Jump to content
Kola

Samica w samczym świecie. [+18]

Recommended Posts

Uwaga! W fabule z czasem mogą pojawić się wątki erotyczne. Dzieciaczki oraz osoby o słabych nerwach proszone są o zamykanie oczu na czas trwania lubieżnych scen. :p

I rozdział - ON

Siedziałem rozpostarty na ławeczce na dworcu kolejowym ostatniej stacji zwanej „Pograniczem”. Pociąg nie wjeżdża do Strefy. Dla przyjezdnych jest to ostatni moment, by zrezygnować z szalonego pomysłu przekroczenia bram. Zwykli cywile nie mają wstępu na skażone promieniowaniem tereny - wojsko dobrze strzeże każdego przejścia. Niby. Bo o podrobionych papierach słyszałem nie raz.
Ruchu na peronie żadnego. No, może prócz dozorcy zamiatającego dworzec, a tak to żadnej żywej duszy w pobliżu. Nawet ptaków na niebie brak.
Ziewnąłem.
Zerknąłem na swój PDA przymocowany do przedramienia i jeszcze raz odczytałem korespondencję z niejakim Gieszą – starym dobrym znajomym, dla którego kiedyś wykonałem parę zleceń. Drań od dawna sam nie zapuszcza się głęboko w Zonę. Od kiedy stracił swego towarzysza, nie rusza dupska poza Bar. Dobry z niego chłop, nie mówię, że nie. Pijaczek, ale swój. I tym razem wziąłem od niego zlecenie - mam doprowadzić do niego jakiegoś naukowca, bo Giesza ma do gostka interes. No i w to mi graj! Łatwa forsa. Sprzętowo badacz na pewno będzie przygotowany na wykrywanie anomalii, więc nie będę musiał go niańczyć. Bajka.
Bębniłem palcami o puszkę otwartego energetyka. Pociąg powoli wtoczył się na stację. W końcu! Dziesięciominutowe opóźnienie, i tak nieźle. Zaledwie garstka osób wysiadła z wagonów. Moją uwagę przykuł niski mężczyzna w okularach i z neseserem w ręku. Facet stał i nerwowo spoglądał na zegarek. Idealnie, jest i mój profesorek! Co prawda trochę przy kości, co oznacza częste postoje na odpoczynek, ale trudno. Lepszy taki naukowiec niż żaden. Forsa musi się zgadzać, tak czy nie? Ruszyłem w jego stronę.
Lecz, ku mojemu zdziwieniu, facet poprawił chwyt walizki i sobie polazł w długą. Nawet nie zdążyłem do niego podejść! Kurwa no. Czy Giesza zrobiłby sobie żart i wysłałby mnie specjalnie poza Strefę… po nic? Żeby sobie posiedzieć na słoneczku i wygrzać kości?

Dopiłem energetyka, zgniotłem w ręku puszkę i rzuciłem ją niedbale do kosza. Nie trafiłem. Zacząłem pisać wiadomość do Gieszy o treści: „Dobry żart, pierdol się jebańcu.”, kiedy w trakcie pisania słowa „pierdol” podeszła do mnie kobieta. Podniosłem na nią pytające spojrzenie znad ekraniku. Pierwsze co, rzuciły mi się w oczy jej płomiennorude włosy. Odznaczały się na tle szarego peronu, niemal jak czerwony płaszczyk bohaterki filmu „Listy Schindlera”.

Wracając na ziemię.

Myślałem, że się przyjebie o zaśmiecanie peronu, ale nie.

-Ana. – Przedstawiła się, wyciągając przed siebie dłoń. Nie uścisnąłem jej, więc kobieta, lekko zmieszana, cofnęła rękę. – Ponury, prawda?

Otaksowałem ją spojrzeniem. Ona niby ma być tym naukowcem? Odchrząknąłem.

- Przepraszam na moment. – Oddaliłem się dwa kroki i wystukałem wiadomość do Gieszy: „Kobieta? Czy to żart?”. Łypnąłem przez ramię na nieznajomą. Dostałem odpowiedź: „Jakiss poroblem?? Jak cos jei sie stanije, urwe tzi jajaja. PzdrAwiam.”

Jebany pijak. Odpisałem: „Żaden problem.” i wygasiłem ekran.
Wróciłem do kobiety.
- A no Ponury. – Kiwnąłem na plecak, który kobieta miała ze sobą. – Pomóc ci z tym? Swój zostawiłem w Strefie, zaraz po niego podejdziemy, więc chwilowo mogę być twoim osłem.

Jak na komendę poprawiła wpijające się w ramiona szelki plecaka.

- Dziękuję, dam sobie radę. – Odparła, ruszając dziarskim krokiem do bram.

Wzruszyłem ramionami i niespiesznie powłóczyłem za nią nogami.

- Jak sobie chcesz, ale przed nami jakieś piętnaście kilometrów marszu. – Czułem, że lekko zwątpiła w swe siły, ale dalej twardo szła przed siebie. Po drodze zerwałem z drzewa jabłko, wgryzłem się w nie i bez pardonu oglądałem sobie kobiecą sylwetkę. Ubiór to miała niezły, szczególnie te gumiaki na nogach w jakieś lisy czy inne miśki. Co ona, przyjechała tu grzyby zbierać? Ehh, no i nikt biedaczce nie wytłumaczył, że po Zonie to się raczej w spódnicy do kolan nie łazi. A żółty płaszczyk przed mutasami nie ochroni. To nie „Osada”! Trzeba będzie tę kobietę naprostować.

Rzuciłem ogryzek w krzaki i zrównałem z rudowłosą krok, bo zaczęliśmy zbliżać się do bram…

Ciąg dalszy nastąpi...

Share this post


Link to post
Share on other sites

II rozdział – ONA

Czułam na sobie wzrok stalkera. Pewnie ma mnie za wariatkę. Miastowa się znalazła! Panienka, co to po drzewach nigdy się nie wspinała, ani pod namiotem nie spała. Jeszcze się zdziwi ten ponury koleżka. Okej, broni w ręku nigdy nie miałam, ale od strzelania jest on. Ja po prostu chcę dobrze wykonać swoją robotę. Ponury pewnie nawet nie wie, w jakiej sprawie zostałam tu oddelegowana…

Niezbyt zgrabnie przeszłam pod szlabanem i w zamyśleniu szłam dalej. Ciekawe, czy wujaszek Giesza mnie rozpozna? Zmieniłam się przez te dziesięć lat, cośmy się nie widzieli.

- STAĆ MÓWIĘ! – Dopiero teraz usłyszałam polecenie, więc zastygłam w pół kroku. Zorientowałam się, że celują we mnie lufy kilku karabinów. Podbiegło do mnie dwóch facetów, jeden kończył jeść kanapkę w biegu. Wyglądał na pomagiera tego drugiego, starszego.

- Przepustkę pokazywać. – Rzucił ten starszy, dowódca chyba. – Wowa, sprawdźcie w międzyczasie plecak.

Zrobiło się nieciekawie. Zdjęłam powoli swój tobołek i panicznie zaczęłam szukać wzrokiem Ponurego. Stał przy szlabanie i tłumaczył coś jednemu ze strażników. Zerknął na mnie, po czym odwrócił się plecami i wykonał taki gest, jakby dawał strażnikowi do zrozumienia, że jestem świrnięta. Co on wyprawia…?! Niech no tu podejdzie! Szlag by to.

- Już się robi panie… yyy generale… - Spojrzałam na dryblasa spode łba. Raczej nie trafiłam w jego stopień, ale wyraźnie obrósł w piórka i spuścił z tonu.

- No dobrze, zaraz sobie dokumenciki obejrzymy. Dokąd panienka się wybiera? Może podwieziemy? Z nami panienka będzie bezpieczna. – Facet wypiął pierś do przodu. Matko, co tu się dzieje… Jak będą mnie chcieli wziąć na rewizję osobistą, to spierdalam stąd! Wizja podwózki była jednak kusząca, nawet jeśli miałabym znosić w drodze adorację przez starszego faceta. Nim odpowiedziałam, zerknęłam kontrolnie na buszującego w moim plecaku żołdaka. Wyciągnął z dna solidne pudełko, otworzył je bez pytania, po czym potrząsnął jedną ze szczelnie zamkniętych probówek.

- Co to jest? Trucizna? – Spytał, pokazując przełożonemu próbkę płynu. Ten otworzył pojemniczek, powąchał zawartość, skrzywił się.

