Jump to content

Nasze przypadki w życiu, które mogły by się zakończyć źle.


metek58

Recommended Posts

Chciałbym, aby w tym temacie opisywać nasze (nie zawsze mądre) zdarzenia, zachowania, czy wybryki młodości i nie tylko młodości.

Kiedyś była taka moda na strzelanie ze szprychy rowerowej. Czyżby początki stalkerstwa? :biggrin: Nakręcało się na szprychę tę nakrętkę tak gdzieś do połowy, łebkiem do przodu i skrobało siarkę z zapałki. wylot zaklepywało się odrobiną ołowiu. Szprycha była wygięta i uformowana na kształt pistoletu. Potem grzejąc nad świeczką tę nakrętkę z "prochem", strzelało się do kartki z narysowaną tarczą. Pewnego razu, uznałem, że w motorowerze starszego brata, są większe szprych, więc i efekt będzie lepszy. Zrobiłem wszystko, co trzeba i grzeję spluwę. Nastąpił strzał, tylko nakrętka miała więcej "prochu" i nie wytrzymała, więc ją rozerwało! Zdumiony i zaskoczony, widzę, że coś jest nie tak z palcem, bo odłamek nakrętki, solidnie wbił mi się w niego. Jakoś, ze strachu przed rodzicami, dokonałem samooperacji i usunąłem obce ciało z palca. Po jakimś czasie, dopiero zdałem sobie sprawę, że gdyby ten odłamek minął palec i trafił w oko, to finał głupiej zabawy, skończył by się dla mnie fatalnie, gdyż aby ten pistolet odpalił, trzeba było dość blisko z twarzą być przy tym. Po tym zajściu, już nigdy nie powtórzyłem tej zabawy w strzelca wyborowego. :biggrin: To ostrzeżenie mi wystarczyło.

A u Was jak? Były takie podobne przypadki, że się jako tako upiekło. Mam jeszcze spory zapas moich "pomysłów" i nie przemyślanych posunięć (mając sześć lat, urwało mi palec, ten u ręki oczywiście i najmniejszy), ale pozwolę tu na popisy kolegów, zapewne każdy ma też sporo "ciekawych" przypadków z życia.

Chcę dodać, że takie pomysły jak mój, czy pomysły kolegów, stanowczo odradzam wypróbowywać komuś na sobie, gdyż mogą spowodować kalectwo lub coś gorszego.

Edited by metek58
  • Positive 2
Link to comment
Share on other sites

Trochę ich było, ale mam dwa przykłady, które mi teraz "wychodza". :dry: Pierwszy... Miałem 12-14 lat, dokładnie nie pamiętam. Wiadomo jak gówniarz to wszędzie wejdzie i mi naszło, że wracając z łąki wraz z sianem będę na przyczepie. Zajechaliśmy do stodoły no i trzeba było jakoś zejść a z racji, że było wysoko i dużo to nie wiedziałem gdzie się "kończy" przyczepa, więc zrobiłem i jeden krok za daleko i poleciałem na przodu [były ze sobą złączone dwie przyczepy, byłem na tej z tyłu] i poleciałem plecami na zaczep [trochę wyżej niż kość ogonowa]. Wstałem i się pytali czy mi się coś stało, ale że młody to nic mu nie było tylko, że od dwóch lat mnie teraz plecy bolą jak się "namęcze". Jakby inaczej poleciał to kręgosłup to raczej byłby złamany i wózek by było pewny od tamtej pory jakoś bardziej uważam. Drugi... Miałem 16 lat, była to zawodówka w internacie, pierwsza klasa, wiadomo nowa, nowi ludzie wiedziałem, że jest jedna "mądra inaczej", ale jakoś starałem się ją omijać. Feralnego dnia byliśmy naprzeciwko jej pokoju, ale ona też była w tym pokoju i gdzieś jakaś gatka była już nie pamiętam o czym i pech chciał, że ona zamknęła pokój od środka i coś jej "na głowię" się stało i wyrzuciła klucz przez okno [było otwarte]. Oczywiście żeby być "dobry" kolegą więc wyszedłem przez okno [1 piętro] jak już byłem na drugiej stronie to chciałem złapać się rynny i po niej jzejść i coś jej w tym momencie "odwaliło" i mnie wypchnęła przez okno i poleciałem na kostkę brukową na jedną nogę, która potem się okazało napuchła jak balon [3 razy chyba większa niż norma przewidywała] i nic nie mogłem z nią zrobić nie stanąć a tym bardziej chodzić. Potem wyszło, że kość została pęknięta [tylko!?], ale jakoś to dziś chodzę tylko też boli jak się "namęcze" a co by było jakbym poleciał na głowę? Ave Fatima by była pewna, ale jakoś los chciał mnie oszczędzić dwa razy i żyję do dziś dnia.

