jest jeszcze daleko do opanowania sytuacji. Pomoc Rosji w radzeniu sobie ze skutkami tego kataklizmu zaoferował już prezydent Donald Trump. Jest jednak mało prawdopodobne, aby oferta USA została przyjęta. Zresztą Amerykanie w tej chwili sami muszą sobie radzić z pożarami na Alasce, które dodatkowo pogarszają sytuację. Skalę pożarów na Syberii najlepiej oddaje porównanie ich do wielkich pożarów w Kalifornii w zeszłym roku, które objęły 20 tysięcy hektarów. W przypadku pożarów na Syberii mówimy nawet o 4 milionach hektarów! Źródło: https://nt.interia.pl/technauka/news-z-powodu-ogromnych-pozarow-na-syberii-niebo-nad-polkula-poln,nId,3134193
  9. Congratulations @Buber Nikt tak nie zrozumie żonatego, jak drugi żonaty
  10. Jak wynika z anatomii Macho rurkę ma i basta Rurka czasem bywa sztywna Częściej jednak jest jak z ciasta W zonie playboy, skoczny, zwinny Rurką także wymachuje Tylko... rurka nietypowo Zamiast nosa mu wachluje Przyjemnego oglądania życzy Snork i spółka.
  11. Za ten odkop liczę na platynową łopatę z diamentami Wygląda na to, że jest kolejne wydanie https://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazki/czarnobyl-spowiedz-reportera/ Poniżej fragmenty z książki. Widziałem ludzi, którzy gołymi rękami przenosili bryły radioaktywnego grafitu. Coś takiego wydarzyło się pierwszy raz w historii. Sądzę, że było to możliwe tylko w tym kraju. W kraju, gdzie życie jednego człowieka nie ma żadnej wartości. IGOR KOSTIN Likwidatorzy: Armia "robotów biologicznych" W następnym tygodniu wiele razy wracałem do Czarnobyla. Ponieważ nie miałem jeszcze akredytacji, musiałem dogadywać się z milicjantami zabezpieczającymi teren. Niektórzy z nich pamiętali o albumie fotograficznym, który poświęciłem milicji, i zapraszali mnie do swoich samochodów. Udzielali mi także rad, jak chronić się przed promieniowaniem. Codziennie na miejsce katastrofy przyjeżdżali naukowcy, przedstawiciele wojska i partii, aby kierować pracami i nadzorować działania milicji, żołnierzy i robotników. Związek Radziecki odrzucił pomoc międzynarodową i radził sobie środkami, jakimi dysponował. Do pracy zmobilizowano ludzi. To do nich należała likwidacja skutków katastrofy w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Od tej pory przylgnie do nich oficjalna i zarazem straszna nazwa "likwidatorzy". Do elektrowni wysłano od sześciuset do ośmiuset tysięcy żołnierzy i oficerów, również rezerwistów, których sprowadzano z całego Związku Radzieckiego. Pracowali tam także ukraińscy i białoruscy robotnicy i chłopi. Władza potrzebowała ich rąk i ich odwagi. W pośpiechu rozdawano maski i inne środki ochronne. Pierwsze maski, jakie nam dawano, przypominały świńskie ryje. Nazywaliśmy je między sobą "kagańcami" albo "ryjami". Pochodziły z magazynów oddziałów wojska stacjonujących w tej okolicy. Trzymano je na wypadek ataku chemicznego lub bakteriologicznego. Niestety, były bardzo źle skonstruowane: po dwóch godzinach noszenia usta pękały od gorąca i złej cyrkulacji powietrza. Dwa miesiące później rozdano nam inny model, który z powodu białego koloru został szybko ochrzczony słowem "płatek". W tych maskach można było pracować cały dzień, ale zmienialiśmy je dwa lub trzy razy dziennie, gdyż zbierał się na nich pył radioaktywny. Koszmarna akcja, którą nadal określano enigmatycznie jako "likwidację skutków katastrofy elektrowni w Czarnobylu", zachwiała wszystkim. Cały kraj wysyłał do Czarnobyla białe ubrania ochronne. Ta wszędzie obecna biel była dla mnie czymś zaskakującym, bo w Związku Radzieckim obowiązywał rygorystyczny system hierarchii. A tymczasem w Czarnobylu wszyscy byli ubrani na biało - ministrowie, generałowie, żołnierze. Nasze dotychczasowe życie legło w gruzach. Brakowało dających pewność wytycznych. Na kilka sekund przed śmiercią objawiała się prawdziwa natura ludzka. Podziwiałem