- Zapewniam, że to nie jest żadna trucizna i proszę o nieotwieranie probówek. – Ostrzegłam drżącym z nerwów głosem. Trochę sobie przeholowali z tym sprawdzaniem. - Zawarte jest w nich nasienie. Psów. – Powiedziałam dobitnie, gdy rzucili mi pytające spojrzenia. – Mam dołączyć do zespołu naukowców, pomóc im w badaniach. – Pospiesznie wyszperałam z wewnętrznej kieszeni płaszcza przepustkę, podałam ją dowódcy.

- Aparat także jest mi potrzebny. – Dodałam, bo żołnierz już kładł łapy na torbie z moją cyfrówką. Zaraz go strzelę po tych lepkich rączkach! – Konieczne jest przeprowadzenie dokumentacji z moich badań.

Ni stąd ni zowąd, wyrósł koło mnie Ponury i ze spokojem zagadał do starszego:

- Jak się miewa pańska żona, sierżancie?

Zerknęłam spode łba na dryblasa przelatującego wzrokiem po moich papierach. Ups, dość mocno pomyliłam się w ocenie jego stopnia w wojskowej hierarchii. Na jego policzkach wykwitła purpura. Udał, że nie słyszał pytania… był przecież mocno zaczytany, tak?!

Oddał mi papiery.

- W porządku, możecie przejść.

Nie śmiałam już przypominać im o wcześniej zaproponowanej podwózce. Z wymuszonym uśmiechem życzyłam „miłego dnia”. Nie oponowałam, gdy Ponury zgarniał mój plecak. Ba, ucieszyłam się z jego pomocy, nawet mu podziękowałam! Ten wzruszył tylko ramionami, ruszył w wybranym kierunku, a ja za nim. Ulżyło mi, że nie musieliśmy dłużej rozmawiać z wojskowymi.



Ciąg dalszy nastąpi...

Share this post


Link to post
Share on other sites

I zrobiło się ciekawie: trep na trepie trepa trepem pogania, jak nie Szmiersz to SBU, kpt. Nikalaj Stichobąkow ("Ponury"), starszyna Iwan Gromkopierdow i córka generała - Nadieżda Pijawkowa Zonowskaja. :biggrin:

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

III rozdział – ON

Baby mają to do siebie, że kiedy dopisuje im humor, to gadają jak nakręcone. Tak było i tym razem. Ana dotrzymywała mi kroku i streszczała całe swoje życie, choć wcale o to nie prosiłem! Nawet pytań nie zadawałem, a ta twardo nie odpuszczała i trajkotała w najlepsze, bo uważała, że powinniśmy się o sobie nawzajem czegoś dowiedzieć.

Zaczęło się odkąd zeszliśmy z głównej drogi i zostawiliśmy daleko w tyle oddział wojska. Jednym uchem słuchałem Any, a drugim nasłuchiwałem detektora anomalii. Co rusz kontrolnie zerkałem na odpaloną mapkę. Zbliżaliśmy się do charakterystycznego drzewostanu, gdzie wcześniej zostawiłem cały mój sprzęt.

- …nieskromnie powiem, że miałam trzecią najlepszą średnią na roku! Od zawsze wiedziałam, że chcę zostać panią weterynarz, to powołanie. Jak byłam mała, to odkarmiłam dwa jerzyki. Wiesz, jakie mają śmiesznie krótkie nóżki? Szkoda, że tutaj jeszcze ich nie widziałam. Jestem podekscytowana faktem, iż będę miała możliwość obserwacji nowych gatunków. Nie omieszkam porobić im paru zdjęć.

Przewróciłem oczami.

- Masz jakiś przycisk, którym można cię wyłączyć? – Palnąłem w końcu. No i chuj, nie wytrzymałem. – Nie mogę się skupić na własnych myślach.

Kobieta natychmiast zamilkła. Widziałem jak nadęła poliki i wyminąwszy mnie, szła trzy metry przede mną. No proszę, jednak da się iść w ciszy. Zaraz… czy w pobliżu mojego schowka nie było przypadkiem jakiejś niespodzianki?

Ana odwróciła się w moją stronę i szła tyłem, zupełnie nie patrząc pod nogi. Już minął jej foch? Tak szybko? Kurwa, trzeba jej było bardziej pocisnąć.

- Powiem ci, że inaczej wyobrażałam sobie Strefę. Myślałam, że jest dużo niebezpieczeństw na każdym kroku, a tu nic…

Usłyszałem pisk detektora anomalii. Przypomniało mi się! Skoczyłem ku rudej i szarpnąłem ją za poły płaszcza tak gwałtownie, że poleciała głową w trawę. Jeszcze jeden krok i uaktywniłaby „trampolinę”! Nie byłoby co zbierać po pannie gadatliwej. Gdyby nie polecenie od Gieszy, może i bym się tak na ratunek kobiecie nie rzucał.

- Ała… - Jęknęła, powoli podnosząc się z ziemi. Rzuciła mi mordercze spojrzenie, więc pokazałem jakimś nieokreślonym ruchem na  pulsującą poświatę wiszącą jakiś metr nad trawą. Wrzuciłem do środka anomalii wygrzebaną z kieszeni śrubkę, która następnie zaczęła tańczyć w powietrzu, a potem z impetem została wystrzelona w górę.

- Och. - Ana zagryzła dolną wargę. Już chyba zdawała sobie sprawę z zagrożenia, które ją szczęśliwie ominęło. Wspólnie wyminęliśmy anomalię. Teraz kobieta szła za mną krok w krok, niczym mój cień. - Chyba krew mi leci… Uderzyłam głową o spory kamień.

- Gdybyś wpadła w „trampolinę”, wyglądałabyś teraz dużo gorzej. – Kontrolnie zerknąłem na nią przez ramię. Jej czoło przecinała czerwona krecha. – Rękoma amortyzuje się upadek, nie twarzą. W schowku mam apteczkę.

- Mogłeś mi wcześniej powiedzieć, że tu takie niebezpieczeństwa występują, to w ogóle nie miałabym bliskiego spotkania z ziemią.

- Słonko, swoim gadaniem zagłuszałaś mi detektor.

- Skąd miałam wiedzieć, że czegoś nasłuchujesz, skoro ty mi nic nie mówisz!

Wzniosłem oczy do nieba. Za jakie grzechy mam ją znosić? Specjalnie zacząłem stawiać długie kroki w kompletnie randomowych miejscach, prawie jakbym chodził po polu minowym. Ana znowu się nie odzywała, znaczy obrażona. Czułem jej zaniepokojenie moim dziwnym chodem, bo wręcz skakała po zostawianych przeze mnie śladach. Dobrze, że nie widziała malującego się na mej twarzy rozbawienia.

Dotarliśmy na miejsce – pod drzewostan składający się z kilku solidnych drzew o powyginanych pod dziwnym kątem gałęziach. Miałem nadzieję, że w wydrążonej wysoko dziupli spoczywał mój plecak w nienaruszonym stanie. Z dołu nie było szans, by go wypatrzeć, więc były spore szanse.

- Zostań na dole, zaraz zejdę.

Zdjąłem plecak Any i rozpocząłem mozolną wspinaczkę. Każdy chwyt ręki i podparcie dla nogi było dokładnie przemyślane. Podciągnąłem się na niższe gałęzie i powoli piąłem się w górę.

- Ponury… Ponury!

- Co znowu? – Spytałem od niechcenia i osiadłem na grubej gałęzi, jakieś cztery metry nad ziemią. W końcu mogłem przywitać się z moim plecakiem i broniami. Ahh, od razu człowiekowi lepiej na sercu, gdy pod ręką kałaszek z pełnym magazynkiem, a u boku przyjaciółka - tetetka. Przytroczyłem nóż myśliwski do pasa i… przypomniałem sobie, że Ana czegoś ode mnie chciała. – Mówiłaś coś?

- Tak! Że jakieś bydle na mnie leci! Nawet… nawet nie jedno!

Bydle? Odchyliłem gałęzie i zmrużyłem oczy, patrząc w kierunku przemieszczających się w naszą stronę mutantów. Były ledwo widoczne i w dodatku szybkie, paskudztwa. Gryzonie, sztuk trzy pędziły na przypartą do drzewa kobietę.

Stąd miałem widoczność kiepskawą, a nie zdążyłbym zejść do Any, więc rzuciłem jej odbezpieczony karabin.

- Załatw je! – Krzyknąłem i zaraz zamarłem, gdy zobaczyłem, co kobieta zaczęła z moją bronią wyprawiać.