Link to comment
Share on other sites

Myślę @metek58 że nawet to co zrobiłeś, naszej (ja i kumpel) a w szczególności mojej głupoty nie przebije. Uwaga debilizm do potęgi nieskończonej~~

jak miałem z 13lat to z kumplem Adamem, szlajaliśmy się po pustostanach, kiedyś znaleźliśmy pudełko a w nim, petardy, i z garść naboi chyba 9mm, wzięliśmy słój o do niego wysypaliśmy proch z petard, do tego wrzuciliśmy te parę naboi. następnie z domu przyniosłem denaturat, a w sklepie z petardami po drodze kupiłem lont. Denaturat w torebkę, i do słoja, lont na dno, zakręcenie słoja i wychodził przez nakrętkę. Postawiliśmy to w takim pokoiku, z 5 na 7metrów, i podpaliliśmy lont, :devil: ..... Ledwo co uszliśmy no może nie z życiem, ale ciężkie poparzenia nas mogły dorwać.

A oprócz tego, kiedyś po nocy, zimą, pstrykałem sobie zdjęcia na bocznicy kolejowej. Wracając już zadowolony patrząc się w ekranik aparatu nie zauważyłem nadjeżdżającego wagonu towarowego, przechodząc przez tory tylko mi coś śmignęło, po chwili dopiero spostrzegłem się że przeleciał mi wagon za plecami. dosłownie ułamek sekundy i mogło by być bardzo źle. :sweat: Z innej beczki, z kumplami robiliśmy na sucho krasztesty malucha. Biedaczyna miała zatarty silnik, To co, jako ten najbardziej odważny, wsiadłem do środka, zapiąłem pasy i chłopaki dawajcie. Jak mnie przerzucili na dach, to się zaczęły zgniatać słupki, :huh: ... Zbroja pełna, ale byłem strasznie szczupły i się dobrze ułożyłem na fotelach;) Innym razem, holowanie roweru, ja pół dzieciństwa spędziłem na rowerze. Z bratankiem śmigaliśmy koło torów, bo była taka super kręta dróżka miedzy drzewami. Jemu pękł łańcuch w drodze powrotnej, to co, dawaj na hol, ja jako taki mały MacGyver, miałem ze sobą cały niezbędnik, zamontowałem sznurek sobie do bagażnika a jemu do kierownicy.... Nikt nie przypuścił że jak się bujnę dość mocniej, a potem zwolnię to ten sznurek upadnie na drogę a potem się wkręci w koło. Jedziemy, jedziemy nagle sru, jak mnie pociągnęło, jak bym naraz obydwa hamulce zapuścił. Patrze co się dzieje a ten przeleciał przez kierownicę, i pyłowa twarzy na chodniku. :sick: Raz rozkładając starą szafkę, wbiłem sobie w stopę 10calowego gwoździa, trzymał on gąsiora :P gwoźdź był pordzewiały, wiec pojechałem do szpitala i mi ranę zdezynfekowali. A kto wie jak by weszło zakażenie to i bym nogę mógł stracić. Kolejnym razem, chciałem zaimponować dziewczyną, wiec robiłem sztuczki na rowerze, traf chciał że jedna nie wyszła, jak poleciałem... do dzisciarki mnie przechodzą. Miałem zdartą skore na łokciach, kolanach i podbrzuszu. Przez ponad miesiąc nie mogle zginać kolan a ni łokci, potem jak rozciągałem nową skórę to bolało jak diabli, do szkoły wróciłem po 2 miesiącach. Takich sytuacji było całe mnóstwo. :D Do dzisiaj zostało mi wielka blizna po rozcięciu na kolanie, i to tyle. Stare dobre czasy, dziś się już takich rzeczy nie robi. Jak człowiek był młody to zdawało się że jest nieśmiertelny, wyskoczenie z 3 piętra było jak pestka, dziś się zeskoczy z 1,5 metra i zaraz coś przeskoczy, a potem się tydzień kuleję.