panującą wokoło atmosferę spokoju i determinacji. Czasami miało się wrażenie, że nie wydarzyło się nic poważnego, że jesteśmy zwykłymi robotnikami z fabryki. Radioaktywność nie rozchodzi się równomiernie. Tworzy na ziemi jakby plamy. W niektórych miejscach notowano pięćset rentgenów, a tuż obok tylko kilka. Wystarczył powiew wiatru czy ulewa i wszystko się zmieniało. Kiedy szedłem przez pole bez dozymetru, nie wiedziałem, czy ziemia jest tam bardzo napromieniowana, czy nie. A w pierwszych dniach nie było dozymetrów, w każdym razie nie dla każdego, choć to jedyny sposób, by wykryć takiego wroga. Żeby zapobiec rozprzestrzenianiu się pyłów radioaktywnych, helikoptery zrzucały na elektrownię piasek, ołów i mieszanki klejące. Radioaktywność jest niewidzialna, bezzapachowa, bezbarwna. W Afganistanie i Wietnamie żołnierzom groziło, że zostaną trafieni kulą. Poczuliby ból, mogliby zginąć na miejscu, ale zagrożenie było przynajmniej znane. A w Czarnobylu nie. Wracaliśmy po całym dniu ogromnie wyczerpani. Myśleliśmy tylko o jednym: wziąć prysznic i zjeść. Myliśmy się tak długo, dopóki dozymetr nie przestawał dawać sygnałów, ponieważ pod koniec każdego dnia sami byliśmy radioaktywni, a nasze instrumenty pomiarowe szalały. Potem siadaliśmy do stołu. Dogadzano nam, bo żeby pokonać tego wroga, musieliśmy być silni i zdrowi. Dostawaliśmy mięso do każdego posiłku, piliśmy wino. W czarnobylskiej jadalni panowała zawsze wesoła wrzawa. Rozmawialiśmy o kobietach, o jedzeniu, o życiu. Opychaliśmy się tak, że z trudem docieraliśmy do łóżek. A potem ostatnie zwierzenia, ostatni dowcip i po kilku sekundach zasypialiśmy. Nazajutrz wstawaliśmy o wpół do piątej rano. Poranny rytuał zawsze był ten sam: pobieżna toaleta, pobranie krwi do badania i połknięcie pastylek jodu. Jod przyprawiał nas o mdłości, zwłaszcza jeśli połykaliśmy go na czczo, ale był to jedyny skuteczny środek przeciw rakowi tarczycy. Następnie, po lekkim śniadaniu, wkładaliśmy ubrania ochronne. Dołączali do nas żołnierze. Obiecywano im żołd podwójny, potrójny, a nawet kilkakrotnie wyższy od normalnego, jeśli będą pracować przy samym reaktorze. Poranne rozmowy pełne były marzeń o domach i samochodach, jakie będą mogli sobie kupić. Robiliśmy plany i rozmawialiśmy o przyszłości. Ale w ciągu dnia z powodu bardzo trudnych warunków pracy pojawiały się dolegliwości. Piloci helikopterów, którzy latali nad elektrownią, mdleli w czasie lotów. Nikt dokładnie nie wie, co działo się z likwidatorami. Wielu z nich zmarło, wielu chorowało. Oficerowie i zwykli żołnierze, wysocy rangą i ci mali. Dla promieniowania radioaktywnego nie ma różnicy, czy chodzi o kaprala, czy generała. Nie wiem, czy ci wszyscy ludzie byli naprawdę wolontariuszami. Ale tak czy owak dokonali rzeczy niewyobrażalnej. Wszyscy mieszkańcy naszego globu zawdzięczają im życie. Bez ich poświęcenia skutki katastrofy w elektrowni atomowej byłyby znacznie gorsze. Gorsze na Ukrainie i Białorusi, ale także gorsze w całej Europie, której połowa ludności musiałaby zostać przesiedlona, a połowa jej powierzchni przestałaby się nadawać pod uprawę. Likwidatorzy oddali do dyspozycji władz jedną z niewielu rzeczy, jakie można było jeszcze posiadać w Związku Radzieckim - swoje życie. Codziennie otrzymywaliśmy gazety. Czytałem tylko nagłówki: „Czarnobyl, miejsce wielkiego czynu”, „Reaktor został pokonany”, „Życie toczy się dalej”. Politruk naszej jednostki organizował zebrania i mówił nam, że musimy zwyciężyć. Ale zwyciężyć kogo? Atom? Przyrodę? Wszechświat? ARKADIJ FILIN, LIKWIDATOR Choroby popromienne. Wizyta w klinice nr 6 Pod koniec 1986 roku poczułem na ulicy w Kijowie, że idę zygzakiem. Miałem wrażenie, że płynę. Samochody i ludzie posuwali się wokół mnie zbyt szybko. Szum ulicy potęgowany był nierównym biciem mojego serca. Zamiast zapachów jedzenia, perfum czy spalin miałem