Zamiast strzelać, waliła przerośnięte szczury po łbach, jakby w rękach miała nie karabin, a miotłę albo kij golfowy! W dodatku uderzała nie kolbą, a lufą! Bez opamiętania ryła karabinkiem po ziemi, uderzała o korzenie. Myślałem, że zejdę na zawał na tym drzewie. Ta baba zniszczy mi broń!!!

W życiu tak szybko nie zlazłem z drzewa. Tak czy siak, kiedy już postawiłem stopy na ziemi, było po wszystkim. Trzy wielkie gryzonie leżały między rozłożystymi korzeniami drzew z roztrzaskanymi łbami. Rzuciłem się na kolana, wyrywając z rąk bezlitosnej baby szczątki mojego karabinka. Błysnąłem oczami w jej stronę. Była z siebie dumna! Zgrzytnąłem zębami. Gdyby nie była kobietą, zadusiłbym ją gołymi łapami. Tutaj, na miejscu. O, na przykład pod tym drzewkiem. Właściwie robiłem to… niestety tylko w wyobraźni. Po takiej akcji nie ma mowy, abym podzielił się z nią apteczką, a niech się wykrwawia. Jędza. Gieszy wkręci się jakiś kit, że tę szramę na czole to ona już od przyjazdu miała! Swoją drogą, ciekawe, co przywiało na otwarte tereny te trzy paskudy.

Zerknąłem na mapkę. W naszą stronę zbliżały się dwa punkciki. Westchnąłem ciężko. Jeśli to bandyci, przysięgam, że wydam im Anę bez mrugnięcia okiem.




Ciąg dalszy nastąpi...

Share this post


Link to post
Share on other sites

IV rozdział – ONA

Nie wiem, dlaczego Ponury tak bardzo wkurzył się o tę broń. Nie docierały do niego tłumaczenia, że nie potrafię strzelać, a i nie wiedziałam, że jak już się uderza, to drugą stroną karabinu. Wielkie mi halo! Powiedziałam, że to rzecz nabyta i kupi się drugą. Wkurwił się o to jeszcze bardziej. Krzyczał, że zabiłam jego dziecko. Pff. Wrażliwiec się znalazł. Odpuściłam, zamilkłam. Kiedyś mu przejdzie ta złość, tak?

Wyciągnęłam aparat i zrobiłam parę zbliżeń martwych gryzoni. Były OGROMNE.

- Przez ten cały stres tylko zgłodniałam. – Mruknęłam, kucnąwszy przy swoim plecaku. Otworzyłam paczkę krakersów i chciałam nią poczęstować swego towarzysza, ale ten tylko odwrócił się do mnie plecami obrażony. O matulu…

Usłyszałam ryk silnika. Ludzie! Może uratują mnie od towarzystwa tego Ponurasa! Zerwałam się na równe nogi i zaczęłam biec w stronę zbliżającego się terenowego auta. Paczką krakersów machałam do postaci w kabinie. O rany, może uda mi się ich przekonać, by podwieźli mnie do wujaszka! Tyle nerwów zostałoby zaoszczędzonych.

Auto zatrzymało się jakieś dziesięć metrów ode mnie, przez otwarte okno wychylił się mężczyzna z bronią w ręku. Obserwował mnie sobie przez lunetkę. Oj. Nie wykonywałam już żadnych gwałtownych ruchów. Ostrożnie podniosłam ręce do góry.

- Nie strzelaj, proszę! Jestem… nastawiona pokojowo! – Uśmiechnęłam się przekonująco. Facet po chwili odstąpił, schował się w kabinie. Widziałam, że mówił coś do kierowcy i zaraz obaj wysiedli z samochodu.

- Ale jazda, Suseł chciał cię rozjechać, bo myślał, żeś może jaki nowy gatunek mutanta, czy jakieś inne licho. Bez obrazy. – Roześmiał się facet z poważnie wyglądającą blizną po oparzeniach na lewej ręce. Ten niejaki Suseł wyróżniał się sylwetką na tle wcześniej napotykanych panów ze Strefy. Był zdecydowanie wątłej budowy i od razu jakoś tak... budził w człowieku sympatię. No i nie wiem skąd jego ksywa się wzięła, bo nie wyglądał wcale na zaspanego. Chyba, że chodziło o coś innego.

 - A ja… - ciągnął ten z bliznami - …myślałem, że to jakieś przywidzenia mamy obaj naraz. Że może kontroler nas dopadł, czy co. Dobrze, że w ciebie nie strzeliłem. Nie zdarza się, by ładne kobietki spotykać w szczerym polu. Tak w ogóle to ja jestem Spalony, a ten to Suseł, ale to już chyba mówiłem. A tobie w czoło co się stało?

Boże, jakie szczęście, że ich spotkałam! To zdecydowanie nie są wojskowi. A i zaczęłam lubić tego gadułę.

- Jestem Ana, a czoło… cóż, upadłam na ziemię. Chłopcy, mam prośbę. Nie podwieźlibyście mnie bryką do wuj… znaczy yyy Gieszy? Znacie go, prawda? Naprawdę sama nie wiem jak do niego dotrzeć, a mój przewodnik… cóż, pozostawia wiele do życzenia.

Spojrzałam na nich błagalnie i zatrzepotałam rzęsami. Wymienili się spojrzeniami, Spalony podrapał się po zaroście.

- Do Gieszy mówisz… Cóż, to trochę nie po drodze, koleżanko. My w zupełnie inną mańkę się wybieramy. Ale, żeby nie zostawiać damy na pastwę losu, bo to już powoli ściemniać się zaczyna, możemy koleżankę do najbliższego całkiem porządnego miejsca na nocleg podrzucić, co Suseł? – Spalony spojrzał na kumpla, a ten pokiwał głową.

Miałam ochotę rzucić im się na szyje i wyściskać. Oczywiście tego nie zrobiłam, bo uznaliby mnie za wariatkę. Ale... ach, no końcu spotyka mnie tu coś dobrego!

- Dziękuję wam! Tylko wrócę po mój tobołek!

Nie ruszyłam się jednak, bo Spalony nagle poderwał w górę karabin i znów spoglądał przez lunetkę, tym razem nie na mnie, a gdzieś ponad moim ramieniem.

- Haha, ale jazda. Ponury jest twoim przewodnikiem? Słyszałeś, Suseł? Na Ponuraka trafiliśmy! – Facet energicznie pomachał do maszerującego w naszą stronę stalkera. Zrzedła mi mina. To oni się znają…? Ponury trzymał w ręce mój plecak, czy może… a nie, ciągnął go za sobą po ziemi. Ygh, kanalia.

Panowie przywitali się, Ponury położył u moich stóp cały mój dobytek, a potem to już zaczęli między sobą opowiadać o nowościach, które ich spotkały przez ten czas, który się nie widzieli, jednocześnie kierując się do auta.

O mnie nagle zapomnieli.
Fajnie.

Pozostało mi zarzucić na ramię ciężki plecak i pomaszerować grzecznie za nimi.


Ciąg dalszy nastąpi...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Godzinę temu, Kola napisał:

Siusiaka między nogami nie mam

Nie chcemy tego wiedzieć... Oh, wait, a może chcemy?  ( ͡° ͜ʖ ͡°)

:D

Do kilku byków interpunkcyjnych bym się przyczepił, ale generalnie nie jest źle. Daj mi znać jak skończysz, bo nie lubię takich pociętych tekstów czytać - wtedy się zapoznam dokładniej.

A w międzyczasie pytanie - czemu akurat takie uniwersum? Na wschodzie widziałem, że robią różne... dziwne... rzeczy w stalkerskich klimatach, ale u nas jeszcze się z czymś takim nie spotkałem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kola vel Nikola ;) : "Wyciągnęłam aparat i zrobiłam parę zbliżeń martwych gryzoni. Były OGROMNE"

Narracja - jakby taka nie męska oraz ani razu nie użyto tak charakterystycznego epitetu w sensie ujemnym czy też łacińskiego czasownika lub jego delikatnej formy.

"a potem to już zaczęli między sobą opowiadać o nowościach"

"Miałam ochotę rzucić im się na szyje i wyściskać"

:biggrin:

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

@Sierioża

Właśnie mam wrażenie, że przede wszystkim za dużo przecinków ładuję. Nie panuję nad nimi!!!!!111jedenjeden

No, ale zawodową pisarką nie jestem. :D

 

Zapoznałam się z paroma książkowymi pozycjami z tego uniwersum (jak i z Survarium) i w tym męskim świecie brakowało mi… ehem, odważniejszych scen z dziewczynkami. Walka z mutantami, broń, pot, krew, strzały, zbieranie artefaktów, męski humor – okej, ale gdzie są seksy?
Dlatego też zakasałam rękawy i zaczęłam pisać swoją wersję.