Link to comment
Share on other sites

Ja to kilka takich przygód miałem, nieraz nie ze swojej winy. Kiedyś z kolegą postanowiliśmy sobie pośmigać na rowerach,podjechaliśmy na taką "rampę " przeładunkową i powiedziałem "skoczę z niej" (niebyła ta "rampa" wysoka tak coś koło metra może) wsiadłem ma rower (to była ta rama point czy jakoś tak, wiem że to była "wyczynowa") rozpędziłem się i skoczyłem, pech był taki że podczas lądowania na ubitej ziemi przednie koło wpadło mi w zagłębienie :sweat:, amortyzator się ugiął a mi nogi "rozjechały" się na boki, czego skutkiem było przelecenie przez kierownicę upadek klatką piersiową na ziemię i jeszcze uderzenie w plecy siodełkiem do roweru :smile: przez kilka chwil bałem się ruszyć bo myślałem że to już po kręgosłupie ale później już normalnie śmigałem,Co jest najlepsze ten rower był już tak dojechany że ramę z kołami kupiłem za 2 piwa :smile: siodełko nie było dokręcone i latało luzem jak się rower przewracał to siodełko wypadało :D oraz spadał łańcuch. Drugim razem postanowiłem zjechać po schodach tym właśnie rowerem a zapomniałem że jeden ząb w zębatce jest wykrzywiony przez co spadał z niej łańcuch, podjechałem powoli do schodów, zacząłem zjeżdżać i chciałem pewniej stanąć na pedale więc poruszyłem lekko nogą i wtedy spadł łańcuch, jak wyrżnąłem kolanem o amortyzator to aż krew poleciała dziś to na kolanach mam kilka blizn od tego roweru. po kilku miesiącach go sprzedałem i wróciłem do swojego starego zwykłego roweru ale i na nim sobie "kuku" zrobiłem jadąc na nim zobaczyłem że na widełkach mam liście, wiec postanowiłem je strącić nogą, co skończyło się wkręceniem stopy w koło i połamanymi dwoma szprychami :laugh: A rower ten dokonał swego żywota podczas zwykłej powolnej jazdy.... w pewnym momencie coś mi przy widełkach pękło i koło skręciło w jedną stronę a kierownica w drugą, po czym oddałem go znajomemu i nie zamierzam teraz kupować żadnego roweru:smile:. jak miałem 13 lat postanowiliśmy ze znajomymi zrobić sobie 3 huśtawki na działce znajomej, i wiecie jak to młodzi, zrobiliśmy takie prymitywne lina do tego patyk przywiązany i można było się huśtać:D podczas kręcenia się na jednej lina była tak napięta że próbowała się zwinąć i postanowiła to zrobić niedaleko mojej ręki co poskutkowało wkręceniem się ręki w linę (między kciukiem a palcem wskazującym), gdy oswobodziłem swoją rękę odskoczyłem od tej huśtawki a ta kręcąc się uderzyła kolegę w piszczel, Kiedyś pomagałem Kolesiowi rąbać drewno, a że jedna deska była cienka to chciałem złamać ją skacząc na nią,nie zauważyłem że w niej tkwił gwóźdź... na szczęście wbił się tak że przeszedł przez podeszwę i nie wbił mi się w palca tylko obok niego :rolleyes::laugh: Ostatnio pomagałem znajomemu w remoncie a, że byliśmy przez jakiś czas sami bo jego matka pojechała na zakupy to skoczyliśmy po browarka, wypiliśmy po jednym i zabraliśmy się dalej do roboty, najpierw mieliśmy zmoczyć wodą sufit by lepiej wszystko odchodziło, zaczęliśmy obficie smarować sufit że woda aż kapała a w tle grało radyjko. w pewnym momencie zszedłem z drabiny i poczułem jak coś mi po nodze przeszło, okazało się ,że to przebicie bo kabel był w kałuży wody, dziwię się że mnie prąd mocno nie kopnął :smile: jego matka jak zobaczyła nasze standardy "BHP" to powiedziała "no was chyba poje***o", zabrała nam radio i kazała podłogę ścierać, gdy wytarliśmy do sucha to dopiero dostaliśmy radio :rolleyes: A teraz kilka dziwnych i szokujących zdarzeń które się przytrafiły innym osobom. Kiedyś będąc na rybach wdałem się w rozmowę z pewnym wędkarzem, zaczęliśmy coś rozmawiać o kłusownikach a on opowiedział mi jak jego sąsiad chodził co noc na filar łapać na kosę i to ponoć łapał ładne sztuki, pewnej nocy wybrał się na filar z kolegą zarzucili wędki a ten gościu zahaczył o coś dużego, przekonany, że złapał wielką rybę zaczął zwijać a jego koleś się przyglądał ze zdziwieniem, jakież ich zdziwienie musiało być gdy podciągnęli to na filar a to się okazało że to topielec z podciętym gardłem i kotwica właśnie się tam zaczepiła :smile: Najpierw mi się w to wierzyć nie chciało ale kiedyś przyszedł ten kłusownik i sam na rybach o tym opowiadał, mówił że jak teraz idzie na ryby to tylko spławik i na grunt a już nigdy kosy, blaszki i siatek :smile:

