Jump to content

Yossarian

Redaktor
  • Content Count

    800
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    51

Yossarian last won the day on June 25

Yossarian had the most liked content!

Community Reputation

1709 Przyjacielski

2 Followers

About Yossarian

  • Rank
    Przewodnik

Profile Information

  • Ruble
    2458
  • Frakcja
    Renegaci
  • Procesor
    i7 960
  • Płeć
    Mężczyzna
  • Miejscowość
    ビエルスコビャワ
  • Broń Główna
    Satyra w krótkich majteczkach
  • RAM
    16GB DDR3
  • Karta graficzna
    Nvidia Quadro 4000
  • System operacyjny
    Winda 8.1 64bit

Recent Profile Visitors

3123 profile views
  1. @smox jest jeszcze jeden koncept tej broni Tylko mogą się tu pojawić 2 problemy: 1. Obrońcy praw zwierząt 2. Słoń nie zakotwiczony solidnie do ziemi, może się okazać szybszy od strzały, bełtu
  2. Naukowcy badający wrak sowieckiego okrętu podwodnego Komsomolec, w pobranych z jego wnętrza próbkach wody, wykryli wysokie stężenie radioaktywnych substancji – podaje TVN24, powołując się na drugi kanał norweskiej telewizji i nadawcę NRK. Norwesko-rosyjska ekspedycja naukowa bada wrak sowieckiego okrętu podwodnego, który w wyniku pożaru zatonął w 1989 roku na Morzu Barentsa, około 100 mil morskich od Wyspy Niedźwiedziej. W katastrofie zginęło 42 marynarzy, a 27 udało się uratować. We wraku wciąż znajduje się broń jądrowa. Jak podaje TVN24, powołując się na NRK - próbka wody pobranej z przewodu wentylacyjnego okrętu, w porównaniu z normalnym otoczeniem słonych wód morskich, przekraczała stężenie radioaktywnych substancji o 100 tysięcy razy. Hilde Elise Heldal z norweskiego Instytutu Badań Morskich powiedziała w rozmowie z norweską TV2, że konieczne jest potwierdzenie uzyskanych danych w warunkach laboratoryjnych. Dodatkowo naukowcy pobierają próbki z dna morskiego w różnych odległościach od wraku Komsomolca. Jak czytamy na stronie TVN24 - badania rozpoczęły się w sobotę, a pierwsze testy przeprowadzono w poniedziałek. TVN24, powołując się na norweskie media, przypomina, ze rosyjscy naukowcy już w 2007 roku stwierdzili, że z wraku wycieka radioaktywna substancja. Obecnie trwająca misja ma za zadanie sprawdzić, na ile sytuacja uległa pogorszeniu i jak wpływa na środowisko morskie w Arktyce. Źródło: https://fakty.interia.pl/swiat/news-tvn24-radioaktywny-wyciek-z-wraku-rosyjskiego-okretu-atomowe,nId,3086610
  3. Gdyby komuś zabrakło powera, to istnieje możliwość podładowania energii, poprzez bezpośrednie podpięcie do poltergeista Przyjemnego oglądania.
  4. Jeżeli chodzi o niemieckie działo akustyczne i wiatrowe. "Dość osobliwe miejsce w historii niemieckich badań zajmują działa akustyczne i wiatrowe. Oba były dzieckiem pana Zippermayera. Pierwsze zakładało wytworzenie poprzez eksplozje metanu serii fal dźwiękowych, mających się na siebie nałożyć w odpowiednio wyliczonym miejscu. Efektem takiego spotkania miał być morderczy dźwięk wysokiej częstotliwości, zabijający wszystkich w pobliżu. Podczas testów na zwierzętach ustalono, że konstrukcja taka jest rzeczywiście skuteczna z bliskich odległości. Ludzie oddaleni o 300 metrów odczuwali silny ból głowy. Druga konstrukcja, zwana Windkanone, również opierała się na serii detonacji – cel miały niszczyć fale uderzeniowe kierowane przez specjalnie wyprofilowane dysze. Na poligonie łamano dziesięciocentymetrowe deski z odległości 200 metrów. Oba działa, choć wysoce skomplikowane i trudne w transporcie, udowodniły doświadczalnie słuszność stojących za ich stworzeniem teorii. Żadne nie weszło jednak na uzbrojenie armii niemieckiej. Przyczyną był zamierzony cel stworzenia obu konstrukcji, a mianowicie użycie ich jako broni przeciwlotniczej. Chociaż oddziaływały na bliskie cele, nie miały szans wywrzeć najmniejszego wpływu na samolot lecący na wysokości kilku tysięcy metrów. Po stwierdzeniu tego faktu oba prototypy porzucono. Windkanone został odnaleziony na poligonie przez alianckich wywiadowców; po krótkich oględzinach wysłano go na złom." Fragment z http://www.konflikty.pl/technika-wojskowa/na-ladzie/wunderwaffe-cudowna-bron-iii-rzeszy-czesc-1/ Dość luźno jeszcze mi się przypomina coś takiego, że KGB potrafiło uśmiercić delikwenta telefonicznie, przesyłając po kablu impuls o wysokiej częstotliwości. Ale na ile to info jest prawdziwe - nie wiem. Może ktoś z Was jest lepiej zorientowany.