@vidkunsen

Ładne imię, lecz nie moje. „Kolę” akurat zapożyczyłam od męskiego imienia. :D

Przez Twój wpis zaczęłam być ciekawa jak wyglądałaby taka opowieść napisana przez faceta, który musiałby wejść w rolę kobiety i pisałby w pierwszej osobie.

 

Staram się, by bohaterkę dało się lubić, by była taka… przystępna dla czytelnika. Mam nadzieję, że to się udaje, bo uważam, że Ana jest przesympatyczna. :-) Unikam kreowania tzw. "zimnych suk".

Share this post


Link to post
Share on other sites

V rozdział – ON

Spytałem Susła czy nie możemy zostawić Any w pizdu i pojechać bez niej, ale ten tylko pokręcił przecząco głową i popukał się w czoło, patrząc na mnie z politowaniem. Damn it.

Zaraza usiadła koło mnie na tyłach, choć z przodu Spalony chętnie ustąpiłby jej miejsce. Oparłem głowę o szybę i patrzyłem gdzieś w dal. Po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że to jednak ja mogłem usiąść obok Susełka, bo Spalony cały czas siedział tyłem do kierunku jazdy i prowadził ożywioną rozmowę z Aną.

- …powiem ci, że ja też kiedyś ocaliłem jednego ptaka, ale to był drapieżnik. Kobuz, kojarzysz? Skrzydło miał pogruchotane. Niezła bestia, zaprzyjaźniłem się z nim nawet rozumiesz, przywiązałem emocjonalnie. Gdy wyzdrowiał musiałem go wypuścić. Noszę jego lotkę na pamiątkę, taki mój wiesz, talizman. A tak w ogóle, to po co tak tę spermę psów przewozisz, co? Może chcesz trochę mojej próbki do badań? – Spalony roześmiał się. No ten to ma gadane…

- Niestety twoja do niczego mi się nie przyda, ale bardzo mi miło, że chcesz pomóc! I… gdybym powiedziała ci, co będę robiła z próbkami, musiałabym cię potem zabić. – Ana uśmiechnęła się chytrze, po czym ułożyła palce na kształt pistoletu i udała, że oddaje strzał w Spalonego. Ten zasymulował, że zdycha.

Nawet zaśmiałem się z tego przedstawienia. Kobieta posłała mi uśmiech i poczułem się dziwnie spokojniejszy.

- Skąd masz tę bliznę, Spalony? – Zagadała znów, oparłszy podbródek o siedzenie przed sobą.

- Ha! Wiedziałem, że się tym zainteresujesz. – Stalker podniósł lewą rękę i podwinął rękaw jeszcze wyżej. – Każda babka się o to pyta, KAŻDA. Laski chyba na to lecą, dlatego już tego nie zakrywam. Nie wiem dlaczego, może odpala im się jakiś instynkt opiekuńczy i nagle chcą mnie pocieszać na różne sposoby… no nie wiem. Nie narzekam na brak uwagi ze strony kobitek, ale myślę, że one nie lecą tylko na blizny, ale też na mój… no wiecie, całokształt! W każdym razie, miałem bliskie spotkanie z „żarnikiem”. Nie polecam, choć artefakcik zgarnąłem niezły.

- Interesują się, bo płacisz im za „obsługę”. – Rzuciłem kąśliwie, na co Spalony prychnął urażony.

- Pff, nie wszystkim chodzi tylko o forsę. Zobacz, na przykład Anulka… no, że tak powiem do innych kobiet należy, a jakoś się mną zainteresowała.

Ana zmarszczyła brwi i pozwoliła się wtrącić.

- Nie obraź się Spalony, ale daleko od Zony czeka na mnie mój ukochany, swoją drogą bardzo porządny mężczyzna, i nie w głowie mi bliższe kontakty z facetami. Ale… super z ciebie gość! – Poklepała go pokrzepiająco po ramieniu. Facet wcale się nie skrzywił.

- Oj, Anulka. Chłopak nie ściana, da się przestawić. Narzucać się nie będę, ale jakbyś zmieniła zdanie, to wal do mnie jak w dym! Bo wiesz, tak poczułem, że my do siebie pasujemy. Ty gaduła, ja gaduła… ty lubisz ptaki, ja mam ptaka… - Wyszczerzył kły w głupkowatym uśmiechu. Ana już sama nie wiedziała jak ma ostudzić jego zapał. – Nie obraź się, ale wyglądasz normalnie jak turystka. Aparacik w ręce, strój taki no… nietypowy. Powinnaś mieć na ksywę Turystka! Pasuje to do niej Suseł, prawda? O, a z nami przecież będziesz bezpieczna, autko mamy, sprzęt odpowiedni też, więc w razie czego obronimy…

- Doceniam chęci, ale naprawdę nic z tego. Przyjechałam tu do pracy, a nie na randkowanie. Obrońcę mam wspaniałego, więc nie martwię się o swoje bezpieczeństwo. – Tu, ku mojemu zdziwieniu, pogłaskała mnie po kolanie. Spalony spochmurniał jakoś tak nagle.

- Taa? A wcześniej tak na niego marudziłaś… - Przewrócił wymownie oczami.

- Co? Wcale nie. Musiałeś źle mnie zrozumieć. Czy dojechaliśmy już na miejsce? – Zmieniła błyskawicznie temat, bo faktycznie auto zatrzymało się przy końcu leśnej drogi.

Tym razem odezwał się Suseł.

- Tak, na tereny Powinności już nie wjedziemy. Nieswoje samochody zwykli ostrzeliwać bez pytania.

- Och! No cóż, dziękujemy za podwózkę, koledzy. – Ana zgarnęła swoje rzeczy i w podzięce cmoknęła kierowcę w policzek. Spalony też się ochoczo nadstawił, ale został chamsko zignorowany. Widziałem ten triumfalny uśmiech na twarzy Susła.

Pożegnałem się z towarzystwem, życzyliśmy sobie „dobrej Zony” i ruszyłem piaszczystą dróżką za kobietą.

 


Ciąg dalszy nastąpi...

@tom3kb

Haha! Piękna grafika, aż mnie zatkało.

Panowie stalkerzy mogli iść przecież za przykładem… KAPITANA DUPY! :P Ehh, a ja tu specjalnie kobietę do Zony sprowadzam, no nie!

Share this post


Link to post
Share on other sites
2 godziny temu, Kola napisał:

Walka z mutantami, broń, pot, krew, strzały, zbieranie artefaktów, męski humor – okej, ale gdzie są seksy?

Zona jak to Zona, każdy ma swoją wizję. Pomijam oczywistą kwestię, że w mojej wszyscy są bardzo nieżywi, a jedynym źródłem prawdy jest Monolit... Pośród typowych, stalkerskich aktywności 3/4 ma zapewne problemy nerwowe a w konsekwencji i psychiczne, raczej nieleczone. Po raz kolejny ignoruję tym razem ekspozycję na promieniowanie, anomalną energię i tak dalej...

W modach czasami są kobiety (Alternatywa chociażby), ale te wątki też raczej takie powierzchowne.

Mniejsza z tymi dywagacjami, trzymam kciuki za dalszy ciąg. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kola - co do wizji kobiety w zonie to polecam Diana i Sekret Diany - gram aktualnie m.in. w Sekret Diany (rzecz jasna dodałem celownik panoramiczny)- fajne takie i jak upadnie to nie tekści w typie: ... twoju mać  tylko tak jakoś tak inaczej ;) :biggrin:

Share this post


Link to post
Share on other sites

VI rozdział – ONA

Pozwoliłam Ponuremu mnie dogonić, chciałam mu coś wyznać.

- Cieszę się, że w samochodzie siedziałam obok ciebie, a nie przy boku tego… casanovy!

Stalker wzruszył obojętnie ramionami, jak zwykle. Chyba myśli, że to najlepsza odpowiedź na wszystko.

Może mi się przywidziało, ale po jego twarzy przemknął cień uśmiechu.

Zbliżyliśmy się do terenów otoczonych gęstymi zasiekami. Panowie w czarnych mundurach z czerwonymi naszywkami strzegli przejścia przez bramę. Tym razem nie wystawiałam się na celowniki, tylko grzecznie stałam u boku Ponurego i nieproszona się nie odzywałam.

Okazało się, że jeden ze strażników dobrze zna mojego Ponurego towarzysza.

- Dobrze cię widzieć, Ponury! Czacha ucieszy się na twój widok.