Link to comment
Share on other sites

Mając około 13 lat miałem motorower - romet, po ojcu. Kiedyś już o nim gdzieś tu wspominałem. W każdym razie bardzo silne (jak na motorower) i wytrzymałe bydlę. Duża w tym zasługa ojca który sporo rzeczy w nim wymienił. I np. Przednie widełki zostały przerobione na amortyzatory z WSK, tak samo tył. Zwiększało to znacznie możliwości ładunkowe ale był też sporo sztywniejszy. Kiedyś z kumplem który też miał rometa postanowiliśmy zabawić się w cross. Była tak fajna skocznia. Kumpel pojechał pierwszy, poleciał w powietrzu z 5 metrów i wylądował prawie na równych kołach, trochę iskrząc z tłumika o ziemię. Ja też stwierdziłem że skoczę. Tyle że moje bydlę miało cięższy przód i niestety - nie wyszło tak jak chciałem. Zanurkowałem przy lądowaniu przodem. A że amorki były mocniejsze i sztywniejsze to porządnie odbiły, momentalnie stawiając mnie na tylnym kole. I tak na tym tylnym kole przejechałem jeszcze paręnaście metrów. Wyszedłem z tego bez ryski, ale jak sobie teraz pomyślę - przecież przy tym skoku miałem dobrze ponad 50km/h - mogło mnie tu już nie być.

Link to comment
Share on other sites

Pamiętam jeszcze z podstawówki lubiliśmy z kolegami robić "wybuchy". Zbierało się ze śmietników puste butelki po dezodorantach, muchozolach i wrzucało do ogniska. Pewnego razu znaleźliśmy pustą gaśnice i popsuty kineskop telewizyjny. Napaliliśmy duże ognisko do którego wrzuciliśmy to wszystko. Jako "niczego nie strachliwi" stoimy ok 2 m od ogniska. W pewnej chwili jak to wszystko wybuchnie a my w nogi. Ognisko rozwaliło, uratowało nas tylko to że od naszej strony gałęzie były przyciśnięte grubszymi gałęziami i siła wybuchu poszła w drugą strone.

Kolega znalazł pociski z kbksu, była zima więc w szkole palono w piecach kaflowych. Z nudów wrzuciliśmy te pociski do pieca. Po jakimś czasie jak walnie, dobrze że było nas mało w klasie i nikt nie siedział przy piecu. Odpadło parę kafli i z wielką siła otworzyło drzwiczki pieca. Nikt się nie przyznał.

Młodszym forumowiczom absolutnie odradzam robienie wszystkich rzeczy opisanych w tym wątku. Życie i zdrowie jest jedno.

Link to comment
Share on other sites

A propos wybuchów - już nie byłem taki gówniarz, bo to był koniec podstawówki (normalnej 8-io klasowej) - więc miałem już piętnaście lat. Znaleźliśmy butlę gazową turystyczną - taką 2.5kg Była w niej jeszcze końcówka gazu, tak z 1/3 - 1/4. Zawsze na wysypisku było sporo starych opon. Postanowiliśmy z kumplami że napalimy ognisko z opon i do tego wrzucimy tę butlę. Wiadomo było że walnie i to mocno więc tylko jeden ciągnął zapałkę żeby tę butlę podrzucić. Nie mieliśmy pojęcia ile czasu musi minąć. W każdym razie - ognicho było takie że z 5-ciu metrów czuć było gorąc. Kumpel podrzucił butlę i dyla. Tak z 50-60 metrów od tego miejsca rosła fajna sosna na której siedzieliśmy i obserwowaliśmy "efekty". Trochę to trwało. Ale jak walnęło to całe ognisko z kilkunastu opon rozpirzyło, ale najciekawsze - kiedy schodziliśmy z sosny kolega rozwalił rękę na czymś ostrym - okazało się że odłamek butli, jakieś 5 na 6 cm wbił się w pień z taką siłą że wystawał tylko na centymetr. To pomyślcie co było by z tym który by tym dostał?