  5. Jest to co prawda temat dotyczący spraw organizacyjnych kanału, ale wrzucam na forum, ponieważ chcielibyśmy chociaż w ten sposób uhonorować @Bubera
  6. Najpopularniejszy serial w historii HBO, zwrócił uwagę całego świata na zagrożenia związane z energetyką jądrową. Tymczasem Gates uważa, że ludzkość potrzebuje bezpiecznych reaktorów jądrowych nowej generacji. Drugi najbogatszy człowiek na naszej planecie usiłuje zmienić naszą planetę w lepsze miejsce dla milionów ludzi. W ubiegłym roku, wraz ze swoją największą prywatną na świecie fundacją charytatywną, skupiał się między innymi na problemie swobodnego dostępu do toalet i czystej wody dla mieszkańców najbiedniejszych krajów świata, a także wyeliminowaniu polio, alzheimera i grypy. W tym roku zamierza mocno namawiać najbogatsze kraje świata do większego inwestowania w energetykę jądrową, a Stany Zjednoczone do stania się światowym liderem na tym polu. Gates inwestuje w projekty budowy nowej generacji kompaktowych reaktorów na zubożony uran lub tor, które nie tylko będą o wiele bezpieczniejsze od tradycyjnie wykorzystywanych, ale również będą mogły być instalowane na miejskich osiedlach i dostarczać energię elektryczną bezpośrednio dla mieszkańców. Miliarder twierdzi, że energia jądrowa może idealnie nadać się do pomocy w walce z coraz szybciej postępującymi zmianami klimatycznymi. Jest to jedyne bezwęglowe, skalowalne źródło energii, dostępne 24 godziny na dobę. Wszystkie problemy związane z zagrożeniem wynikającym z energii jądrowej, możemy rozwiązać dzięki innowacjom. Gates widzi wielki potencjał w reaktorach postępującej fali (ang. Traveling Wave Reactor - TWR). Są to reaktory jądrowe IV generacji, w których materiały paliworodne są transmutowane w paliwo wraz z wypalaniem materiału rozszczepialnego. Takie urządzenie działa na zubożony uran lub naturalny tor. Reaktor teoretycznie może działać samowystarczalnie przez dziesięciolecia, bez dostarczania paliwa ani usuwania zużytego paliwa z reaktora. Współzałożyciel Microsoftu będzie zachęcał rządy krajów świata do inwestycji w te technologie, a to ze względu na najnowszą wojnę gospodarczą prowadzoną pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Gates od kilku lat prowadził eksperymenty w Państwie Środka w ramach firmy TerraPower. Niestety, plan prowadzony przez Donalda Trumpa, a mający na celu przemianę USA w nowego lidera całego świata, i ograniczenia imperialnej ekspansji Chin, zniweczył wizje Billa Gatesa. Miliarder liczy, że dogada się z prezydentem USA i stworzy pierwsze w pełni funkcjonalne reaktory jądrowe nowej generacji już na terytorium swojego kraju i uczyni z niego światowego potentata w tej dziedzinie. Trzymamy kciuki za powodzenie realizacji planów, bo to będzie oznaczało lepszą jakość życia dla milionów ludzi zamieszkujących naszą planetę. Tego typu technologia będzie też znacznie lepszym rozwiązaniem od technologii OZE i może zaspokoić nasze potrzeby energetyczne do czasu powstania pierwszych komercyjnych reaktorów fuzji jądrowej, tzw. sztucznych słońc. Źródło: https://www.geekweek.pl/news/2019-06-20/bill-gates-obejrzal-serial-czarnobyl-i-chce-budowac-osiedlowe-reaktory-jadrowe/
  7. Słynny eksperyment myślowy, zwany kotem Schrödingera, obrazuje nam jedną z definiujących cech mechaniki kwantowej – nieprzewidywalnego zachowania cząstek na poziomie kwantowym. Dlatego praca z systemami kwantowymi jest niezwykle trudna. Jednak zespół fizyków zademonstrował możliwość przewidywania tzw. skoków kwantowych, a nawet wpływania na wynik końcowy. W eksperymencie kot znajduje się wewnątrz zamkniętego pudła wraz ze źródłem promieniotwórczym, detektorem promieniowania i pojemnikiem z trującym gazem Wspomniany na początku kot w eksperymencie myślowym, który wymyślił austriacki fizyk Erwin Schrödinger, znajduje się wewnątrz zamkniętego pudła wraz ze źródłem promieniotwórczym, detektorem promieniowania i pojemnikiem z trującym gazem. Jeśli detektor wykryje rozpad radioaktywny pojedynczego atomu, wtedy rozbija pojemnik z gazem, który z kolei zabija kota. My natomiast nie możemy zajrzeć do środka, więc nie wiemy, czy kot żyje, czy nie. Dopóki nie otworzymy pudła, kot istnieje w obu stanach jednocześnie, lecz gdy zajrzymy już do środka, czyli dokonujemy obserwacji, kot losowo przechodzi w jeden z dwóch możliwych stanów. Eksperyment nawiązuje do