- Właściwie jestem tu przelotem, na jedną nockę rzekłbym. – Odparł, na co strażnik spojrzał na mnie od góry do dołu i pokiwał ze zrozumieniem głową. Zaraz… że niby co?

- Rozumiem Ponury, rozumiem… Zaprowadzę was do baru, na piętrze mają niczego sobie noclegi.

Pomaszerowałam za mężczyznami, trochę obruszona faktem, że obcy facet wziął mnie za pannę do towarzystwa. Już trudno, i tak nie zagościmy tu długo. Jestem w stanie znieść tę fatalną pomyłkę, byleby się do mnie o nic nie przyczepili.

W drodze rozejrzałam się po okolicy: trochę złomu, aut, parę poniszczonych budynków, nielicznie porozstawiane namioty i gdzie nie spojrzeć sami mężczyźni poubierani w identyczne uniformy. Niemiłe ciarki przechodziły mnie po plecach, gdy odwracali głowy w moją stronę. Czy aby na pewno jesteśmy tu bezpieczni?

Przyspieszyłam kroku.

Suseł wspominał coś o „Powinności”, ale za cholerę nic mi to nie mówiło. Będę musiała później porządnie przepytać Ponurego, co to za jedni.

Mówiłam, że przechodziły mnie ciarki od nadmiaru uwagi mężczyzn? To był dopiero przedsmak, moi mili. Przeraziłam się na poważnie, kiedy przekroczyliśmy próg baru. Roiło się tu od pijaczków – jeden nawet o mały włos by na mnie nie wpadł, gdybym w porę się nie odsunęła. Facet runął na deski jak długi.

- Poczekaj na mnie przy barze, Ana. – Zwrócił się do mnie Ponury, wcisnął mi do ręki parę banknotów, nachylił się nad moim uchem i wyszeptał. – Zaraz wrócę, nie rób kłopotów.

Już otwierałam usta, by zaprotestować, ale ten po prostu zostawił mnie po środku niedużej sali i polazł gdzieś na zaplecze z Powinnościowcem. Westchnęłam ciężko. Nie ma rady, muszę być twarda. Zdecydowanym krokiem podeszłam do kontuaru złożonego ze skrzyń przybitych od góry deskami, zdjęłam plecak, usiadłam jednym półdupkiem na wysokim chybotliwym krześle i przypominając sobie westernowe filmy przyklepałam dłonią rzucone na ladę banknoty.

- Colę poproszę. – Spojrzałam barmanowi prosto w oczy.

Facet uśmiechnął się półgębkiem i otworzył szklaną butelkę z gazowanym napojem. Chwyciłam ją i przemierzając wzrokiem salę, pociągnęłam pierwszy łyk. Zgadza się, jestem twardą babką i lepiej, żeby żaden kozak do mnie nie podjeżdżał, kapiszi?

Kurde, jak na zawołanie podbił do baru jeden gostek. Czekał, aż barman naleje piwo dla niego i jego koleżków zaszytych w kącie, a w międzyczasie pożerał mnie wzrokiem. Ot, taką rozrywkę sobie znalazł. Odruchowo sięgnęłam dłonią do rąbka spódnicy i naciągnęłam ją bardziej na kolana, bo jednak gdy siedziałam za bardzo odsłaniała uda. Serce zaczęło mi bić jak szalone, ponieważ facet nachylił się w moją stronę. Fuj, waliło od niego gorzałą. Piękna miejscówka, koledzy stalkerzy, od razu czuję się bezpieczniej!

- Słyszałem, że dzisiaj miała dołączyć do dziewczyn nowa sztuka, ale nie sądziłem, że będziesz z nich wszystkich najładniejsza… Wyglądasz na taką, co lubi stawiać opór, a mnie to szczególnie kręci. – Zaśmiał się paskudnie i położył sobie rękę na mojej nodze.

Wypiłam duszkiem napój do końca i nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, bezceremonialnie rozbiłam butelkę na łbie tego cwaniaka. Ha! I co teraz? Zerwałam się z krzesła, bo miałam nadzieję, że facet runie na podłogę jak kłoda, ale nic takiego się nie stało. Filmy to jednak kłamią.

Moja pewność siebie zaczęła topnieć w zatrważającym tempie, ponieważ mężczyzna podniósł na mnie rozwścieczone spojrzenie, a ja wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem, trzymając w ręce resztkę szyjki od butelki. O matulu…

Barman wyciągnął spod lady strzelbę i skierował nią w stronę tego napaleńca. Zaaferowana całą sprawą, aż sama uniosłam ręce w bezbronnym geście. Rozejrzałam się po twarzach gości zainteresowanych zamieszaniem. Chyba mnie nie przymkną za atak na jednego z nich? Nie no… o czym ja myślę, na pewno nie! Działałam przecież w obronie własnej. Opuściłam powoli ręce.

- Wynoś się, Gawron, no już. Dziewczyna widać nie jest zainteresowana.

Facet długo patrzył mi w oczy, następnie splunął mi pod nogi i zgarnął z lady trzy piwa z wkładką.

- Dopijemy i już nas nie ma, Carl.

Barman odprowadził wzrokiem Gawrona do stolika, rozluźnił się, schował broń.

- Przepraszam za zamieszanie. – Usiadłam z powrotem przy barze i powoli wypuściłam powietrze z płuc. Ręce mi drżały z nerwów. – I dzięki za ratunek, zaraz posprzątam ten bałagan…

Barman zwany od teraz Carlem machnął ręką.

- Daj spokój, zaraz to pozamiatam. Tymczasem napij się tego. – Wlał mi do szklanki trochę wody, podziękowałam i chlapnęłam wszystko za jednym zamachem.

Matko jedyna!!! Omal nie wyplułam tego gorzkiego paskudztwa.

- Przecież to czysta wóda jest! – Zakaszlałam, odstawiając pustką szklankę na ladę. Barman roześmiał się, widząc moją skrzywioną minę.

- No jest, bo tak się u nas pije. Od czasu do czasu należy odkazić organizm. Witaj w Strefie…?

- Ana. – Przedstawiłam się.

- Ana. – Powtórzył za mną.

- Te, Turystka. – Usłyszałam głos Ponurego. Wyłapałam go spojrzeniem, stał przy schodach prowadzących na piętro. Przywołał mnie do siebie gestem, dlatego pożegnałam się z uprzejmym barmanem i w te pędy pognałam do swego towarzysza. Nie powiem, ulżyło mi, że dłużej nie muszę być narażona na pijane towarzystwo. Kto wie, jakie dalsze propozycje byłyby mi składane.

- Z trudem, bo z trudem, ale załatwiłem nam dwa pokoje. – Mówił podczas wchodzenia na piętro. - Na luksusy nie ma co liczyć, pod prysznicem woda jest, ale tylko zimna. Może to i lepiej, bo długo nie będziesz tam siedzieć.

Przewróciłam oczami. Ciągnął dalej.

- Śniadanie mamy w barze o ósmej, więc się nie spóźnij, bo inaczej zjem twoją porcję. Nie żartuję. – Zatrzymał się przy obdrapanych zielonych drzwiach i wręczył mi klucz od pokoju. – Gdybyś czuła potrzebę zawracania mi dupy, to mój pokój jest na końcu korytarza po prawej.

Uśmiechnęłam się wdzięcznie i zniknęłam we wnętrzu przydzielonego mi pokoju.


Ciąg dalszy nastąpi...

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Może mi się przywidziało, ale po jego twarzy przemknął cień uśmiechu" - ech ta kobieca zdolność do konfabulacji i imputacji.

... Ponury! lubisz mnie? spytała Ana

Domyśl się! mruknął Ponury grzebiąc w nosie.

:biggrin:

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

VII rozdział – ON

 

Usiadłem w siadzie skrzyżnym na pokrytym skórami sienniku, zajrzałem do plecaka. Wyciągnąłem konserwę, a zużyte do połowy szare mydło zacząłem obracać w ręku. Powąchałem koszulkę, którą miałem na sobie i aż się skrzywiłem.

Jebie zdechłym psem, trzeba to wyprać. Ale po kolei, najpierw żarełko.

Dwadzieścia minut później władowałem się do wspólnej łazienki i dopadłem umywalkę, by wyszorować w niej swoje ciuchy.

Ktoś akurat korzystał z prysznica. Co ja gadam. Nie „ktoś”, a Ana. Zamarłem z łapami umoczonymi po łokcie, bo kobieta absolutnie nie zdawała sobie sprawy, że tu jestem, wobec tego… śpiewała. I to wcale nie brzydko, jeśli mam być szczery. Leciała z „Hey Jude”, a kiedy zapominała tekstu, klęła na głos i gadała do siebie próbując przypomnieć sobie słowa.