Link to comment
Share on other sites

Skoro mowa o małych butlach... Z kolegą mieliśmy genialny pomysł, miałem może z 14 lat on chyba 12. Weszliśmy w posiadanie nie pamiętam czy pusta była czy coś w środku jeszcze było, ale zwieliśmy ode mnie kostek słomy i postanowiliśmy sprawdzić czy ładnie wybuchnie, było lato. Poszliśmy z tą kostką i słomą na pola i gdzieś na czyjejś miedzy podpaliliśmy i wrzuciliśmy tą butlę, my w nogi, miałem jeszcze rower kolegi [nad głową] i ile mieliśmy sił w nogi. Odeszliśmy na około 10 metrów i jak nie pierdyknie ta butla.... Płomień w górę miał ponad 10 metrów co najmniej , że aż samochód się zatrzymał nie wiedząc co się dzieje... Tego samego wieczora mieliśmy jeszcze jedną butlę, ale tym razem pod mostem ją umieściliśmy, ogień poszedł w obie strony, ale co było najlepsze przy obu wybuchach nie było głośnego dźwięku tylko taki mocny bass.

Link to comment
Share on other sites

Ja może mniej efektownie, ale także niebezpiecznie. Mając chyba koło 11-12 lat, poszedłem z ojcem nad staw trochę pobrodzić w wodzie. On umie pływać, więc wypłynął na głębszą wodę i na chwilę zostawił mnie samego. Ja nie chcąc być gorszym, też dałem nura, a że nie umiałem pływać, to wiadomo, jaki był tego efekt. Zanim ojciec zorientował się co się dzieje i mnie wyciągnął, upłynęła dłuższa chwila. Czułem, że koniec był już bliski. Przez resztę dnia byłem strasznie oszołomiony i było mi niedobrze od dużej ilości wypitej, brudnej wody. Zatkało mi też w uszach. Od tego czasu unikam wody głębszej niż metr.

Link to comment
Share on other sites

U mnie sporo tego było :geek: . Trzy miesiące po otrzymaniu prawojazdy, w czasie deszczu postanowiłem, w drodze z Augustowa, zatrzymać się za "potrzebą". Zjechałem na trawiaste pobocze i nacisnąłem hamulec. Finał jest oczywisty dla doświadczonego kierowcy - dla mnie nie był. O ściętym znaku drogowym szkoda gadać, ale Pan, który zatrzymał się Żukiem, pomógł mi postawić samochód na koła i wyciągnąć z rowu stwierdził: jak kawalerzysta pan wyprzedzał, a auto... :sick: (to była Skoda 100 rocznik 73, więc starsza niż ja - trochę korozja ją zżerała :sad: i wygląd był jaki był). Drugi numer był mniej więcej w tym samym czasie. Na ognisku, nie zastanawiając zbytnio (wiele dziewczyn było światkami :teehee: ) przyjąłem zakład dotyczący dopłynięcia do wyspy. To było jezioro Serwy a wyspa to Sosnowo, oddalona od brzegu o ok. 600m - niby niedaleko. Wstałem rano, nie budząc nikogo popłynąłem. Pod samą wyspą stwierdziłem, że wygram i zawróciłem. Kiedy wyszedłem na brzeg na kempingu, stało tam już kilku urlopowiczów. Starszy gość uświadomił mi jakim idiotą byłem płynąc bez asekuracji. Ostatnia "durnota" ma zaledwie cztery lata. Montowano na pewnym kominie w moim mieście sprzęt przesyłowy telefonii komórkowej. To bite 120 m. 1300 stopni drabiny. Gość który poszedł na samą górę (przedstawiciel operatora) w czasie transportu wciągarką sprzętu, zrzucił linę stalową ze zblocza. Jako, że byłem najmłodzszy padło na mnie. Nie zastanawiając wszedłem na samą górę. Pomogłem człowiekowi i zszedłem. Niby nic. Tylko,że ja byłem bez uprzęży zabezpieczającej. Debilizm do kwadratu. Mdleję ze zmęczenia i lecę, skurcz i :huh: . Niewiele trzeba. Mam nadzieję, że żaden inspektor BHP tego nie czyta :ermm: . Ps. Drabina jest wewnątrz komina, gdzie są oddzielne "rury" odprowadzające spaliny. Nie ma tam wrażenia wchodzenia w "przestrzeni" bardzo paraliżujący wielu ludzi, bo to obiekt zamknięty.