tzw. superpozycji kwantowej, czyli sytuacji, w której cząstka istnieje w wielu stanach jednocześnie do momentu, w którym dokonamy obserwacji. Wtedy cząstka natychmiast i losowo przechodzi między stanami energii, co nazywane jest skokiem kwantowym. Naukowcy właśnie ogłosili, że udało im się nie tylko przewidzieć, ale także manipulować skokiem kwantowym. Innymi słowy, udało im się "uratować" kota Schrödingera. Zespół fizyków z Uniwersytetu Yale'a dokonał przełomu z pomocą sztucznych atomów, zwanych kubitami, które stosowane są również jako podstawowe jednostki informacji w komputerach kwantowych. Badacze przeprowadzili eksperyment, aby pośrednio obserwować nadprzewodzący kubit, używając trzech generatorów mikrofalowych do napromieniowania kubitu w zamkniętym trójwymiarowym pojemniku, wykonanym z aluminium. Promieniowanie mikrofalowe przełącza kubit pomiędzy stanami energii, podczas gdy druga wiązka promieniowania mikrofalowego monitoruje pojemnik. Gdy kubit znajduje się w stanie podstawowym, wiązka mikrofalowa wytwarza fotony. Jednak nagły brak fotonów oznacza, że kubit wykona skok kwantowy i przejdzie w stan wzbudzony. Kot istnieje w obu stanach jednocześnie Wysłany w odpowiednim czasie impuls promieniowania może odwrócić skok kwantowy, a kubit ponownie znajdzie się w stanie podstawowym. Naukowcy odnoszą swój eksperyment do kota Schrödingera, twierdząc, że udałoim się uratować kota przed śmiercią. Fizycy zaobserwowali w sumie 6,8 miliona skoków kwantowych i odkryli między nimi spójność - każdy skok przebiegał tak samo. Jednak naukowcy nie potrafią przewidzieć, kiedy nastąpi skok kwantowy. Może to potrwać 5 minut, lub 5 godzin. Główny autor badania, Zlatko Minev, porównał skoki kwantowe do erupcji wulkanicznych - monitoring pozwala wykryć oznaki zbliżającej się erupcji, lecz na dłuższą metę, są one całkowicie nieprzewidywalne. Źródło: https://nt.interia.pl/news-kot-schrodingera-fizycy-odkryli-jak-go-uratowac,nId,3044087
  8. @Sierioża muszę Cię rozczarować. Moje życie w wyniku jarkowego gestu, AŻ TAK się nie odmieniło
  9. Jak widać na zdjęciu, Jaguarowi z wrażenia aż się trochę popuściło...
  10. "Trzynastka" od Jarka zmienia życie emerytów i rencistów
  11. Raczej nie da się zabronić, robienia takich "sesji", bo po prostu nie będzie komu tego wyegzekwować, zważywszy na korupcję jaka tam panuje. Nie ma też co za bardzo liczyć, że względy moralne powstrzymają amatorów lansu takich siuśmajtek. Chęć zdobycia kasy i zaistnienia jest u niektórych, jak widać, o wiele silniejsza niż jakieś tam skrupuły - wypada, czy nie wypada robić to w takim miejscu.
  12. Olga Ignatowska, lekarz radiolog z Białorusi Sebastian Łupak: Byłaś lekarzem radiologiem w szpitalu na Białorusi... Olga Ignatowska: Widziałam wszystkie rodzaje raka w szpitalu onkologicznym pod Mińskiem. Można by otworzyć podręcznik do medycyny i te wszystkie przypadki były na moim oddziale. Pracowałam w szpitalu z nastolatkami. Przychodzili do mnie jak gdyby nigdy nic: ”Dzień dobry Pani Olgo, czy piła pani już dziś kawę?” I oni i ja wiedzieliśmy, że zostało im mało czasu. Po pięciu operacjach, odcięte pół ciała. A rodzina prosiła lekarza: a może jeszcze troszkę przeżyje, to nasz kochany synek. Łzy same leciały… To wszystko efekt Czarnobyla? Tak. Choroby popromienne, efekt przebywania dzieci na skażonym terenie. Ty też miałaś problemy? Do dziś. Anemia, kłopoty z kośćmi. Zęby wypadały mi jeden po drugim. Tyle już straciłam, że nie liczę. Czasem wypadały z mięsem z dziąsła. Budziłam się, a tu cała poduszka we krwi, buzia pełna krwi… Zacznijmy od początku. Ile miałaś lat w 1986 roku, gdy wybuchła elektrownia? Dwa latka. Ciocia z Rygi zabrała mnie wtedy na rok na Łotwę, żeby choć na jakiś czas wywieźć mnie z zakażonego terenu. A biednym ludziom co było robić? Nie mieli gdzie wyjechać, to zostali. Czarnobyl jest przecież na Ukrainie. Ale tuż przy granicy z Białorusią. Ta chmura przyszła do nas i to u nas spadł największy radioaktywny deszcz. A miała iść do Rosji… Jak to miała iść? Nie mamy na to żadnych dowodów, ale wiele osób na Białorusi twierdzi, że Moskwa, jak dowiedziała się, że chmury idą w stronę Rosji, zaczęła swoją akcję... To brzmi dosyć nieprawdopodobnie. Czy Putin potrafi rozpędzić chmury nad Moskwą w dniu parady zwycięstwa? Bo mu potrzebne jasne niebo nad Placem Czerwonym… Nie mamy dowodów, ale mówi