w ustach smak wymiocin. Walczyłem z mdłościami. Z trudem wróciłem do domu. Od kilku już tygodni odwiedzałem lekarzy z powodu migreny i dolegliwości żołądkowych. Następnego dnia miałem się stawić na kontrolę, której poddawani byli regularnie wszyscy pracujący w Czarnobylu. Po kilku dniach dowiedziałem się, że tak jak i inni muszę natychmiast jechać do Moskwy, gdzie najcięższe przypadki leczono w klinice nr 6 szpitala wojskowego. Razem ze mną miały jechać jeszcze trzy osoby: dwóch likwidatorów i realizator filmów dokumentalnych Wołodia Szewczenko. Kazano nam stawić się w Moskwie 1 stycznia. Byliśmy poważnie chorzy. Odłożyliśmy jednak wyjazd do 3 stycznia, żeby spędzić Nowy Rok z rodziną. Jeden z nas nie pojechał: Wołodia Szewczenko już nie żył. W Moskwie zrobiono nam transfuzję krwi i poczuliśmy się lepiej. Najbardziej dokuczliwe symptomy minęły. Skorzystałem z tego i mimo zakazu zrobiłem chorym kilka zdjęć. Wracałem potem wiele razy do kliniki nr 6, żeby robić zdjęcia. Spotkałem Aleksandra, dwumetrowego olbrzyma, który nie wiadomo jakim cudem przeżył. Jako ślusarz pracował przy instalacjach rurowych. W momencie eksplozji w elektrowni trysnęła z nich radioaktywna woda. Rozpłynęła się wszędzie po podłodze wąskimi strumyczkami. Aleksander miał ochlapane ramię, wytarł je więc zwyczajnie ręcznikiem. A powinien był umyć je kilka razy, szorując skórę mydłem. Kiedy zobaczyłem go pierwszy raz, pokazał mi rękę. Był to wysoki, przystojny, silny chłop, ale zamiast ręki miał kość pokrytą grubą warstwą strupów. A mimo to uśmiechnął się do mnie. W jego uśmiechu nie było śladu żalu ani bólu. Opowiadał mi radosnym głosem o swym cudownym ocaleniu. Jakiś czas po eksplozji do Moskwy przyjechał amerykański lekarz, Robert Gale, specjalizujący się w przeszczepach szpiku kostnego. Pierwsze operacje, które przeprowadził na chorych z Czarnobyla, były nieudane. Kiedy Sasza przybył do kliniki nr 6, uznano go za straconego. Dostał taką dawkę napromieniowania, że powinien był zginąć na miejscu. Gale zrobił mu jednak przeszczep szpiku, po czym położono Saszę w sterylnej sali i czekano. Po kilku dniach stwierdził, że czuje się lepiej. Nowa diagnoza mówiła, że jego stan jest stabilny. Powiedziałem mu wówczas, że zrobiłem zdjęcie Roberta Gale’a. Uprosił mnie, bym mu je dał. Dla niego Gale był świętym, cudotwórcą. Gdy potem przyjeżdżałem jeszcze dwa razy do Moskwy, odwiedzałem Saszę w szpitalu. Jego dobry nastrój bardzo mi pomógł. Kiedy pytałem, jak się czuje, zawsze odpowiadał, że wszystko będzie dobrze. Marzył o tym, żeby wrócić do domu na przedmieściu Kijowa, ale lekarze trzymali go w Moskwie, jak wszystkich, którzy byli bardzo napromieniowani. Chcieli śledzić rozwój jego choroby, aby zrozumieć, jak udało mu się przeżyć. Przydzielono mu mieszkanie w Moskwie i regularnie poddawano badaniom kontrolnym. W czasie wizyt w klinice nr 6 moją uwagę najbardziej przyciągali ci, którym, jak Saszy, przeszczepiono szpik kostny. W wyniku szoku pooperacyjnego ich organizmy były do tego stopnia pozbawione odporności, że trzeba było ich chronić przed najmniejszymi mikrobami. Przez kilka tygodni przebywali w białych sterylnych salach, w których nie było żadnych zapachów, a ciszę przerywał tylko szum monitorów kontrolujących i filtrów powietrza. Ich jedyny kontakt ze światem zewnętrznym odbywał się za pośrednictwem rurek. Abym mógł zrobić zdjęcia chorym, sterylizowano mój sprzęt tamponem nasączonym spirytusem. Musiałem zdejmować ubranie i nakładać sterylny kitel. Towarzyszył mi lekarz, który udzielał niezbędnych informacji. Rozmawialiśmy przyciszonymi głosami, stłumionymi dodatkowo przez maski. Kiedy wychodziłem z tych sterylnych sal, świat wydawał mi się zbyt rozgadany, hałaśliwy, pełen zapachów i ruchu. Któregoś razu poznałem tam nocnego wartownika z Czarnobyla. 