- Kurwa, jak to dalej leciało… hmhm…

- You have found her, now go and get her. – Podrzuciłem jej kawałek. Firanka przy ostatnim prysznicu poruszyła się gwałtownie i wychyliła zza niej łepetyna Any. Spiorunowała mnie spojrzeniem, a kiedy dotarło do niej, że stoję na samych gatkach, speszona schowała się znów za zasłonkę.

- Czemu siedzisz w damskiej łazience?! I ogóle zakryłbyś się czymś, a nie świecisz mi penisem po oczach.

Parsknąłem śmiechem.

- Przecież jestem ubrany, a łazienka jest koedukacyjna, Słoneczko.

- ZA MAŁO UBRANY. – Dodała z zażenowaniem.

- Ty jesteś goła i nie robię z tego problemu. – Wróciłem do prania rzeczy, kiedy nagle na mej głowie wylądował ręcznik.

- Głupek.

Zdjąłem go i w lustrze spojrzałem na kabinę, gdzie siedziała Ana.

- Po coś to zrobiła? Jak się teraz okryjesz, Mądralo?

Nastała chwila konsternacji.

- Nie przemyślałam tego ruchu. – Wyznała cicho. – Oddaj proszę… tylko nie patrz!

Mówiłem, że wariatka. Podszedłem do kabiny, a zza firanki wysunęła się ręka. Kiwnęła palcami w pospieszającym geście, bym w końcu oddał to, co sama mi dała. Więc oddałem.

Zgarnąłem przeprane rzeczy i opuściłem łazienkę, by dłużej już nie niepokoić kobiety swoją obecnością.

W pokoju rozwiesiłem mokre rzeczy na parapecie i krześle, bo… co tu dużo mówić, innych możliwości po prostu nie miałem. I tak nieźle, że dali mi koc. Prawdziwy wypas. Położyłem się na twardym posłaniu i zamknąłem oczy.

W środku nocy obudziło mnie natarczywe pukanie do drzwi. Nakryłem koc na łeb, ale niewiele to pomogło.

- ŚPIĘ, DO CHUJA! – Krzyknąłem do nieustępliwego intruza za drzwiami.

- Ponury proszę cię, otwórz. To sprawa życia i śmierci. – Intruzem okazała się być Ana.

Odkryłem się, pogapiłem chwilę w sufit i polazłem otworzyć. Zaraza wymamrotała podziękowania i przecisnęła mi się pod ramieniem do środka wraz ze swoimi tobołami. Wyglądała na wystraszoną. Powoli zamknąłem za nią drzwi.

- Pająk ci wlazł pod koc?

Ana nerwowo wyglądała przez okno, zaczęła obgryzać paznokcie. Obejrzała się na mnie. Już nie przeszkadzała jej moja golizna? No proszę, kobieta zmienną jest.

- Co? Nie. – Odsunęła się od okien i objęła się ramionami. - Ktoś stał przez bite dziesięć minut pod moimi drzwiami i naciskał sobie klamkę. Potem przez pół godziny albo i dłużej bałam się z pokoju wyjść, nie mówiąc już o ruszeniu się z posłania. Później pomyślałam, że koleś może wróci z jakimiś narzędziami i jeszcze wbije się do mojego pokoju, więc zebrałam manatki i przyszłam tutaj. Całe szczęście, że nie masz twardego snu! Thomasa… mojego faceta znaczy, to pukanie by nie obudziło. Sąsiedzi mogą wiercić, sufit może się walić, a ten nic.

- Skąd wiesz, może to ja naciskałem na klamkę? – Uniosłem jedną brew. Zasiałem w niej ziarno niepewności. Kąciki ust ani mi drgnęły. Jednak jestem bestią. Kobieta zaczęła mieć mętlik w głowie. Czy aby na pewno może mi ufać? – Może to wcale nie ja miałem odebrać cię z dworca? – Z tym już przesadziłem, ale byłem ciekaw reakcji Any. Powoli zbliżałem się do niej, a ona zmarszczyła brwi i zatrzymała mnie przykładając dłoń do mojego torsu. Podniosła głowę, była pewna siebie.

- Nie, Ponury. Nie zrobiłbyś tego i przestań próbować mnie straszyć. Tak, znamy się ledwie kilka godzin, ale wiem, że jestem przy tobie bezpieczna.

Westchnąłem, a moje oblicze złagodniało. Nie odpowiedziałem. Patrzyłem na jej zamyśloną minę, jej zielone oczy biegające po pokoju i zahaczające co rusz o moje spojrzenie. Odpuściłem sobie. Odsunąłem się nawet, by nie zgrywać napastnika. Ana wyraźnie czegoś ode mnie chciała.

- Ponuraskuuu… - Oho, zaczyna się. Zmieniła ton na tzw. „przymilający się”. - Mogę zostać tu na noc?

Po tych wszystkich słowach dalej jest w stosunku do mnie taka ufna? Niebywałe. Przesunąłem ręką po twarzy, spojrzałem na kobietę przez palce. Jednak dobrze, że trafiła na mnie.

- Mam przy tobie czuwać? – Klapnąłem ciężko na krzesło. – Trochę nie mam na to ochoty.

- Ojj, tylko z dwie godzinki, co? Pośpię sobie, a potem ja usiądę i obudzę cię nad ranem.

Rozłożyłem ręce, sprawdziłem godzinę.

- Nie trać więc czasu i idź spać. – Jestem zdecydowanie ZA dobry. Rozwaliłem się wygodniej na krześle.

- Dziękuję! – Wykonała taki gest jakby chciała się na mnie rzucić, ale w porę się powstrzymała. – Ym, dobranoc.

W ciemnościach obserwowałem jak kobieta wskoczyła na moje posłanie, powierciła się chwilę pod kocem, a następnie zdjętą spódnicę podłożyła pod głowę. Skrzyżowałem ręce na torsie i przymknąłem oczy. Po dłuższej chwili zaczynałem powoli odpływać.

- Ponurasku…

- Hmm? – Mruknąłem na wpół przytomnie.

- Zmieniłam zdanie, możesz się przy mnie położyć… jeśli oczywiście chcesz.

Przeciągnąłem się leniwie. O rany, ile razy jeszcze będzie mnie wybudzać?... No nic. Proste, że skorzystałem z propozycji, przecież zdrętwiałbym w jednej pozycji na tym krześle.

- Przesuń dupkę. – Szturchnąłem ją stopą w żebra. Prychnęła na mnie, ale wykonała polecenie i przetoczyła się na bok. Ułożyłem się za nią, odetchnąłem. No proszę, nawet mnie pod koc wpuściła. Litościwa.

- Mmm, ale jesteś cieplutki. – Wyszeptała, ochoczo wtulając się plecami w mój tors, przez co i jej tyłeczek przylgnął specjalnie bądź nie, do mojego krocza. Jakoś tak momentalnie zacząłem się bać wziąć głębszy oddech. Co ona wyprawia?

Mi z automatu zaczęła wyobraźnia pracować na najwyższych obrotach, od trzech dni ciśnienia nie spuściłem, tutaj wcale niebrzydka kobietka w samej koszulce i majtkach się do mnie przytula, no to… podnietka niezła. Ale chuj, nic nie robiłem. Udawałem, że śpię, czy co. Przed chwilą kobieta mi o swoim facecie opowiadała, że zawsze śpi jak zabity, a teraz taka przytulanka się z niej zrobiła? Ojj, coś niedopieszczone to dziewczę.

Wyposzczone, ot co. Chociaż gadzina też zamarła bez ruchu, jakby zdechłą udawała. Ciekawe jakie w jej łepetynie się myśli kotłowały. I… jednak się opamiętała, bo dość subtelnie się ode mnie odsunęła. Ehh może to i lepiej, nie zabrudzi sobie kobieta sumienia.

Moje myśli niekontrolowanie uciekły sobie pod prysznic, gdzie parę godzin temu kąpała się Ana. Jej nagość była oddzielona ode mnie tylko cienką zasłonką… Miałbym w dupie, że ktoś mógłby wejść do łazienki, podczas gdy ja dociskałbym drobne ciało rudowłosej do zimnych kafelków…

Ja pierdole, ogarnij się.

Przekręciłem się na plecy. Tej nocy długo męczyłem się z tym, by zasnąć…


Ciąg dalszy nastąpi... ]:->

Share this post


Link to post
Share on other sites

VIII rozdział – ONA

 

Zaczęłam się przebudzać, gdy tylko słońce zaczęło wznosić się ponad horyzont. Idealnie. Thomas spokojnie drzemał, a ja leżałam z głową na jego łagodnie unoszącej się klatce piersiowej, od której biło przyjemne ciepło. Delikatnie podrapałam go pazurkami po brzuchu. Thomas drgnął, spiął na moment mięśnie. Obudziłam go.