się, że Moskwa stosowała wtedy specjalne substancje. Właściwie nie wiemy tego do dziś. Tajemnica państwowa. Wszystkie archiwa KGB w sprawie Czarnobyla są zamknięte. Kiedy dowiedziałaś się o awarii? Właściwie to dopiero na studiach medycznych w mieście Homel. Dopiero wtedy zaczęłam sama czytać, szukać, wnioskować. W szkole i w domu była cisza? No wiesz, raczej żarty w stylu co to jest czarnobylski jeż? Jeż bez kolców. Albo żarty o dwugłowej jałówce czy innych mutantach. Nikt specjalnie o tym nie mówił. Ludzie na Białorusi, ci mniej wykształceni, mówili: radiacja, jaka radiacja? Niczego w powietrzu nie widzę, nie czuję. Ale teren, gdzie się urodziłaś i studiowałaś, czyli Polesie, był jednak traktowany specjalnie? Był dekret o masowej eksmisji z tych terenów, ale przecież nie został wykonany, bo nie było pieniędzy na nowe mieszkania dla nas wszystkich. Czyli zostaliście… Tak. Polesie było nazywane kiedyś płucami Europy. Czyste tereny, dużo lasów, bagna. Ludzie dożywali 90 lat. Teraz średnia długość życia dramatycznie spadła. Skoro lasy, to i grzyby… Grzyby, jagody. Wiesz, Białorusini to raczej naród ubogi, więc wszyscy zajmują się zbieraniem grzybów. Jakie pyszne grzybki robi moja mama. Fajne, palce lizać. Jedliście? Tak, mimo skażenia. Bo co mieliśmy jeść? Dużo nie zarabialiśmy. A to są tereny wiejskie. U nas jest taka tradycja, że się robi słoiki na zimę: grzyby, kompoty, dżemy, zupy. Nawet, jak jest jedzenie w sklepach, to każdy ma z tyłu głowy, że przecież kiedyś nie było, był głód, więc znów może nie być. Na studiach medycznych w mieście Homel na pewno na głos mówiło się o efekcie Czarnobyla. Właśnie nie. Zakłamywano statystyki. Mówiło się, że mamy 15 przypadków raka w wyniku choroby popromiennej. A mieliśmy sto. Zaniżano dane. Wykładowca nie mówił nic na głos, żeby nie stracić pracy, a my - żeby nie wylecieć ze studiów. Podobnie, jak zaczęła się epidemia świńskiej grypy. Ludzie rano dostawali gorączki, a na drugi dzień na cmentarz. Epidemia, ludzie umierają, a tu ani informacji, ani leków. Tajemnica państwowa! Przypadków raka było aż tak dużo? Ogrom! Rak piersi, rak macicy. Wycinanie macicy kobietom było na porządku dziennym. Cały czas robili tym biednym kobietkom te operacje. Do tego rak tarczycy. I ci młodzi ludzie na moim oddziale. Jeszcze tu, a już właściwie tam, po drugiej stronie… Jaka była dla was pomoc na skażonym Polesiu? Najpierw były zniżki na leki, na sanatorium. Ale potem rządzący krajem Łukaszenka uznał, że teren jest czysty i wszystkie ulgi nam zabrał. Teren czysty? Nie był i nie jest czysty, ale Łukaszenka potrzebował pieniędzy na swoje rezydencje i na pałace sportu. Pałace sportu? My na Białorusi jesteśmy dobrzy w produkcji ziemniaków i mleka. No i w budowaniu, nawet w najmniejszej miasteczkach, niepotrzebnych pałaców sportu. A jako, że nie ma tam kto grać, to powstają w tych ogromnych halach sklepy. Czy na Białorusi podano dzieciom jod, jak w Polsce? Podali. Ale za późno. Wszystko robili za późno. Ewakuacja też za późno. Potem zaczęli nas karmić sałatkami z wodorostami. One mają jod. W szkole nam to podawali. Nie lubiłam ich. Uważasz się za ofiarę Czarnobyla? Do dziś mam ciarki na dźwięk tego słowa. Płaczę, oglądając serial na HBO, bo widzę to samo, co widziałam w moim szpitalu. Mi się poszczęściło, bo żyję. Innym nie. Moje słabe zdrowie to efekt życia w tej skażonej zonie. Odkąd jestem w Polsce, podreperowałam zdrowie, bo jedzenie tu jest bez radiacji. Na Białorusi kropla po kropli pijesz codziennie tę radiację. A to mleczko, a to grzybki, a to dżemik. A białoruskie leki nie działają. Nie mamy takiej technologii, laboratoriów. Zaś na zachodnie lekarstwa ludzi nie stać, bo są za drogie, plus obłożone podatkami. A u nas pieniądze to nie pieniądze, tylko bezwartościowy papier. Pytasz: ile zarabiasz? 100 dolarów. A to ile kosztuje? 