26 kwietnia, zaalarmowany odgłosem eksplozji, wyszedł na dwór. Zafascynowany patrzył na czwarty blok, nad którym unosił się pióropusz ognia i pyłu. Po dwóch latach, kiedy robiłem zdjęcie, jego głowa i ręce pokryte były wrzodami. Reszta ciała, osłonięta ubraniem, pozostała nietknięta. Większości ofiar nie zobaczyłem jednak w klinice nr 6 ani w innych szpitalach Kijowa czy Moskwy. Czasami widywałem ich na ulicach miast Ukrainy i Białorusi. Liczba zachorowań nasiliła się kilka lat po katastrofie. W Kijowie często widziało się młode kobiety z blizną na szyi. Podczas tamtych tragicznych wydarzeń były jeszcze dziećmi. Blizny były śladami po usunięciu gruczołu tarczycy, bo tylko w ten sposób można było wówczas wyleczyć raka tarczycy. Po dziesięciu latach liczba chorych na Białorusi zwiększyła się dziesięciokrotnie. Ponad dwukrotnie zwiększyła się liczba chorób oczu, dróg oddechowych i serca. Nie mówiąc już o depresjach, neurozach i chorobach psychicznych... Od pierwszych miesięcy specjaliści badali związek między napromieniowaniem a ewentualnymi zmianami genetycznymi. Na przykład w 1988 roku w okolicy Żytomierza klacz powiła źrebię z ośmioma nogami. Zdobywanie informacji na ten temat było jednak bardzo trudne, bo w pierwszych latach po katastrofie władze starały się zatuszować sprawę, ukrywać dowody. Jedno jest pewne: było o wiele więcej wypadków wad rozwojowych u noworodków - zniekształceń rąk i nóg, wad wątroby i kręgosłupa. Zmiany w DNA były znacznie częstsze u dzieci z Ukrainy i Białorusi niż w innych republikach. Katastrofa wpisała się w nasze ciała, w nasze geny. Stała się naszym dziedzictwem. Zaczerwieniona skóra robiła się czarna, pękała i odklejała się krwawymi płatami. Koszmar. Ulgę przynosił mu aerozol, ale klinika dysponowała niewielką jego ilością. LARYSA, ŻONA LIKWIDATORA Źródło: https://menway.interia.pl/styl-zycia/po-godzinach/news-igor-kostin-czarnobyl-spowiedz-reportera,nId,3100174,nPack,1
  12. @smox jest jeszcze jeden koncept tej broni Tylko mogą się tu pojawić 2 problemy: 1. Obrońcy praw zwierząt 2. Słoń nie zakotwiczony solidnie do ziemi, może się okazać szybszy od strzały, bełtu
  13. Naukowcy badający wrak sowieckiego okrętu podwodnego Komsomolec, w pobranych z jego wnętrza próbkach wody, wykryli wysokie stężenie radioaktywnych substancji – podaje TVN24, powołując się na drugi kanał norweskiej telewizji i nadawcę NRK. Norwesko-rosyjska ekspedycja naukowa bada wrak sowieckiego okrętu podwodnego, który w wyniku pożaru zatonął w 1989 roku na Morzu Barentsa, około 100 mil morskich od Wyspy Niedźwiedziej. W katastrofie zginęło 42 marynarzy, a 27 udało się uratować. We wraku wciąż znajduje się broń jądrowa. Jak podaje TVN24, powołując się na NRK - próbka wody pobranej z przewodu wentylacyjnego okrętu, w porównaniu z normalnym otoczeniem słonych wód morskich, przekraczała stężenie radioaktywnych substancji o 100 tysięcy razy. Hilde Elise Heldal z norweskiego Instytutu Badań Morskich powiedziała w rozmowie z norweską TV2, że konieczne jest potwierdzenie uzyskanych danych w warunkach laboratoryjnych. Dodatkowo naukowcy pobierają próbki z dna morskiego w różnych odległościach od wraku Komsomolca. Jak czytamy na stronie TVN24 - badania rozpoczęły się w sobotę, a pierwsze testy przeprowadzono w poniedziałek. TVN24, powołując się na norweskie media, przypomina, ze rosyjscy naukowcy już w 2007 roku stwierdzili, że z wraku wycieka radioaktywna substancja. Obecnie trwająca misja ma za zadanie sprawdzić, na ile sytuacja uległa pogorszeniu i jak wpływa na środowisko morskie w Arktyce. Źródło: https://fakty.interia.pl/swiat/news-tvn24-radioaktywny-wyciek-z-wraku-rosyjskiego-okretu-atomowe,nId,3086610
  14. Gdyby komuś zabrakło powera, to istnieje możliwość podładowania energii, poprzez bezpośrednie podpięcie do poltergeista Przyjemnego oglądania.
×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.