Edited by cichy
Link to comment
Share on other sites

Teraz opiszę utratę najmniejszego paluszka, u lewej ręki. Było to latem, miałem około 6 lat i mieszkałem na zachodzie Polski, w takiej małej wsi na odludziu, tylko trzy domy, bez prądu (jeszcze wtedy głęboko komunistyczne zarządy, stwierdziły, że nieopłacalna jest elektryfikacja trzech domów, odległych o dwa kilometry od większej wsi), wokoło tylko lasy (ojciec był gajowym) i poligony. Jak rozumiecie, to miejsc na "uczciwą" rozrywkę nie było prawie wcale. Niedaleko nas, facet orał zrąb, pod przyszłe sadzenie lasu. Orał to traktorem Ursusem Lanz Bulldogiem i ja ze starszym bratem, postanowiliśmy, że poprosimy pana traktorzystę o przejażdżkę. Facet, nie chcąc chyba odmówić synom gajowego, zgodził się na to. My szczęśliwi, siedliśmy na błotnikach tego Ursusa i z uśmiechniętymi pycholami jedziemy. Pech chciał, że na tym oranym areale, została jedna brzoza i po pewnym czasie, znalazła się na linii jazdy tego traktora, więc gość, aby ją ominąć, musiał wjechać na poprzednią skibę, co spowodowało przechylenie ciągnika na lewą stronę, po której ja siedziałem, kurczowo trzymając się zewnętrznej krawędzi błotnika. Ja jako łepek, nie wyczułem zagrożenia, ale facet, gdy zakumał, gdzie trzymam ręce (później się okazało, nie miał dobrych hamulców, wiadomo - powojenny odzysk, zapewne części nie było), to tak zaczął krzyczeć, że mnie całkowicie sparaliżował strach i nawet nie poczułem, jak nachylonego ciągnika błotnik, urywa mi palec! Chwilę po tym, jak ciągnik zatrzymał się, krzyknął, abym podniósł ręce do góry. Uniosłem obie ręce i ja patrzę, a tu dziwnie mały paluszek wisi na bok i krew powoli kapie (strach prawdopodobnie wstrzymał chwilowo silniejsze krwawienie, bo z pewnością bym zemdlał). Pierwsza moja myśl (pamiętajcie, to czasy powojenne, straszono wtedy wszystkich, powróceniem Niemców i innymi rzeczami), to jak najszybciej rwać stąd, drugi przebłysk, to lanie od matuli, bo za porwane spodnie było lanie, a za palec, to lepiej nie mówić, tak pomyślałem, pamiętam to. Facet chyba ochłoną i przejrzał moje zamysły o ucieczce, bo kazał bratu mnie złapać i mocno trzymać, a on pobiegł do leśniczówki po pomoc. Zawinięto mi bandażem tą rękę i leśniczy swoim motorem, wiózł mnie pięć i pół kilometra do wsi, gdzie był ośrodek zdrowia, tam mnie lepiej opatrzono i tak ze spuchniętą ręką, czekałem na przyjazd karetki. Wydaje mi się, że trwało to dość długo, ale się doczekałem i zawieziono mnie do szpitala w Bolesławcu Śl. Tam tylko wtedy i chyba do dziś, umieli skracać kikuty uszkodzonych części kończyn. Tak też i mi uczyniono. Palec był ukręcony na pierwszym stawie od paznokcia, tam skrócono w miejscu nad drugim zgięciem, zaszyto i do domu. Ja i tak miałem sporo szczęścia, bo przypierający błotnik do tej brzozy, mógł urwać mi wszystkie palce. Lęk i obawa o tą rękę, pozostał mi długie lata, nawet w wojsku, gdy rozwożono nas gdzieś samochodami, siedząc na pace, rzucało mną na boki, jak robotnikiem po wypłacie, bo nie trzymałem się niczego, z obawy utraty paluchów. Ale właśnie w wojsku minął mnie ten strach, bo nie było możliwe, ciągle latać po samochodzie, jadącym po wybojach poligonów i stopniowo przywykłem do trzymania się burty. Rozpisałem się chyba, ale nie miałem zbytnio okazji, opowiedzieć gdzieś i komuś, co czułem jako taki mały brzdąc, doznający uszczerbku na zdrowiu. Może kiedyś opiszę, jak o mały włos, nie utraciłem oka, ale tyle "horroru" starczy na teraz. Tu link, jest tam podobny ciągnik, jak by ktoś nie wiedział, o jaki chodzi: http://www.mascus.pl/rolnictwo/uzywane-traktory-mniej-niz-40-km/bulldog/lanz+bulldog+d+2806+a/images/gdjhthol.html

Edited by metek58
  • Positive 2
Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.