15 dolarów. Nikt już nie podaje cen w rublach. W Polsce zaczęłam wreszcie leczyć zęby. Wiesz, że na Białorusi znieczulenie u dentysty było podawane dopiero od 18 roku życia? Co ja się przez te zęby wycierpiałam jako dziecko. Co prawda nie stać mnie jeszcze na drogie implanty zębów w Polsce, to 2-6 tysięcy złotych, ale już jest lepiej. Chodzę do dentysty. Uśmiecham się. Mieszkasz teraz w Gdańsku, wcześniej w Warszawie. Czy to twój pierwszy pobyt na Zachodzie? Jak byłam w szóstej klasie, pojechałam z koleżanką do Niemiec. Dzieci z terenów skażonych były wysyłane na miesiąc do rodzin do Niemiec, Włoch czy Hiszpanii, podreperować zdrowie. Wiesz, ta niemiecka rodzina: ona sprzątaczka, on – budowlaniec, a mieli dom z ogrodem, dwa samochody. No i ich córka miała lalkę Barbie. Boże, jak ja zobaczyłam tę Barbie! Jak ja ją chciałam mieć. Ale zamiast tego dostałam od nich puzzle. Twoja rodzina odczuła skutki Czarnobyla? Mama ma poważne kłopoty z tarczycą. Tata raczej nie. On był kierowcą ciężarówki. Mówił, że ta ciężarówka to jego dom. Cały jego świat. Ale kiedy przekazali ją młodszemu kierowcy, tata nie wytrzymał. Rozpił się… Jesteś radiologiem. W Polsce pracujesz w zawodzie? Nie. To kwestia nostryfikacji mojego dyplomu. Musiałabym uzupełnić studia medyczne, bo są różnice w programie między Białorusią a Polską. Na razie gotowałam chińskie pierożki w orientalnym barze w Gdańsku. Teraz staram się o pracę w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym. Wiesz, co mi się u was podoba? Jak jedzie karetka pogotowia, samochody się rozjeżdżają na boki. Na Białorusi stoją, nie ruszą się, a niech ten w środku umiera, co tam. Rozstępują się tylko, gdy jedzie jakiś ważny deputowany, czy sam Łukaszenka. O, wtedy są ochroniarze, a ulica jest zamknięta. Nawet w metrze nie otwierają drzwi, żeby nikt nie wysiadł. Wysiądą na następnej stacji… Czy chcecie mieć z mężem dzieci? Tak, choć wiem, że na pewno coś z Czarnobyla i w nich zostanie. To są zmiany genetyczne, które już we mnie i w mężu są. I pewnie dzieci czy wnuki je po nas odziedziczą. To problem na pokolenia. Czarnobyl to dla nas nie tylko wspomnienie, to bolesna teraźniejszość. Natomiast dla młodych to atrakcja. Jak to atrakcja? No tak. Polesie na 30 kilometrów od granicy z Ukrainą to nieżywe terytorium. Tam stoją ochroniarze. Ale głupi ludzie robią wycieczki. Ciekawi, jak to wygląda. Tam są opuszczone miasta i wsie, zostawione rzeczy. Młodych to ciekawi. Nawet biorą ze sobą dozymetry – mierniki promieniowania. Ale skoro tam są ochroniarze, to jak udaje im się tam wejść? Korupcja. Zapłacisz – wjeżdżasz. Źródło: https://teleshow.wp.pl/czarnobyl-wciaz-zabija-wstrzasajaca-relacja-lekarki-6386018674608257a
  13. Tajemniczy obiekt pod specjalnym nadzorem
  14. Wydawać by się mogło, że ludzie gubią telefony, klucze, albo skarpetki. A zgubienie czegoś większego jest wręcz niemożliwe. Jednak ,jak historia pokazuje, homo sapiens jest zdolny do wszystkiego. Nawet do zgubienia jednej z najbardziej śmiercionośnych broni na planecie. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak często katastrofa wisiała na włosku Nad całą drugą połową XX wieku wisiała groźba zagłady atomowej. Broń jądrowa pojawiła się najpierw w arsenale Stanów Zjednoczonych, później ZSRR. Dziś pociski z głowicami jądrowymi znajdują się na wyposażeniu armii 9 państw na świecie. Bomby atomowe to jedne z najstraszniejszych broni na świecie i powinna być ściśle pilnowane, aby nie dostać się w niepowołane ręce. Okazuje się jednak, że im więcej pocisków na składzie, tym więcej może się ich zgubić. Amerykanie na ponad 10 tysięcy posiadanych przez lata głowic zgubili około 14, Rosjanie mający podobny arsenał zgubili ich około 40. Głównie w wyniku awarii na okrętach podwodnych. Do pierwszych wypadków z bronią atomową dochodziło jeszcze w czasie projektu "Manhattan" , w czasie budowy trzech pierwszych bomb atomowych. Już po próbach z lipca 1945 roku i bojowym użyciu bomb atomowych, Harry’emu K. Dafhlianowi na rdzeń plutonowy spadła cegła z węglika wolframu, która była wykorzystywana do obudowywania rdzenia. Naukowiec zmarł trzy tygodnie później w wyniku choroby popromiennej. Plaga Jednak prawdziwa plaga rozpętała się w latach 50-tych. W raz z gwałtownym rozrostem potencjału atomowego ZSRR i USA broń atomowa była utrzymywana w gotowości do natychmiastowego użycia. Oznaczało to, że samoloty amerykańskiego Strategic Air Command (Dowództwo Lotnictwa Strategicznego) nieprzerwanie znajdowały się w powietrzu z ładunkami atomowymi w komorach bombowych. I właśnie za przyczyną samolotu należącego do SAC zgubiono pierwszą bombę atomową. W poniedziałek 13 lutego 1950 roku pierwszy raz wysłano do dowództwa sygnał "Broken Arrow", który oznaczał zaginięcie ładunku atomowego. Przed długie lata nic o tym wypadku nie wiedziano. Dopiero kilka lat temu okazało się, że w wyniku awarii