- Cześć, Tygrysie. – Wymruczałam półprzytomnie.

Nie odpowiedział. Swoją drogą nie pamiętam, by Thomas wspomniał, że zaczął ćwiczyć. Swobodnie przerzuciłam przez niego nogę, a temu nagle serce zaczęło mocniej bić. I to jak! Nie często zdarzało się, by tak reagował na moją bliskość.

- Masz na mnie ochotę? – Spytałam, zaczepnie strzelając gumką jego bokserek.

- Ana… z całym szacunkiem, ale co ty odpierdalasz?

O w mordę.

Otworzyłam szeroko oczy i napotkałam skonsternowany wzrok Ponurego. Wstałam gwałtownie jakbym została oparzona. Nawet zabrałam ze sobą cały koc, którym natychmiast szczelnie się owinęłam.

Co ja najlepszego wyprawiam?

Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Dopadłam plecaka, zaczęłam w nim grzebać i przy okazji wysypałam połowę ubrań na podłogę.

- Przepraszam cię! Tak mi głupio. Myślałam, że jestem… w domu. – Skubiąc zębami dolną wargę w pośpiechu nałożyłam spodnie i już, już z rozpędu miałam ściągać koszulkę, kiedy się opamiętałam. Odwróciłam się do mężczyzny. – Nie bierz tego do siebie, ja wcale na ciebie nie lecę! To znaczy… noo po prostu jestem mistrzynią pakowania się w niezręczne sytuacje, ale to już pewnie wiesz. – I zaczął się potok słów. - Zapomniałam gdzie jestem. Nie gniewaj się. Musisz mnie mieć za wariatkę, ale przysięgam, że od teraz będę nad sobą panować i błagam nie proś nikogo, by ciebie zastąpił i mnie odprowadził do Gieszy.

Nabrałam powietrze w płuca, bo jeszcze miałam coś powiedzieć, ale Ponury uciszył mnie słowami:

- Przestań gadać.

Zacisnęłam szczęki. Nie wiedziałam czy jest na mnie zły czy zniesmaczony moim klejeniem się do niego… noo… właściwie obcego faceta! Patrzyłam spode łba jak mężczyzna z nieprzeniknionym wyrazem twarzy podnosi moje majtki z podłogi i wciska mi je w ręce.

- Dzięki. – Wymamrotałam słabym głosem.

- Widzimy się na dole. – Po tych słowach opuścił pokój.

Mam u niego przekichane.

* * *

Przebrana w zielonkawą koszulkę nałożoną na długi rękaw zbiegłam na dół. Tym razem miałam na nogach porządne trapery! Już nikt nie spojrzy na mnie krzywo. Carl od razu przyniósł mi do stolika śniadanie – jajecznicę na boczku i cebuli oraz butelkę coli. Uśmiechnęłam się lekko na ten gest.

- Carl poczekaj. – Odwrócił się z pytającym wyrazem twarzy. - Czy zamykasz bar na noc? Miałam nieciekawą sytuację - ktoś w nocy dobijał się do mojego pokoju.

- Hmm, nie sądzę, aby to był Gawron, jeśli to sugerujesz. Przeważnie bar jest otwarty do ostatniego klienta. Może jeden z pijanych gości pomylił pokoje i chciał wpaść do twojego, czasami tak się zdarza. Przykro mi, niestety nie jestem w stanie wszystkich upilnować. Wcinaj, bo ostygnie. – Puścił mi oczko i stanął za kontuarem.

Wmuszałam w siebie jedzenie i patrzyłam w zamyśleniu na opustoszałe pomieszczenie. Na salę wkroczył Ponury, usiadł przy barze, a Carl przyniósł mu jedzenie plus czarną kawę. Poczułam się dziwnie. Teraz będzie mnie specjalnie unikać? Panowie rozmawiali ze sobą po cichu, więc zrezygnowałam z dołączenia do ich towarzystwa. Udałam, że wszystko w porządku i że jestem wielce zajęta śniadaniem.

W pewnym momencie z zaplecza wyszła dziewczyna z wiadrem i szmatą w ręku. Na mój gust to ona miała coś za krótką tę spódniczkę. Wytrzeszczyłam oczy, gdy dziewczyna przeszła w klęczki, oczywiście była odwrócona tyłem do panów i jakby specjalnie wypinała swój zad w ich stronę! Niespiesznie szorowała jakąś rozmazaną plamę na posadzce. Zwróciłam oczy na mężczyzn – rozmowa ich zupełnie ucichła i tylko gapili się bez krztyny krępacji na kobiece walory. Pokręciłam głową z dezaprobatą i odniosłam puste naczynia na ladę. Przy okazji troszeczkę przysłoniłam sobą te ładne widoczki i chrząknęłam znacząco.

- Możemy już iść, Ponury? – Spytałam, siląc się na sztuczny uśmiech.

- Ta, poczekaj na zewnątrz. – Machnął na mnie ręką, jakby odganiał muchę. Pięknie!

Odwróciłam się na pięcie i tupiąc buciorami podeszłam do zajętej sprzątaniem zaschniętych rzygowin dziewczyny. Puknęłam ją w ramię.

- Koleżanko, praca pracą, ale rozpraszasz mi przewodnika.

- Och, to on nie zostaje u nas dłużej? – Zawiedziona obejrzała się na Ponurego, ja również. Dyskretnie pokazywał mi środkowy palec, że niby przecierał oko. Prychnęłam.

- Nie, niestety czas nas goni, także… może innym razem znajdzie dla ciebie chwilę.

Dziewczyna westchnęła, zebrała graty, bo i tak podłoga już lśniła i opuściła salę. Uśmiechnęłam się triumfalnie i skrzyżowałam ręce na piersi. Ponury dopił kawę i ociągając się dołączył do mnie.

* * *

Humor mi wrócił, a o porannym i nocnym zdarzeniu już zdążyłam zapomnieć. Maszerowałam hardo obok milczącego Ponuraka. Jeśli myślał, że tak jak on będę milczała całą drogę do wuja to musiał być bardzo naiwny.

- Ponury, a jak ty właściwie masz na imię? – Zagadałam, spoglądając na jego zamyśloną minę.

- Tutaj raczej nie posługujemy się imionami.

- To nie fair, bo moje znasz. Moje pełne imię to Anastasia, więc teraz ty zdradź swoje.

Pokręcił tylko głową. Co za uparciuch.

Po chwili zwolniłam znacząco, bo Ponury prowadził nas prosto w ciemny tunel. Na zewnątrz stały stare, mocno nadgryzione rdzą wagony pociągu i już na ich widok przeszły mi ciarki po plecach.

- Chyba żartujesz sobie z tym tunelem. Nawet nie widać końca po drugiej stronie. – Stanęłam jak wryta.

- Uwierz, że to bezpieczniejsza droga. Na zewnątrz w okolicy tunelu jest zbyt dużo anomalii, a nie mam zamiaru specjalnie nadkładać sobie drogi, bo masz stracha. Mam latarkę, więc nie będziemy iść po ciemku, jeśli o to chodzi.

Przełknęłam ślinę i biegiem dołączyłam do Ponurego znikającego mi w tunelu, bo facet i tak nie miał zamiaru na mnie czekać. Wiedział, że nie mam wyjścia i za nim pójdę, toteż się ze mną nie cackał. Niemniej, towarzyszyło mi złe przeczucie…


Ciąg dalszy nastąpi...

Share this post


Link to post
Share on other sites

IX rozdział – ON

 

- Ponury… chyba w coś wdepnęłam. – Powiedziała Ana niewyraźnie. Odkąd weszliśmy do tunelu, dziewucha zasłaniała twarz chustą i zatykała nos, bo byliśmy wręcz zanurzeni w zapachu gnijącego mięsa.

- I co mam z tym zrobić? – Spytałem od niechcenia. Ale serio. Po co mi to wiedzieć, że ona w coś weszła? Nietrudno jest ubrudzić sobie buty, gdy dookoła leżą zmasakrowane ciała i kości. Swoją drogą nie tylko zwierząt, ale i ludzi. Już i tak oszczędzałem jej widoku tej masakry i specjalnie nie waliłem światłem po podłożu, tylko jeździłem po ścianach.

- No… nie wiem, pocieszyć mnie chyba.

- W takim razie ciesz się, że nie musimy leźć na klęczkach.