silników załoga ciężkiego bombowca strategicznego B-36 "Peacemaker", lecąca z Alaski do Meksyku zdecydowała się zrzucić posiadaną na pokładzie bombę Mk. 4. Bomba spadła do Pacyfiku. Jak twierdzi amerykańskie dowództwo jest ona bezpieczna, jako że nie posiadała rdzenia plutonowego, który jest niezbędny do reakcji jądrowej. Po zrzucie bomby załoga opuściła samolot na spadochronach, a bombowiec rozbił się w Kolumbii Brytyjskiej na terenie Kanady. Został on odnaleziony w 1953 roku. Po wielu latach nadal można w jego pobliżu zanotować podwyższone promieniowanie. Amerykanie nie upublicznili informacji, ile bomb znajdowało się na pokładzie. Dziś strefa wokół wraku jest zamknięta dla postronnych osób i pilnowana przez armię kanadyjską. Niemal dwa miesiące później nad Nowym Meksykiem rozbił się bombowiec B-50 (niektóre źródła mówią o B-29) przewożący bombę atomową tego samego typu, co B-36. Sama bomba została zniszczona w wyniku uderzenia o ziemię, lecz głowica z materiałem nuklearnym, która również znajdowała się na pokładzie ocalała. Nie znaleziono jej do dziś. Sześć lat później, 10 marca 1956, Boeing B-47 "Stratojet", na pokładzie którego znajdowały się dwa ładunki jądrowe, w trakcie przelotu z lotniska MacDill AFB na Florydzie do Europy minął punkt tankowania na Morzu Śródziemnym i zaginął. Mimo intensywnych poszukiwań, nigdy nie odnaleziono nawet najmniejszego śladu załogi ani samolotu. W latach 50-tych amerykańskie Siły Powietrzne jeszcze kilkakrotnie gubiły ładunki atomowe: 22 maja 1957 roku bombowiec B-36, lecący 500 metrów nad ziemią w Nowym Meksyku, przypadkowo zrzucił swój ładunek niedaleko bazy lotniczej Kirtland, pozostawiając na pustyni krater szerokości 7,5 i głębokości 3,5 metra. W lutym 1958 roku samolot B-47 zderzył się w powietrzu z myśliwcem F-86 "Sabre". Myśliwiec rozbił się w Atlantyku, a bombowiec - choć poważnie uszkodzony - zdołał awaryjnie wylądować. Wcześniej piloci poprosili o zgodę na pozbycie się trzyipółtonowej bomby, którą następnie zrzucili do oceanu. Poszukiwania trwały kilka miesięcy. Przerwano je na wieść, że u wybrzeży Południowej Karoliny zaginęła kolejna bomba. Do dziś żadnej z nich nie odnaleziono. Samoloty B-47 z bazy MacDill, do której należy niechlubny rekord w gubieniu bomb atomowych Mniej, ale niebezpieczniej Lata 60-te okazały się mniej obfite w wypadki z bronią atomową, za to były one dużo groźniejsze. Na początku 1961 roku Boeing B-52 z dwiema bombami wodorowymi Mark 39 na pokładzie uległ awarii i zaczął spadać. Załoga zrzuciła awaryjnie bomby na teren Karoliny Północnej. Po uderzeniu w ziemię z jednej bomby wyciekł materiał radioaktywny, a druga opadając na spadochronie rozpoczęła procedurę detonacji. Na szczęście nie zadziałał ostatni zapalnik i nie doszło do wybuchu. Pięć lat później, 17 stycznia 1966 roku doszło do najsłynniejszego wypadku z udziałem amerykańskiego samolotu. Podczas tankowania w powietrzu na wysokości ponad 9 tys. metrów nad Hiszpanią bombowiec B-52G z czterema bombami wodorowymi na pokładzie zderzył się z tankowcem KC-135. W wyniku zderzenia "latająca cysterna" eksplodowała w powietrzu, a bombowiec przełamał się na pół i wpadł do Morza Śródziemnego. Z katastrofy uratowało się 4 członków załogi B-52. Pozostałe trzy osoby z załogi bombowca, wraz z całą czteroosobową załogą KC-135, zginęły. Trzy z czterech bomb spadły na ląd, gdzie eksplodowały klasyczne ładunki wybuchowe. Na szczęście zadziałały bezpieczniki i nie została zainicjowana reakcja jądrowa. Czwarta bomba wpadła do morza. Po kilku miesiącach udało się ją wydobyć. Jednak ten wypadek spowodował, że większość krajów europejskich zakazała nad swoim terytorium lotów z bronią atomową na pokładzie. Gwoździem do trumny stałego parasola powietrznego okazało się zagubienie bomby atomowej nad Grenlandią. B-52 tankuje z KC-135. Właśnie w czasie tego manewru doszło do zderzenia nad Hiszpanią Thule 3 stycznia 1968 roku "New York Times" na pierwszej stronie głosił: "Bombowiec B-52 Sił Powietrznych USA przewożący cztery bomby wodorowe rozbił się wczoraj w lodach u wybrzeży Grenlandii podczas próby awaryjnego lądowania w bazie Sił Powietrznych w Thule". Po uderzeniu w lód eksplodowały konwencjonalne ładunki inicjujące reakcję wybuchową, na szczęście część mechanizmu została uszkodzona i do wybuchu nie doszło. Specjaliści znaleźli na miejscu ślady po jedynie trzech bombach. Czwarta, o numerze seryjnym 78252 i mocy 1,1 megaton przetopiła się przez wieczną zmarzlinę. Do dziś jej nie znaleziono. Natomiast cały czas mieszkańcy wyspy spotykają na swojej drodze zdeformowane zwierzęta. A-4 "Skyhawk" na pokładzie USS "Ticonderoga". Pod kadłubem podwieszano bombę B-43 Wypadło... Głupich wpadek nie ustrzegła się też marynarka wojenna. Najsławniejszą była ta z grudnia 1965 roku. W czasie wojny w Wietnamie po odbyciu tury bojowej do bazy w porcie Yokosuka w Japonii wracał, lotniskowiec USS "Ticonderoga". Gdy lotniskowiec znajdował się około 110 kilometrów od wyspy Ryuku i nieco ponad 300 kilometrów od Okinawy, z windy numer 2 stoczył się samolot myśliwsko-szturmowy A-4E "Skyhawk". Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie to, że miał podwieszoną pod kadłubem bombę termojądrową B-43. Samolot zaległ na głębokości około 5 kilometrów. Ani on, ani ładunek nigdy nie zostały zlokalizowane. Podobną wpadkę zaliczyła radziecka Flota Pacyfiku. W czasie rejsu wokół Kamczatki okręt podwodny projektu 667 (NATO: Delta I) K-171 w trakcie pozorowanego odpalenia trzystopniowych pocisków balistycznych dalekiego zasięgu R-29RM z głowicą atomową, odpalił startery. Tym samym rakieta została wyrzucona poza kadłub sztywny okrętu i bez uruchamiania silników startowych opadła na dno Pacyfiku. Na szczęście po kilkutygodniowych poszukiwaniach udało się pocisk znaleźć i wydobyć. Oficjalnie głowica nie została uszkodzona. Już po pierestrojce w flocie podwodnej Rosji zdarzył się kolejny wypadek. 27 września 1991 roku przypadkowo wybuchły ładunki inicjujące w dwóch pociskach SLBM R-39 na atomowym okręcie podwodnym TK-17, projektu 941 Akula). Eksplozja uszkodziła pokrywę wyrzutni a głowicę bojową rakiety wyrzuciła w morze. Na szczęście okręt dopłynął do bazy, jednak w wyniku wypadku na dnie znalazł się jeden z pocisków R-39 z głowicą o mocy 10 Kt, którego nigdy nie odnaleziono. Dwa lata wcześniej, w kwietniu 1989 roku zatonął radziecki okręt podwodny projektu 685, "Komsomolec" z dwoma pociskami atomowymi na pokładzie. Do dziś nie wydobyto pocisków, choć wrak zlokalizowano prawie natychmiast. Okręt podwodny projektu 941, w kodzie NATO Akula Tajemnica Trudno dziś określić ile głowic atomowych zostało zgubionych przez mocarstwa atomowe. Zwłaszcza jeśli chodzi o nieistniejące ZSRR, które strzeże swoich tajemnic bardzo pilnie. Do dziś znane są jedynie najbardziej spektakularne wypadki. Zwłaszcza jeśli chodzi o flotę podwodną, która przez lata była najlepszą na świecie, jednak procedury bezpieczeństwa były dalekie od poprawnych. Oficjalnie Rosjanie zgubili jedynie osiem głowic. Nic nie wiadomo o tym, czy siły powietrzne nie zgubiły jakiegoś ładunku nad bezkresnymi terenami Azji. Nonszalanckie traktowanie broni atomowej może się zemścić w każdej chwili. Na zaginioną bombę może trafić każdy. Zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie, że 7 na 11 zgubionych przez amerykańskie lotnictwo bomb leży na jakichś bagnach na terenie USA. Nie ujawniono ile bomb zgubiło radzieckie lotnictwo strategiczne Źródło: https://menway.interia.pl/historia/news-bezpanskie-bomby-tak-gubiono-najstraszliwsza-bron-swiata,nId,1020465
  15. Testy nuklearne Chin i psychoza zimnej wojny sprawiły, że agenci CIA angażowali się w działania żywcem wyjęte z filmów szpiegowskich. Znakomitym tego przykładem jest operacja "Kapelusz", przeprowadzona wysoko w… Himalajach. Pierwszy udany test broni atomowej chińska armia przeprowadziła w piątek 16 października 1964 roku. W Lop Nur zdetonowano bombę o mocy 22 kiloton, czyli podobną do tej, jaką Amerykanie zrzucili 9 sierpnia 1945 roku na Nagasaki. Zaniepokojone postępami sąsiadów w jądrowym wyścigu zbrojeń były władze Indii, tempo prac zaskoczyło również USA. "Musieliśmy wiedzieć, co testują Chińczycy, żeby odkryć ich zamiary. Z powodów politycznych i geograficznych nie mogliśmy wykorzystać samolotu rozpoznawczego U-2, a nasze satelity nie były jeszcze przystosowane do tego typu misji" - tłumaczył po latach w anonimowej rozmowie z "Washington Post" były oficjel CIA. Góra z polską historią w tle Amerykańscy agenci wpadli wobec tego na pomysł zainstalowania wysoko w Himalajach urządzeń do monitorowania lotu chińskich pocisków. Wybór ostatecznie padł na Nanda Devi (7816 m n.p.m.), drugą po Kanczendzondze (8586 m n.p.m.) najwyższą górę Indii. Dziś jest może mało znana, ale warto przypomnieć, że Nanda Devi była najwyższym szczytem zdobytym przed II wojną światową przez człowieka. Era podboju ośmiotysięczników rozpoczęła się dopiero 3 czerwca 1950 roku, kiedy Francuzi Maurice Herzog i Louis Lachenal stanęli na wierzchołku Annapurny (8091 m n.p.m.). Miejsce w historii podboju położonego w Himalajach Garhwalu masywu mają również Polacy. 