Westchnęła teatralnie.

Zgasiłem światło, bo zauważyłem w oddali posilające się ślepe psy. Niby pozbawione oczu, ale nie byłem pewny czy nie mają jakichś światłoczułych receptorów na łbie. Lepiej ograniczyć dawane psom bodźce do minimum. Przezornie sięgnąłem po pistolet. Ana gwałtownie uczepiła się mojego rękawa, aż wzdrygnąłem się… no dobra kurwa, ze strachu. Trochę byłem spięty pojawieniem się psów w tunelu. Zwykle przełaziłem przez niego na luzaku, a tu proszę jaka niemiła niespodzianka.

- Co się dzieje? – Spytała szeptem.

- Nie naskakuj na mnie tak nagle, to po pierwsze. A po drugie od teraz bądź cicho, bo inaczej zginiemy.

Bardzo powoli przesuwaliśmy się wzdłuż ściany. Starałem się omijać kościane przeszkody, by nie narobić niepotrzebnego hałasu. Miałem złudną nadzieję, że kundle się nami nie zainteresują, bo będą zbyt zajęte konsumpcją sporej zdobyczy – na moje oko to był mięsacz.

Mlaskanie, odgłosy przeżuwania i powarkiwania były coraz głośniejsze. Odnosiłem wrażenie, że od godziny próbujemy ominąć grupkę psów. Ubzdurałem sobie, że zwierzęta słyszą moje bicie serca, że unoszą łby znad zdobyczy i węszą nas - czyli ich nowe ofiary. Nie podjęły ataku, więc szliśmy dalej. Stopniowo nadałem szybsze tempo.

Nawet nie zauważyłem, kiedy Ana przestała się mnie kurczowo trzymać. Byłem zbyt skupiony na oddaleniu się od potencjalnie śmiertelnego zagrożenia. Odwróciłem się i pomachałem ręką w powietrzu, ale wokół była pustka. Cholera. Co prawda nie słyszałem żadnych krzyków ani jazgotu, lecz jeśli Anę dopadły psy, to równie dobrze mogłem sobie strzelić w łeb. Jeśli ona nie żyje, to ja także jestem martwy.

Zapaliłem latarkę. Jakieś pięć metrów ode mnie stała Ana przyparta do muru, a jeden z gromadki ślepych psów ją obwąchiwał. Delikatnie mi ulżyło, choć sytuacja wydawała się być przekichana. Najważniejsze, że dziewczyna wciąż żyła.

- Ana… - zacząłem łagodnym tonem, jednocześnie powoli podnosząc broń do góry - …postaraj się ze spokojem zdjąć plecak. Będę odliczał do trzech i na „trzy” rzucisz się do ucieczki, jasne? Kiwnij głową, jeśli mnie rozumiesz.

Kiwnęła ledwo zauważalnie. Mogłem sobie tylko wyobrażać strach, który ją ogarniał. Aż dziw, że mogła się ruszać. Dziewczyna pierwszy raz miała przed sobą pokryty juchą łeb obłażącego sierścią mutasa. Gdyby stanął na dwóch łapach byłby pewnie mojego wzrostu, a i tak widywałem większe psy niż on. Nie mówię, że ma dziewucha szczęście, bo by mnie pewnie walnęła w łeb za taką uwagę.

Powoli wykonała część mojego polecania i gdy plecak miękko wylądował na ziemi, zacząłem odliczanie.

- Raz…

Pies odwrócił łeb w moją stronę i zaczął węszyć.

- Dwa…

Pies wyszczerzył kły i zawarczał groźnie.

- …trzy.

Pierwsza kulka poleciała w jego rozdziawioną gębę. Ana przemknęła obok, a pies dał susa w moją stronę. Chciał mnie dopaść i od razu przegryźć moją krtań, ale zamiast tego kły wbiły się w przedramię, którym się zasłoniłem. Latarka upadła gdzieś między moje buty, lecz wiedziałem gdzie mam celować. Władowałem w jego łeb pół magazynka. Strzelałem, dopóki nie usłyszałem nadbiegających kolejnych psów.

Ja pierdole.

Ciało psa opadło bezwładnie na tory. Zostawiłem plecak w pizdu i rzuciłem się biegiem do wyjścia z tunelu. Strzelałem za siebie na oślep i chyba nawet raz trafiłem, bo usłyszałem skomlenie.

U wylotu tunelu stała Ana z szeroko otwartymi oczami.

- Głupia, po co na mnie czekasz?! – Warknąłem chwytając ją za ramię i zmuszając do dalszego biegu. Nie oglądałem się za siebie. Po prostu biegłem dopóki Ana nie wyszarpała mi się z uścisku.

- Stój! Zatrzymaj się do cholery! Już nas nie gonią, a ja nie mam siły! – Wydarła się na mnie.

Zatrzymałem się więc i oddychając głęboko zacząłem rozglądać się bacznie po okolicy. Zagrożenie wydawało się być zażegnane przynajmniej chwilowo, ale i tak nie traciłem czujności. Adrenalina wciąż krążyła mi w żyłach.

Ana łapała oddech stojąc zgięta w pół.

- Ktoś tu musi kondycji nabrać. – Rzuciłem kąśliwą uwagę, ale dziewczyna wcale się nie uśmiechnęła. – Wyszliśmy cało ze spotkania ze ślepymi psami, dlaczego nie skaczesz z radości? Gdzie się podział twój entuzjazm?

Podniosłą na mnie niewesołe spojrzenie.

- Straciłam moje próbki, więc jestem już niepotrzebna. Nasza dalsza wyprawa nie ma sensu, rozumiesz? – W jej wypowiedzi wyczułem wyrzuty, jakbym to ja celowo umieścił te psy w tunelu. – Mogę wracać do domu, bo nie mam NIC. Nie mogę pokazać się naukowcom z pustymi rękami.

Zmarszczyłem brwi. O czym ona gada? Jaka znowu „niepotrzebna”? Utrata paru próbek oznaczała, że wartość dziewczyny spadła do zera? Lekko się wkurwiłem.

- Nie Słonko, najpierw zawlokę cię do baru i odbiorę swoją kasę. Dopiero wtedy będziesz mogła iść gdzie tylko ci się zamarzy. – Schowałem pusty pistolet z powrotem do kabury i spojrzałem w stronę odległego przeklętego tunelu. I ja straciłem parę cennych rzeczy, a jakoś nie dramatyzuję. – Dokąd idziesz? – Rzuciłem pytanie za oddalającą się Aną.

Wzruszyła ramionami.

- Przed siebie! Może zje mnie przeklęte zwierzę albo wejdę… w anomalię, zgadza się?

Ręce mi opadły. Co ona sobie wyobraża?

- Mam iść po twój plecak? Tego chcesz?! – Krzyknąłem, bo już była na tyle daleko, że mogła mnie nie usłyszeć.

Znowu wzruszyła ramionami.

- Rób co chcesz Ponury, jesteś przecież wolnym człowiekiem!

Nie mam pojęcia co ją nagle ugryzło, ale swoim infantylnym i irracjonalnym zachowaniem sprawiła, że buzowała mi krew w żyłach. Co za dzieciuch z niej nagle wylazł. Miałem ochotę przerzucić ją przez ramię jak worek ziemniaków i zawlec siłą do baru. Chociaż… może lepiej byłoby najpierw ją ogłuszyć, a potem elegancko ciągnąć za nogę po ziemi? Obie opcje były tak samo kuszące.

Lecz nagle świat się zatrzymał, bo usłyszałem strzał ze snajpery i zaraz po tym dziewczyna padła w trawę jak marionetka, której ktoś odciął sznurki.

 

Ciąg dalszy nastąpi…

Share this post


Link to post
Share on other sites
W dniu 25.02.2019 o 19:09, Kola napisał:

Siedziałem rozpostarty na ławeczce

Myślę , że rozparty będzie poprawniejsze.

W dniu 26.02.2019 o 23:10, Kola napisał:

dwa jerzyki

To wiadomo.

W dniu 27.02.2019 o 20:06, Kola napisał:

Ale... ach, no końcu spotyka mnie tu coś dobrego!

Brakuje "w"

W dniu 28.02.2019 o 13:37, Kola napisał:

Zaraza usiadła koło mnie na tyłach

Z tyłu , lub na tylnym siedzeniu.

 

Poza tym wciąga jak Metro :065:

 

@Kola co do wspomnianej grafiki, pamiętam ten moment. To był prezent urodzinowy dla @tom3kb od chłopaków z Baru za Dzika.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.

Społeczność
Discord