2 lipca 1939 roku Jakub Bujak i Janusz Klarner zdobyli Nanda Devi Wschodnią (7434 m n.p.m.), szczyt połączony z głównym wierzchołkiem kilkukilometrową granią. Skład pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje uzupełnili Adam Karpiński (kierownik) i Stefan Bernadzikiewicz. Operacja "Kapelusz" Wracamy do lat sześćdziesiątych i tajnej misji CIA. W ramach operacji "Kapelusz", uzgodnionej z władzami Indii, wyselekcjonowano grupę wspinaczy wysokogórskich, a następnie wtajemniczono ich w przebieg misji i przygotowano do kolejnych ekspedycji. Zadanie postawione przed himalaistami polegało na przetransportowaniu na szczyt Nanda Devi jądrowego urządzenia szpiegowskiego z generatorem napędzanym siedmioma bateriami z plutonem 238. Według doniesień prasowych urządzenie ważyło 56 kilogramów, miało 2-3 metrową antenę i kształt kuchenki mikrofalowej. Lawina porwała pluton Premierowa wyprawa szpiegowska ruszyła w 1965 roku i zakończyła się klapą. Ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe wspinaczom nie udało się osiągnąć wierzchołka. Rozpętała się burza śnieżna, himalaiści zdecydowali się zabezpieczyć urządzenie linami w pobliżu obozu IV i zejść niżej. Manmohan "Mohan" Singh Kohli, uczestnik ekspedycji tak wspominał ją w rozmowie z hinduską gazetą "Mint": "Podano nam tylko szczątkowe informacje. Mieliśmy dostarczyć coś wraz z Amerykanami na szczyt góry. Nie wiedzieliśmy, co to właściwie jest, a także, że w 80 proc. składa się z radioaktywnych materiałów, które zniszczyły Hiroszimę. Nikt nam nie powiedział, jak bardzo było to niebezpieczne". Rok później wspinacze wrócili w miejsce, w którym zostawili urządzenie. Mimo usilnych poszukiwań, nie znaleźli go. Prawdopodobnie zostało zabrane przez lawinę, wraz z - jak podają niektóre źródła - nawet pięcioma kilogramami plutonu. Sukces trzeciej ekspedycji Trzecią ekspedycję, po skorygowaniu planu, wysłano na pobliski szczyt Nanda Kot (6861 m n.p.m.). Misja zakończyła się sukcesem. Urządzenie zainstalowano na północnej grani, skąd można było z powodzeniem szpiegować poczynania Chińczyków. "To było bardzo dobre rozwiązanie, ale mogę powiedzieć, że przyniosło tylko częściowe rezultaty" - przyznał na łamach "Washington Post" cytowany już były pracownik CIA. W latach 60. ubiegłego stulecia nastroje zimnowojenne i ciążące nad światem widmo kolejnego globalnego konfliktu sprawiło, że szpiedzy obu stron barykady sięgali po oryginalne, wręcz karkołomne z dzisiejszego punktu widzenia rozwiązania, byle tylko poznać kolejny krok oponenta. I chociaż Amerykanie nigdy nie przyznali się oficjalnie do operacji "Kapelusz", pod koniec lat 70., gdy zaczęła pisać o niej prasa, tłumaczył się z niej w parlamencie premier Indii Morarji Desai. "Szeptano o milionach ofiar" Po akcji pozostała dziś pełna tajemnic historia, idealna na scenariusz filmu szpiegowskiego, ale też obawy o skażenie środowiska naturalnego w rejonach Nanda Devi. Wody tamtejszego lodowca, gdzie od kilkudziesięciu lat może spoczywać urządzenie szpiegowskie, wpadają do Gangesu. Lepiej nie myśleć, co stałoby się, gdyby doszło do uwolnienia plutonu ze skorodowanego generatora. "Powstała obawa, że w razie wydostania się paliwa mogą ulec nuklearnemu skażeniu wody Gangesu - szeptano o możliwości milionów ofiar. (...) Cała operacja wciąż osnuta jest mgłą tajemnicy, nieznane są nazwiska większości alpinistów, daty wejść na szczyty ani daty demontażu wysłużonych urządzeń" - pisał Janusz Kurczab w przedmowie do II wydania "Nanda Devi" Janusza Klarnera. Po zakończeniu operacji CIA władze Indii zamknęły na dekadę cały masyw Nanda Devi, a Amerykanie - nieoficjalnie - zapewniali, że ilość substancji jest niewielka, a baterie są zabezpieczone co najmniej na sto lat. Źródło: https://menway.interia.pl/historia/news-zaginiony-pluton-w-himalajach-tajna-operacja-cia-na-nanda-de,nId,2568013
×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.

Społeczność
Discord